Polisa na życie


Może lepiej sobie odpuść ten wpis, jeśli jesteś szczęśliwą mamą.

***

Mając pięć lat słyszałam od moich rodziców, babci i sąsiadów jak pójdziesz do szkoły, to... W wieku piętnastu lat powtarzano mi jak będziesz dorosła... Po osiągnięciu pełnoletności rozmawianie o szkole niebezpiecznie zmieniło się w jak skończysz studia i pójdziesz do pracy... Dzisiaj mam 22 lata, obroniłam licencjat, jestem na wylocie życia, marzę o własnej firmie i wakacjach na Krecie i jedyne, co zewsząd słyszę to jak będziesz miała dzieci...

No właśnie. A jak nie będę?

Jestem na tym etapie życia, w którym połowa moich koleżanek ma już rodziny - męża, dzieci, chomika, kredyt hipoteczny - druga połowa wpisuje w google jak ugotować makaron. Siebie ustawiłabym gdzieś pośrodku i nijak nie mam poczucia, że to czas na dzieci.
Nie potrzebuję tego. Dziecko krzyczy, defekuje i zabiera czas przeznaczony na osiąganie sukcesu i zaspokajanie egoistycznych pragnień. Zresztą, nie umiem z nimi rozmawiać. Nie rozumiem matek, do których biegnie wysmarowany kupą i torfem gówniak, mówi gaddsashashjaljncb, a one odpowiadają, jakby dzieciak co najmniej mówił po polsku.

Nie chcę dzieci. Chcę robić karierę i wszystkie pieniądze jakie mam wydawać na siebie. I najbliższych. Od czasu do czasu.
#EgoizmTakMocno

A jednak jest w tym wszystkim haczyk. Czasem myślę o starszych paniach, które zagadują mnie na przystanku, żaląc się, że nie mają dzieci i nikt ich nie odwiedza, są samotne i godne współczucia.
Czy ja chcę kiedyś zostać sama? Przewrócić się o balkonik w domu, w którym nikt mnie nie znajdzie?

Może te wszystkie moje koleżanki, które wrzucają na fejsbuki zdjęcia swoich - nie do końca jeszcze wysuszonych z płynów macicznych - dzieci mają w czymś rację? Może poza zakładaniem firmy pod nazwą 500+ macierzyństwo to polisa na życie z ogromnymi składkami?

Przeraża mnie myśl, że mogę zostać całkiem sama w wieku 60-70 lat. Że w tym momencie jestem najmłodszym członkiem mojej rodziny i prawdopodobnie umrę ostatnia. Ale jeszcze bardziej przeraża mnie myśl, że mogłabym udusić się pod ciężarem zużytych pampersów i spróchnieć od ciągłych pretensji zbuntowanego Brajanka i nieszczęśliwej Dżesiki.
Grecka tragedia. Jakkolwiek, to źle.

Kiedy moje rówieśniczki mówią mogłabym już mieć dziecko, rozważam ich poczytalność. Czasem mi z tym głupio i czuję się mniej dorosła od nich. Że w pewnym momencie człowiek musi postrzegać dziecko nie jako koszmar, ale jako obowiązek wobec społeczeństwa, Konstytucji, kościoła i pani Basi z trzeciego piętra.

Czy powinnam traktować dziecko jako obowiązek społeczny i szczepionkę przeciw samotności, poświęcić życie na bezinteresowne podcieranie tyłków, opłacanie dentysty i wycieczek do Stalinogrodu tylko dlatego, że jestem egoistą? Że nie chcę być sama? Czy być szczęśliwą biznesłoman, spełnioną i bogatą, ale konającą w samotności? W mieszkaniu na Tymienieckiego, w którym nikt mnie nie znajdzie, a moje jedenaście kotów zje mnie, zanim zacznę się rozkładać?

Być szczęśliwą całe życie, ale umrzeć bez pewności, że ktoś mnie pochowa czy do śmierci udawać Hioba, ale być spokojnym o swoje zwłoki?
Czytaj dalej

Historia z rąk do rąk


Egzaminy zdane, cztery wspaniałe egzemplarze pracy (z błędem w tytule) wydrukowane, oprawione, pachnące zarwanymi nocami, kawą i melisą, podpisane, odstawione na półkę. Sesja zakończona, termin obrony ustalony, można pozwolić sobie na chwilę odpoczynku.

Gdzie, jeśli nie w rodzinnym mieście?

Zabrałam mojego chłopaka na weekend do siebie, w którym akurat odbywały się dni miasta. W moim przypadku, jest to czas, w którym szare, zwykłe ulice zamieniają się w pełne straganów i muzyki folkowej deptaki. W tym roku przy tej okazji trafiliśmy także na giełdę staroci – ludzie sprzedają stare sprzęty AGD, obrazy olejne, zabytkowe pogrzebacze, miecze, stare płyty winylowe i zjedzone przez czas zapalniczki typu zippo. Wśród wszystkich tych gratów, gdzieś przy ostatnim stoliku, starszy pan sprzedawał monety.

Stos monet. Gdyby to przetopić, można by spokojnie zbudować Golden Gate. Rzuciliśmy się na nie jak małe dzieci. Część z nich ułożona była w klaserach, spora część przeciskała się ze sobą w starej walizce z brązowej skóry.

Rupie, liry, tysiąc złotych z logiem „Solidarności” na rewersie, stare pesos, kopiejki monety z Czechosłowacji, RPA, Francji, z podobiznami królów, cesarzy, filozofów, polityków. Setki, tysiące srebrnych, mosiężnych, pozłacanych – wszystkie, jakie widział świat. Wśród nich samotne, zagubione, poszarzałe, podarowane mi na szczęście, zgubione dwa lata temu.

Pięć jenów.

Nawet nie zastanawiałam się, czy to się opłaca. Zapłaciłam starszemu panu i ze łzami w oczach wrzuciłam monetę do portfela. Już nigdy, nigdy jej nie zgubię!

W tym czasie mój chłopak rzucił „przez ile to rąk musiało przejść”. Faktycznie, nie myślałam o tym dotąd. Ile palców musiało obracać każdą z tych monet. Ile razy każdą z nich podawano z rąk do rąk, wydawano w ramach reszty. Spojrzałam na monetę z Czechosłowacji. Czy jakiś mieszkaniec Pragi ma jeszcze takie w domu? Nie sprzedał i nie wyrzucił, aby zachować pamiątkę kraju, który już dawno nie istnieje? Co myślał Radek Majdan, płacąc w sklepie monetą PZPN z jego podobizną na rewersie? Pomyślałam o ludziach, którzy podpisują banknoty, żeby sprawdzić, kiedy do nich wrócą. Czy kiedyś wracają? Ile razy jedna moneta była w rękach tego samego człowieka, gdy dotykały ją tysiące, miliony dłoni?

Dotąd nie patrzyłam na to w ten sposób. Każda z monet ma swoją historię. Swoje doświadczenia. Swoje wspomnienia. Jak podróżnik. Każda z nich widziała więcej, niż ktokolwiek z nas.

Mój chłopak w międzyczasie wziął temat od innej strony. Przyglądał się austriackiej monecie i wyobraził sobie, jak jeden z żołnierzy płaci nią w jednym ze sklepów w Galicji, w czasie zaborów. Co myślał? Czy był szczęśliwy? Czy współczuł Polakom? A może nie miał sumienia i sytuacja Polaków była dla niego tak nieistotna jak dźwięk monety uderzającej o stół?

Jak wiele walki o niepodległość widziała ta moneta? Jaką drogę przebyła zanim znalazła się w walizce z brązowej skóry?

Czytaj dalej