Miejsca w Gdańsku, w których warto zjeść

Udostępnij ten post


Majówkę każdy spędza albo robiąc rzeczy, które zawsze odkładają "na jakieś dłuższe wolne", albo na robieniu tego, co w typowy wolny poniedziałek. Ja, razem ze znajomymi, wybrałam się na kilka dni do Gdańska. Nie będę się rozwodzić nad widokami, atrakcjami, etc., o tym będziecie mogli poczytać trochę na drugim blogu. Dzisiaj chcę Wam tylko polecić kilka miejsc w Gdańsku, w których według mnie wręcz trzeba coś zjeść, choćby kosztem jakiejś atrakcji. Byle nie kosztem Centrum Solidarności, podejrzewam, że cała Motława składa się z wypłakanych tam łez. 

1. Manekin

Nieważne, czy lubicie naleśniki, czy nie. Do Manekina trzeba i koniec. Ci, którzy są bardziej ogarnięci w "topowych miejscach w Polsce, do których chodzą blogerki i celebryci" na pewno znają to miejsce, choćby ze słyszenia. Znajduje się na ul. Aleja Grunwaldzka 270, parę kroków od Uniwersytetu. Dostaniecie tam naleśniki na słodko, słono, pancakesy z pysznymi sosami, a jeśli macie ochotę, to i jajeczniczkę na śniadanie. O ile dacie radę usiąść. Przed lokalem ustawiają się kolejki, a 15 minut po otwarciu wszystkie miejsca są zajęte. A jak już ktoś przyjdzie, to siedzi. Nawet byle siedzieć. Wypije kawę i złośliwie siedzi. 


2. Barbados

Osobiście tam nie byłam, tamtego dnia wybrałam na obiad kolejną pozycję na mojej liście. Za to moi przyjaciele chcieli zjeść coś normalnego - jakiś ziemniaczek, jakiś kotlecik, jakieś warzywka. Nie żadne chińskie makarony z bambusa. Kiedy po obiedzie spotkaliśmy się w umówionym miejscu, obóz domowakuchnia i obóz chińczyknaostro przekrzykiwały się nawzajem, kto miał lepiej. Więc jeśli lubicie tradycyjną kuchnię - no, może z lekkimi atrakcjami, jak bekon w kotlecie czy suszone pomidorki - musicie odwiedzić Barbados na Karmelickiej. Nie bójcie się luksusowego wystroju prosto z kasyn z serii Ocean's - obsługa jest szalenie miła, a ceny zadowolą każdego. Ten sam lokal mieści się w Sopocie na ul. Monte Cassino. Kotlecik dobry, ale podobno jest gorzej, niż w Gdańsku. I ceny są wyższe. Wiadomo, molo za płotem.



3. Masala

To właśnie jest obiad mój i mojego chłopaka. Znudzeni wiecznymi kotletami i pieczonymi ziemniakami, chcieliśmy chociaż na wyjeździe spróbować prawdziwego chińczyka - nie mojego super kurczaka curry z dwóch składników. Po krótkim gryzieniu się z mapą miasta, ostatecznie trafiliśmy do CH Madison, gdzie zaraz przy wejściu powitał nas kierunkowskaz do Masali. Było tam trochę kuchni chińskiej, trochę japońskiej, trochę indyjskiej - takie multikulti. Wybraliśmy dla siebie smażony makaron, dla mnie z wieprzowiną, dla chłopaka - z kurczakiem. Obie w wersji na ostro. I jako, że masala to masala... wypaliło nam japy. Nie przepadam za ostrym jedzeniem, choć bardzo często takie zamawiam i jestem zachwycona. Tym razem też byłam. Dodatkowo zamówiliśmy spring rolls, które przypominały krokieciki, ale przez palenie w japach prawie nie czuliśmy ich smaku. Ale wiem, że były dobre. Do któregoś z dań (nie wiem, którego, bo zamówiliśmy jednocześnie - podejrzewam, że do rollsów) dostaliśmy 3 sosy - żółty z kurkumy, zielony z niewiemczego i czerwony z rozżarzonego węgla.
Masala to dla mnie must have, jeśli jesteście w Gdańsku i lubicie, jak płoną Wam paszcze.



4. Mandu

O tej pierogarni czytaliśmy bardzo dużo dobrych opinii. Nie było jednak kiedy tam wyskoczyć. Wiadomo, majówka, wszystko pozamykane. A gdzie tam! Mandu było otwarte także w dni wolne od pracy (zysk ważniejszy, niż wakacje). W ostatnich godzinach naszego pobytu w Gdańsku wskoczyliśmy tam (za drugim razem - za pierwszym nas wyprosili, bo nie mieli wolnego stolika), na ul. Elżbietańską. Pierogów ruskim tam raczej nie uraczy, natomiast pierożki z masłem orzechowym i marchewką, podawane z zasmażaną cebulą - a i owszem. Ja zamówiłam pierogi z wieprzowiną, grzybami mun, makaronem ryżowym, marchewką, kapustą pekińską i szczypiorkiem.
Chińczyk forewer. 
Pierożki były superdobre, moim znajomym też smakowały ich wersje, obsługa była bardzo miła, a kelnerka przy zabieraniu od nas pieniędzy uraczyła nas opowieścią, jak to kiedyś jedna pani chciała zapłacić kartą i wpisała pin w miejsce kwoty, zatwierdziła, wpisała pin ponownie i była zaskoczona, że z konta zniknęło jej 1600ileś złotych.

Wygląda na to, że wszyscy byli tak zrobieni po całym dniu chodzenia, że nikt nie pomyślał o zrobieniu zdjęć. To pochodzi ze strony restauracji, ale na żywo wyglądały dokładnie tak samo

Na mojej liście to chyba tyle. Właścicielka mieszkania, w którym się zatrzymaliśmy, polecała nam osiedle Garnizon niedaleko naszego lokum. Wspominała, że jest to osiedle bardzo snobistyczne, pełne fryzjerów, banków, aptek i restauracji i wygląda na to, że zapomniała, że ma do czynienia ze studentami, którzy będą jeść bilety wstępu i rachunki do końca maja.

Dodalibyście coś do tej listy?



Brak komentarzy :

Prześlij komentarz