Ch...owa pani domu i jajca w kuchni

Udostępnij ten post


Generalnie kuchnia to miejsce, w którym mogłabym zamieszkać. Lubię gotować, próbować nowych smaków. Lubię siedzieć rano w kuchni przy śniadaniu i herbacie, czytając gazetę lub przeglądając instagram. Gotowanie odpręża mnie i poprawia humor, kiedy jest spleśniały.

Jeśli chodzi o inspirowanie się książkami kucharskimi i wymyślanie relatywnie dobrych potraw, jestem całkiem niezła. Od czasu do czasu zdarza mi się coś spalić albo ugotować mocno al dente.

To znaczy nie ugotować wcale.

Ale generalnie radzę sobie w kuchni całkiem nieźle. Rodzina i chłopak nie narzekają. Z reguły.

Do czasu, aż mam zrobić omlet.

Omlet jest jak kocia pułapka brzuszkowa. Miziasz i obydwu stronom jest przyjemnie, i myślisz, że jest wszystko w porządku, że Twój omlet obróci się, jak na reklamie teflonowej patelni i osiągniesz kulinarną nirwanę, aż tu nagle kocie pazury zaciskają się na Twoim przedramieniu, zęby na nadgarstku i ostatecznie zjadasz jajecznicę z pieczarkami, pomidorem, pestkami słonecznika i świadomością, że Twój wspaniały, złociutki omlet Ci się nie udał.

Znowu.

Nie wiem, gdzie tkwi magiczny sekret omleta i jak ludzie, którzy robią książki kucharskie, go obracają. Rozważam telekinezę i Vingardium Leviosa.

Omlet jest jak Coca-Cola. Każdy próbował, nikt nie wie, jak powstaje.

A przynajmniej ja nie wiem.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz