Jak zorganizować wyjazd?


Czołgiem! Lubię wyjeżdżać, lubię odwiedzać nowe miejsca, ale nie przepadam za pakowaniem. Zawsze boję się, że czegoś zapomnę. I zazwyczaj tak było, że coś mi umknęło, a potem był płacz albo bieganie po sklepach. "Bo nie wzięłam ładowarki". "Bo zapomniałam podkładu".
Obecnie mam kilka swoich "tricków", które ułatwiają mi pakowanie się tak, aby wszystko zabrać ze sobą.

1. Robię listę przez kilka dni - dzięki temu nie mam presji, że muszę w tym momencie myśleć, co mam zabrać. Kilka dni przed wyjazdem robię listę "basic'ów", które mi przychodzą do głowy od razu, a później systematycznie dodaję to, co mi się przypomni.

2. Układam wszystko w jednym miejscu - jeszcze przed wyjazdem składam sobie gdzieś w pokoju rzeczy, które nazywam absurdalnymi, o których mogę łatwo zapomnieć, a które jednak są przydatne. W momencie kiedy się pakuję, wszystkie rzeczy z listy układam w jedno miejsce - w moim przypadku zazwyczaj jest to łóżko. Zawsze układam je w taki sposób, aby nic niczego nie przykrywało. Dzięki temu mogę łatwo sprawdzić, czy wszystko mam i ewentualnie coś dołożyć, dopiero potem się pakuję.

3. Grupuję rzeczy - nie robię tego zawsze, ale często. Co to znaczy grupuję rzeczy? Ano po prostu oddzielam te, które mają być w torbie podręcznej czy torebce oraz te, które zapakuję do walizki.

4. Moja lista zawsze zawiera mnóstwo rzeczy - które nie muszą, ale mogę się przydać, np. plastry, saszetki na przeziębienie, igła z nitką, etc.

5. Ubrania grupuję zestawami - niekoniecznie na łóżku, może być gdzieś na kartce. Chodzi o to, żeby nie zapomnieć bluzki czy spodni, które pasują tylko do jednego zestawu - np. takiego na specjalne wyjście. Zawsze wszystko dokładnie mierzę i układam kompletami.

6. Kosmetyczkę trzymam zapakowaną w łazience kilka dni przed wyjazdem - dzięki temu przedmioty codziennego użytku mam już zapakowane i łatwo mi stwierdzić, że o czymś zapomniałam, jeśli chcę czegoś użyć, a tego tam nie ma. Polecam ten sposób. Kosmetyki to coś, czego zapominałam zawsze. Za każdym razem, jak gdzieś wyjeżdżałam, wracałam z nowym żelem pod prysznic albo kremem do twarzy. Oczywiście wielokrotnie zdarzało mi się też mieć zapakowaną całą kosmetyczkę, ale o niej zapomnieć i zostawić w łazience. Teraz zawsze robię listy :D

7. ZAWSZE robię listę - nie wyobrażam sobie mojego życia bez list. Zakupów, rzeczy do zrobienia, no i przede wszystkim listę rzeczy na podróż. Jestem uważana za zorganizowaną tylko dzięki takim lajfhakom, bez tego jestem rozmemłana jak tylko można. Gdybym nie robiła list, zapominałabym takich podstawowych rzeczy jak bielizna czy paszport. I o ile pierwsze można sobie kupić, z drugim byłby już problem. Dlatego zawsze robię szczegółowe listy wszystkiego co być może się przyda i co muszę wziąć na pewno. 

Mam dzisiaj dla Was listę, którą przygotowałam na mój ostatni wyjazd, i która - wydaje mi się - jest na tyle uniwersalna, że może się przydać także Wam. :) Co prawda robiłam ją bardziej pod kątem kobiecym, więc jak dałam ją mojemu chłopakowi, żeby czegoś nie zapomniał, to stwierdził "wiedziałem, że zapomnę tej odżywki do włosów!", ale jest dużo miejsca na dopisywanie, a niepotrzebne wystarczy skreślić :)
Plik jest przeznaczony do wydruku A4 ;)







Robicie listy czy jesteście świetnie zorganizowani i zawsze wszystko macie ze sobą? :)



Czytaj dalej

Smęty, sentymenty



Lubię zapach skoszonej trawy. Przywodzi mi na myśl lata dziecięce, kiedy bawiłam się na zewnątrz i obserwowałam sąsiadów lub Tatę. Zawsze jeden koszący sąsiad pociągał za sobą kolejnych i takim sposobem burczało całe osiedle. I zapach było czuć zewsząd! <3
Kiedy wychodziłam, czułam zapach trawy i kwitnącej gruszy. Słyszałam pszczele koncerty przy akompaniamencie ptaków. Dzieciństwo to zapach magnolii, bzu i dzikiej róży. To smak pączków z różanym nadzieniem i winogronowy błyszczyk do ust z czasopisma dla dziewczynek. To dźwięk cyrkularki i unoszące się wkoło trociny. To mrówki spacerujące po opalonym ciele, to zapach ziemi i świeżo posadzonych bratków. To Matka Natura i życie w czystej formie.
Kiedy o tym zapomnieliśmy?

Kiedy myślę o swoich młodzieńczych latach, przede wszystkim mam w głowie beztroskę. Zazdroszczę "dawnej sobie" tego poczucia, że wszystko tak naprawdę to nic. Wszystko było bezproblemowe. Żadna moja dziecięca decyzja nie wiązała się z żadną poważną konsekwencją.
Będąc dzieckiem, myśli się o tym, że świeci słońce, nie, o tym, że trzeba posmarować się kremem z filtrem. Nie o tym, co jeszcze trzeba. Codzienne obowiązki ograniczają się do pomocy rodzicom i sprzątania pokoju. Dziecko nie płaci rachunków, nie zna deadline'ów, nie musi znać zasad dobrego smaku, savoir vivre'u, ani niczego takiego.
Dziecko po prostu jest. Szczęśliwe, bo ma pustą kartę.

Kiedy czuję zapach skoszonej trawy, zastanawiam się, dlaczego tak rzadko mówimy sobie "nic nie muszę"? Dlaczego tak mało czasu poświęcamy swojemu wewnętrznemu dziecku? Tym bardziej, że nadal czujemy, słyszymy, widzimy i możemy dotknąć wszystkiego tego samego, co x lat temu, "za dzieciaka".
Dajmy się czasem ponieść beztrosce. Spacerujmy bez żadnego celu, wędrujmy donikąd. Spójrzmy, jak świeci słońce i jak wiele nas omija przez "muszę natychmiast". Poświęćmy kilka minut na obserwację. Kiedyś wszystko wokół było ciekawe i zachwycające. Nie pozwólmy, żeby przestało.

To moje życzenia dla Was. Na Wielkanoc i na resztę życia :)
Czytaj dalej

Ch...owa pani domu i jajca w kuchni


Generalnie kuchnia to miejsce, w którym mogłabym zamieszkać. Lubię gotować, próbować nowych smaków. Lubię siedzieć rano w kuchni przy śniadaniu i herbacie, czytając gazetę lub przeglądając instagram. Gotowanie odpręża mnie i poprawia humor, kiedy jest spleśniały.

Jeśli chodzi o inspirowanie się książkami kucharskimi i wymyślanie relatywnie dobrych potraw, jestem całkiem niezła. Od czasu do czasu zdarza mi się coś spalić albo ugotować mocno al dente.

To znaczy nie ugotować wcale.

Ale generalnie radzę sobie w kuchni całkiem nieźle. Rodzina i chłopak nie narzekają. Z reguły.

Do czasu, aż mam zrobić omlet.

Omlet jest jak kocia pułapka brzuszkowa. Miziasz i obydwu stronom jest przyjemnie, i myślisz, że jest wszystko w porządku, że Twój omlet obróci się, jak na reklamie teflonowej patelni i osiągniesz kulinarną nirwanę, aż tu nagle kocie pazury zaciskają się na Twoim przedramieniu, zęby na nadgarstku i ostatecznie zjadasz jajecznicę z pieczarkami, pomidorem, pestkami słonecznika i świadomością, że Twój wspaniały, złociutki omlet Ci się nie udał.

Znowu.

Nie wiem, gdzie tkwi magiczny sekret omleta i jak ludzie, którzy robią książki kucharskie, go obracają. Rozważam telekinezę i Vingardium Leviosa.

Omlet jest jak Coca-Cola. Każdy próbował, nikt nie wie, jak powstaje.

A przynajmniej ja nie wiem.
Czytaj dalej

Być jak Carrie


Jedyną rzeczą, jaką zrobiłam z sukcesem w kuchni, to bałagan. No i kilka drobnych pożarów.
- Carrie Bradshaw


    Od kiedy zaczęto mnie pytać, kim chciałabym zostać w przyszłości, miałam już w głowie wszystko, oprócz bycia księżniczką. Może to dlatego, że jestem jedynaczką. Trudno było mi chcieć być kimś, kim już byłam. Księżniczką Mamusi i Tatusia.

    Chciałam być więc weterynarzem (dopóki nie powiedziano mi, że to nie tylko odrobaczanie milusich piesków i futrzastych kotków); adwokatem, nauczycielką matematyki, polskiego, angielskiego, kasjerką w sklepie, podróżnikiem, tłumaczem, redaktorem rubryki czasopisma dla pań, w której odpowiada się na listy czytelników; korepetytorem, fryzjerem, hakerem, mechanikiem samochodowym, aktorką, tancerką, wokalistką, pracownikiem Sephory, vlogerką i dziennikarką.
      W kolejności chronologicznej.

    Pomiędzy tymi wszystkimi abstrakcjami, chciałam pisać. Wrzucałam do zamykanej na klucz szuflady ckliwe wiersze, nigdy niedokończone opowiadania i "felietony" o kaszmirowych sweterkach w stylu Rebeki Bloomwood. Felietony, nie sweterki.

    Od tego czasu minęły lata świetlne, a ja nadal piszę. I nawet mogłabym to robić zawodowo. Na chwilę obecną. Może za pięć lat będę żałowała, że nie poszłam na robotykę.
    Żartuję. Nie umiem liczyć.

    Na dzień dzisiejszy chcę być jak Carrie Bradshaw. Carrie, która potrafi obserwować. Patrzy i opisuje. Też zamierzam spróbować. Obserwować świat i przelewać zwykłe obserwacje na papier. Codzienność przekształcać we wnioski o dzisiejszym świecie. I może nawet kiedyś skubnę nowojorskiego życia jak Carrie.
    A może i nie.

    Witam i zapraszam na przegląd moich szufladowych dobroci i niedobroci. Zobaczymy, może coś z tego będzie. Na pewno nie obiecuję systematyczności. Nie opanuję tej sztuki nawet, kiedy będę musiała codziennie brać leki ratujące moje życie. Chcę po prostu sprawdzić się w pisaniu "do ludzi". Jeśli to jest to, co powinnam robić w życiu, będzie mi to sprawiać frajdę i będę pisać. A jeśli nie? Nie wiem, żyjmy tym, co teraz.

    Dzień dobry i do zobaczenia!


Follow my blog with Bloglovin
Czytaj dalej