Nie ma innej opcji, czyli aktorzy urodzeni do swoich ról




Kinga: Oglądając film, obserwujemy go pod wieloma kątami – estetyka wykonania, aspekty techniczne, obsada. Z tym ostatnim często jest spory problem, bo film może być świetny sam w sobie i mieć potencjał na bycie prawdziwym klasykiem za kilkanaście lat, ale twarze pojawiające się na ekranie nijak nie pasują do przypisanej im roli. Z drugiej jednak strony, zdarza się także (może nawet częściej), że producenci wręcz nie mogli wybrać lepiej, a osoba obsadzona w tej konkretnej roli wydaje się być urodzona, żeby właśnie w tym filmie zagrać dokładnie tę postać. Nam jako odbiorcom też często bardzo trudno wybrać kogoś, kto mógłby sprawdzić się w tej roli lepiej, niż pan X czy pani Y. Możemy tutaj wymieniać takich geniuszy jak Johnny Depp, którzy sprawiają wrażenie, jakby urodzili się do absolutnie każdej odgrywanej przez siebie roli, ale warto też sięgnąć głębiej. Na pewno znajdziemy wiele takich twarzy, bez których ten jeden film by się nie udał. I dzisiaj do wywołania tych aktorów przed szereg Cie zapraszam.

Redaktor Ego: Początkowo miałem ochotę przejrzeć listę laureatów Oscarów i znaleźć tych najbardziej znanych aktorów i odegrane przez nich rolę, które obrosły już legendą. Tak wypadałoby zrealizować zaproponowany przez Ciebie temat. Uznałem jednak, że w zgodzie z moim sumieniem będzie kierowanie się głosem serca i pierwszymi skojarzeniami. Są bowiem tacy aktorzy, którzy swoją twórczością, a czasem zaledwie jedną rolą, przypięli sobie pewną metkę, której cały późniejszy aktorski dorobek nie jest w stanie wytłuc z pamięci widzów. Nie wyobrażamy sobie wtedy już nikogo innego na jego miejscu, a jego twarzy już do końca świata będziemy łączyć z jedną tylko postacią. Nie zawsze są to też role zasługujące na nagrody czy wyróżnienia, lecz mające w sobie pewien urok i czar. Świetnym przykładem jest wspomniany Johnny Depp, który już zawsze będzie grał wykolejeńców i każda kolejna postać będzie wariacją na temat Jacka Sparrowa. Dlatego tworząc listę moich kandydatów, będę kierował się nie tyle wygórowanymi artystycznymi standardami, ile moją sympatią.

Kinga: Sympatia to bardzo dobre słowo. Oczywiście, nigdy nie wiemy, czy ktoś nie zrobi tego lepiej, ale ważne jest to, że trudno sobie wyobrazić kogoś innego w tej właśnie roli. Gary Oldman też czasem zagrał wariata, ale czy widzisz go w roli Szalonego Kapelusznika? Jacka Sparrowa?
Ale wracając do sympatii, na początek zabiorę Cię do Białego Domu i spytam – jak według Ciebie powinien wyglądać bezwzględny polityk, pokonujący w kilku wielkich susach drogę od zera do bohatera, w tym przypadku do objęcia urzędu prezydenta USA? Bo w moim odczuciu, teraz, odpowiedź może być tylko jedna.

Kevin Spacey ma w CV sporo filmów, w którym zagrał większe lub mniejsze role, bardziej lub mniej nijakie. W „Jak zostać kotem” widzimy go (przynajmniej przez chwilę) jako zapracowanego tatę, w „Szefowie wrogowie” przyglądamy się jego roli psychopatycznego korpowładcy. Oglądając „K-Pax”, nawet zaczynamy mu wierzyć, że pochodzi z innej planety, a za rolę w „American Beauty” dawno temu dostał Oscara. A potem pojawiło się „House of Cards”, w którym to Spacey jako Frank Underwood jest tak wyrazisty, że bardzo szybko zaczęłam mu kibicować i razem z nim dążyć do celu po trupach przypadkowych ludzi.
Nie wyobrażam sobie absolutnie nikogo innego w tej roli. Jego surowa twarz, sprawiająca jednocześnie przyjazne pozory dobrej duszy, która każdemu da pracę i dla każdego będzie wspaniałym prezydentem, to prawdziwy majstersztyk, który trudno jest powtórzyć nawet najlepszemu aktorowi. Bo bezwzględna i zarazem łagodna twarz Spacey’a po prostu tam pasuje. Kiefer Sutherland w „Designated Survivor” nigdy nie będzie tak prezydencki. Z tym, że akurat tam chodzi o to, żeby nie był. No mniejsza. W każdym razie, Kevin Spacey jak nikt pasuje do swojej roli i nie ukrywam – jest mi smutno, że w ostatnim czasie spadło na niego tak duże wiadro medialnych pomyj, rujnujących jego karierę, dlatego ilekolwiek sezonów HOC jeszcze wyjdzie, prawdopodobnie ich nie obejrzę. Bez Franka to już nie będzie to samo.



Redaktor Ego: Od razu muszę zacząć od przyznania Ci racji. Po zaledwie kilku pierwszych odcinkach „House of Cards” nie byłem sobie w stanie wyobrazić nikogo innego w roli Franka. I mimo małego jeszcze doświadczenia z serialem, należę już do grupy osób, które na myśl o najnowszym sezonie chórem odpowiadają „bez niego to nie będzie to samo”.
Elegancki, szanowany, nieco przebiegły i mający głowę na karku. Takimi cechami powinien charakteryzować się każdy rekin biznesu. Istnieje również wiele innych zawodów, w których taki osobowościowy asortyment byłby wskazany. Czasem też wystarczy, żeby takie wrażenie zrobić na rozmowie kwalifikacyjnej, a potem jakoś to będzie. Robienie z siebie pajaca na pewno nikogo do nas nie przekona i nikt pozytywnie nas nie zapamięta. Dlatego doskonale pamiętam jak rodzice, babcia oraz nauczycielki powtarzały mi, żebym przestał się pokrzywiać, robić głupie miny, wygłupiać się i zachowywać jak błazen. „Jak się będziesz tak zachowywał, to Ci tak zostanie”. Trochę się tego bałem... w końcu moja znajomość medycyny w podstawówce nie była specjalnie rozległa, dlatego wiara, że krzywa i głupia mina może zostać ze mną do końca życia, wpływała na moją wyobraźnię i zachowanie. Z głupiego zachowania wyrosłem i podzielam czasem zdanie rodziców dotyczące sympatii, jaką obdarza się ludzi „mocno oderwanych od rzeczywistości”. Jest jednak pewna osoba, która ze swoim „pajacowaniem” musiała się urodzić i mimo strasznie oraz rodzicielskich gróźb wcale nie postanowiła z tego wyrosnąć. Co więcej, zamieniła to w talent i stała się dzięki temu niezwykle rozpoznawalna. Elastyczność twarzy Jima Carreya jest wręcz niesamowita, a swoim nietuzinkowym sposobem bycia skradł z pewnością wiele serc. Nic też dziwnego, że do zagrania niektórych ról jest wręcz stworzony, a część z nich wydają się napisana specjalnie dla niego. Spróbuj wyobrazić sobie w roli Maski albo Ace’a Ventury jakiegokolwiek innego aktora (no dobra, z Maską później próbowali, ale widać, jak wyszło. Mało kto o tym w ogóle pamięta).



Kinga: Faktycznie, jest taki typ aktorów, których twarz nadaje się do odgrywania konkretnych ról. Na przykład tacy, którzy nadają się tylko do tego, żeby się z nich pośmiać. Ben Stiller, Anna Faris, Owen Wilson, Adam Sandler czy Jim Carrey – możemy obejrzeć „poważny” film z ich udziałem, ale czy to nie będzie bardzo kontrastowy obraz? Odnosząc się do Jima Carreya w roli Maski - masz racje. Gdyby tam wsadzić twarz Bena Stillera, pewnie byłoby zabawnie, ale na pewno nie tak, jak jest teraz. No i absolutnie nie wyobrażam sobie „Cuban Pete Song” w czyimkolwiek innym wykonaniu.

Moja kolejna propozycja była w zasadzie iskrą dla całego tego zestawienia, pewnie to dlatego, że niedawno postanowiłam zrobić sobie maraton „Batmana”. Od początku robienia filmów o człowieku-nietoperzu, mieliśmy okazję obserwować szereg aktorów obsadzających te same role. Widzieliśmy kilku Batmanów, kilku Jokerów, w starych wersjach Harvey Dent nawet był czarnoskóry. Ale to właśnie o Jokerze chciałabym dzisiaj wspomnieć. A raczej o jednym z nich. W tej roli obserwowaliśmy już Jacka Nicholsona, Heatha Ledgera, ostatnio też Jareda Leto. Z całej tej trójki jest tylko jedna osoba, która naprawdę pasuje do tej roli i jest to Ledger.
Żaden inny Joker nie przekonuje mnie tak do wszystkich swoich racji, jak właśnie on. Grą aktorską Heath Ledger rozłożył mnie na łopatki i gdyby ktoś mnie zapytał, po czyjej stronie w starciu dobry-zły jestem, nie miałabym żadnych wątpliwości. Batman w porównaniu ze swoim kolorowym antagonistą jest tak bezbarwny i przygaszony jak całe jego przebranie. Ledger wręcz wrósł w swoją postać, złączył się z nią w jedno ciało, przez co zgarnął monopol na Jokera. Nikt wcześniej i nikt później nie zrobi tego tak dobrze jak on. Nicholsonowi oczywiście też nie można odmówić umiejętności, miał już nawet okazję udawać chorego psychicznie, ale zwyczajnie nie urodził się, żeby być Jokerem. Ledger najwidoczniej tak.



Redaktor Ego: Zaczynam poważnie się zastanawiać czy na pewno dobrze wybraliśmy temat przewodni dzisiejszego teksu. Wszystko bowiem wskazuje na to, że wypełniony będzie on mniejszymi lub większymi szaleńcami i szarlatanami. Może to również dowodzić, że do grania ekscentryków na granicy norm społecznych (lub daleko daleko za nimi) trzeba mieć naprawdę specjalne predyspozycje oraz talent. Gdyby to było takie łatwe, częściej widzielibyśmy zapadające w pamięć postaci w horrorach, w których przecież nie pojawiają się najlepsi z najlepszych.
Jeżeli więc mowa o szalonych postaciach i aktorach, którzy świetnie z zadaniem sobie poradzili, oddaję pierwszeństwo paniom, a dokładnie Evie Green. W serialu "Penny Dreadful" wciela się ona w Vanessę Ives. Początkowo wyglądająca na spokojną, ułożoną, lecz posiadającą swoje tajemnice kobietę, wydaje się jedynie towarzyszką Sir Malcolma Murray'a. Takie wrażenie utrzymuje się dość długo, bo twórcy oddalają się od głównego wątku na rzecz interesujących historii pobocznych. Z czasem jednak Vanessa okazuje się postacią niezwykłą i tajemniczą, na jaw wychodzą kolejne elementy jej przeszłości, która jest doprawdy szokująca. Jej spokojna i normalna wersja nie robi żadnego specjalnego wrażania (ot zwykła miła pani która dba o to, aby fałdy jej sukienki równo się układały). Na dobrą sprawę, gdy na ekranie zaczynają przeważać inne wątki, łatwo o niej całkowicie zapomnieć (w końcu możemy w tym czasie obserwować problemy rodzicielskie Frankensteina czy rozterki sercowe jego potwora). Eva Green zaczyna grać pierwsze skrzypce w serialu w momencie, gdy odgrywa opętanie. Staje się ona stuprocentowo szalona, obłąkana, a jej postać kipi od żądzy, zdeprawowania i chęci szerzenia herezji oraz zepsucia. Świetna charakteryzacja oraz niesamowita gra Evy sprawia, że odegrana przez nią Vanessa jest nie tylko najlepszym punktem serialu, ale również bije na głowę wiele innych dotychczasowych filmowych opętań i egzorcyzmów.



Kinga: Skoro wspominasz kobiece postaci, nie pozostanę Ci dłużna. Tym samym przełamię schemat szaleńców, którzy faktycznie nieco zdominowali nasze zestawienie. Choć moja kolejna bohaterka szaleństwa tak całkowicie się nie pozbyła. Oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego słowa.

 Wspominałam już Johnnego Deppa, który idealnie wpasowuje się w każdą swoją rolę. Ale oczywiście nasz Szalony Kapelusznik nie jest jedyny. Istnieje cała masa aktorów, którzy świetnie radzą sobie z każdym filmowym wyzwaniem i nierzadko sami przychodzą do głowy w kontekście konkretnych postaci. Meryl Streep nie można odmówić talentu, charyzmy ani kreatywności. Idealnie pasuje do roli poważnych redaktor naczelnych (co potwierdziła podwójnie w „Diabeł ubiera się u Prady” i w „The Post”), dała sobie radę w komediach romantycznych, jako Margaret Thatcher wypadła rewelacyjnie, a w musicalach pokazała także swoje możliwości wokalne. Dlatego obsadzenie jej w roli „Boskiej Florence”, było dla mnie czymś zupełnie naturalnym i nawet nie potrafiłabym znaleźć innej aktorki, która oddałaby charakter tej postaci. Spodziewałam się jednak, że rola beztroskiej starszej pani, przekonanej o swoim wokalnym talencie sprawi jej pewien problem. Ale tak umiejętne robienie z siebie głupa sprawiło, że polubiłam ją jako aktorkę jeszcze bardziej. Poza tym okazało się, że film nie jest zwykłą komedyjką, a zabarwioną dramatem historią o sukcesie. Nie mogę też pominąć jednej kwestii – cholernie trudne jest udawanie, że się fałszuje, kiedy śpiewa się czysto na co dzień. Owacje na stojąco dla Meryl Streep, jako Florence Foster Jenkins i jako każda inna postać.



Redaktor Ego: XIX-wieczny Londyn to miejsce, którego zdecydowanie chciałbym uniknąć na trasie podróży w czasie. Brudne, błotniste, zadymione i pełne bezprawia ulice. Za każdym rogiem czeka niebezpieczeństwo, a z każdego zaułka zionie odór śmierci. W powietrzu unosi się zapach nieczystości, chorych ciał i odrażających pokus i dewiacji. Na karku czuć wrogie spojrzenia opryszków i ladacznic przypominające, że wartość Twojego życia jest równa zawartości Twojej kiesy. Spiski, intrygi, zdrady, oszustwa oraz nieustanne knucie, mające zapewnić wpływy i władze, niezależnie czy chodzi o arystokratyczne salony, potężne kompanie handlowe czy najpodlejsze slumsy. Przy odrobinie szczęścia, zamiast się męczyć w paskudnych warunkach, wylądujesz na dnie Tamizy z kosą w nerce. Atrakcje co prawda prawie żadne, ale za to duszna aura niebezpieczeństwa i zepsucia sprawia, że coraz częściej proponuje nam się wycieczki w takie miejsca. Co w sumie nie dziwi, bo klimat jest już gotowy. Jednak nawet na takim polu trzeba dorzucić coś ekstra, aby się wyróżnić.
Zastanawiam się jakby cała ta otoczka wypadła w "Taboo", gdyby nie Tom Hardy. Grany przez niego James Keziah Delaney to kawał niezłego sku... Jest przebiegły, błyskotliwy, cwany, bezwzględny i niebezpieczny. Nie odczuwa strachu i nie posiada żadnych hamulców. Do jasno postawionego sobie celu dąży z uporem i niepokojącym spojrzeniem, którego wrogowie nie potrafią odpowiednio odczytać. Podejmując kolejne decyzje i lawirując w skomplikowanej sieci londyńskich intryg, pozostawia widzów wielokrotnie z pytaniem, „czy James jest genialny, czy po prostu obłąkany” (działania świadczą, że to pierwsze, spojrzenie krzyczy, że jest z nim coś mocno nie tak!) Po zobaczeniu Toma w takiej roli wszelkiego rodzaju filmowe deppizmy wydają mi się po prostu śmieszne.



Kinga: Czytając Twój opis i pamiętając jego rolę w „Zjawie”, wierzę, że wypadł w tej roli naprawdę dobrze. Jeśli Twój bohater nie odczuwa strachu, to teraz przedstawię Ci kogoś, kto udawanie, że go nie odczuwa opanował do perfekcji.

 Parę lat temu do kin wjechała odświeżona wersja serii „X-men”, w której możemy obserwować początki walki mutantów ze światem, a znani bohaterowie są odmłodzeni i wyraźniejszy staje się ich profil psychologiczny. Najbardziej ciekawą pod tym kątem (ale nie tylko) jest nasz stary dobry władca złomu.

Magneto można lubić albo nie. Jego nieporadność i niezdecydowanie mogą być urocze albo irytujące. Ale abstrahując od tego – czy ktoś oddałby jego charakter lepiej, niż Michael Fassbender? W poprzednich wersjach, Lehnsherr pod postacią Iana McKellena to starszy pan z doświadczeniem życiowym, któremu niekoniecznie chce się jeszcze mieć jakiekolwiek swoje zdanie. Stojący wiernie u boku Profesora X. Młody, zbuntowany Magneto to kalejdoskop wszystkich trudnych emocji. Kto lepiej zagra osobę z tak skomplikowanym życiorysem, smutnymi wspomnieniami z dzieciństwa i tak rozdartą emocjonalnie niż Fassbender, którego twarz w każdym filmie wyraża taki ból istnienia, że gdyby kiedyś powstała adaptacja „Cierpień młodego Wertera”, główna rola może być z marszu obsadzona. Fassbender jest urodzony do wcielania się w role zbolałych męczenników życiowych i niemieckich oficerów (w „Pierwszym śniegu” nawet udało mu się połączyć obie te twarze w jedną). I chociaż brzmi to jak seria obelg wypuszczonych w stronę aktora – lubię go w każdej jego roli. Jego zbolały wyraz twarzy jest jego ogromnym atutem. Pewnie dlatego tak lubię Magneto. Jak już wielokrotnie wywnioskowałam na przestrzeni wszystkich naszych zestawień – nieporadni życiowo bohaterowie, którzy wzbudzają moją litość, wzbudzają też sympatię.



Redaktor Ego: Rzeczywiście Fassbender ma niezwykłą łatwość w odgrywaniu zagubionych postaci o nieco zbolałych mianach, a i odrobiny nazistowskiego uroku też mu nie brakuje. Myślę, że już najwyższa pora wprowadzić trochę pozytywnych elementów do naszego zestawienia. Wiadomo, że życie nieraz nieźle kopie nas po tyłkach i rzuca często kłody pod nogi. Można się wtedy załamać i narzekać, jaki świat jest niesprawiedliwy. By uniknąć takiego myślenia, przyda się jakaś pozytywna (chociaż często naiwna) filozofia i motto, które wypowiedziane w odpowiednią porę może poprawić nam nastrój. Przypominają mi się słowa mojego profesora od retoryki, który mawiał, że „nie ma się co przejmować, pamiętajcie, że zawsze mogło być gorzej”. No właśnie – inni mają gorzej. Wtedy z tyłu głowy zaczyna krążyć myśl, że są ludzie, których dotykają o wiele gorsze rzeczy, niż nasze codzienne problemy. Jeżeli nie tracą one sił i kroczą przez życie z wysoko uniesionym czołem, zasługują na ogromny szacunek.
Przykładem osoby, która z całą pewnością miała w życiu trudniej, ale nie straciła pozytywnego nastawienia i – co więcej – przekuła swoją przypadłość w ogromną zaletę, jest Javier Botet. Możliwe, że to nazwisko niewiele Ci powie. Jestem jednak święcie przekonany, że widziałaś go na ekranie więcej razy, niż możesz nawet przypuszczać. Oglądając horrory, niezwykle rzadko zastanawiamy się bowiem, kto kryje się za maską czy toną charakteryzacji, a ostatnio jesteśmy po prostu pewni, że oglądane straszydła są całkowicie wygenerowane komputerowo. W tym momencie na scenę wchodzi Javier.
Pochodzący z Hiszpanii aktor cierpi na zespół Marfana. Schorzenie powoduję nieprawidłowości w tkankach łącznych, a osoby cierpiące na tę przypadłość charakteryzują się wysokim wzrostem oraz nieproporcjonalnie długimi kończynami. Ze swoją nienaturalną budową okazał się idealnym materiałem na postacie z filmów grozy. Wystarczy kilka godzin charakteryzacji i uśmiechnięty na co dzień mężczyzna zamienia się w wychudzony dwumetrowy twór z najgorszych koszmarów. To on był mamą w „Mamie”, trzema upiorami w „Crimson Peak”, włóczęgą w „To”, hinduskim bóstwem w „Po tamtej stronie drzwi”, Setem w nowej „Mumii”, KeyFacem w „Naznaczonym 4”, przewijał się we wszystkich częściach „REC”, był w „Obecności 2”, a nawet miał swoją chwilę we wspomnianej przez Ciebie „Zjawie”. Wkrótce pojawi się w filmie zatytułowanym (co nie powinno już nikogo dziwić) „Slender Man”. Teraz za każdym razem, gdy słyszę hasło „jeżeli życie daje Ci cytrynę, zrób z niej lemoniadę”, przed oczami będę miał Javiera.



Kinga: Wniosek z tego taki, że nawet będąc wizualnie nietypowym, możesz zrobić karierę. Myślę, że w tej sytuacji, Javier nigdy nie narzeka na swoją przypadłość. Prawdopodobnie tak jak Peter Dinklage.

Wspominaliśmy już o osobach pokroju Jima Carrey czy Bena Stillera, których trudno sobie wyobrazić w innych niż komediowe rolach, a teraz chcę wspomnieć o aktorce, która grała już przeróżne postaci, ale najlepiej wypada w przypadku tej jednej. Wyobrażam sobie nawet czasem, że taką osobą jest na co dzień, co może być jednocześnie komplementem i sporą obelgą.
Jun Ji Hyun czy też Gianna Jun (bo to Amerykanom łatwiej wymówić) to jedna z niewielu koreańskich aktorek, która swoją wszechstronnością zdobyła serca nie tylko koreańskich, ale i amerykańskich producentów. Widziałam ją już chyba w każdej odsłonie – jako wojowniczkę, złodziejkę czy kandydatkę do zostania gejszą. 

Jednak, chcąc nie chcąc, zdecydowana większość południowokoreańskich aktorów swoją karierę buduje na komediach romantycznych i tak zwanych dramach. I właśnie przy okazji jednej z nich oglądało mi się Jun Ji Hyun najlepiej. „You who came from the stars” to pozycja skierowana do osób, które koreański zamysł na komedie znają i są w stanie wybaczyć wszystkie absurdy. Gianna gra tutaj płytką, zapatrzoną w siebie aktorkę, przekonaną o swojej cudowności. I jest przy tym tak szalenie zabawna, że zazdroszczę całej ekipie, która tworzyła serial, że obserwowali wszystkie zrobione take’i. Widziałam bardzo dużo koreańskich dramatów, kryminałów, komedii, znam cały szereg różnych aktorek, ale żadna z nich nie wydaje mi się wystarczająco dobra do zagrania próżnej gwiazdeczki. Jun Ji Hyun ma to coś, choć sama przy okazji wywiadów wydaje się być osobą bardzo skromną.



Redaktor Ego: Ostatni wybór stał się dla mnie niepokojąco trudny. Lista aktorów, którzy zostali idealnie dopasowani do odgrywanych przez nich ról, zamiast z każdym akapitem się kurczyć, tylko się rozrasta. Gdy napisałaś o rolach odegranych tak naturalnie, że wydają się odbiciem prawdziwej osobowości aktora, od razu pomyślałem o Reynoldsie. Robiąc przegląd jego dotychczasowych ról, nie można mieć wątpliwości, że uwielbia on ciągłe „Śmieszkowa”. Dlatego, gdy wciela się w Deadpoola, odnoszę wrażenie, że Ryan jest prostu sobą, a aktor i pyskaty najemnik to tak naprawdę ta sama osoba.
Na koniec miałem straszną ochotę wspomnieć o Charlize Theron, która odgrywaniu złych i wyrachowanych jest po prostu genialna. Co udowodniła, wcielając się kolejno w Królową Śniegu, atomową blondynkę oraz hakerkę bez serca i skrupułów. Chociaż w jej przypadku wystarczy, że uśmiechnie się do zdjęcia na czerwonym dywanie i iluzja zamrożonego serca rozbija się na tysiące kawałków. Dzięki czemu można mieć nadzieję, że na co dzień jest o wiele bardziej sympatyczna, niż odgrywane przez nią postaci.
Zdarza się też tak, że świetny dobór aktora do napisanej roli nie jest wisienką na przepysznym torcie, a niestety jedynym pozytywnie wybrzmiewającym elementem. „The Magicians” stacji SyFy jest dość nieudolną adaptacją książek Grossmana, a dłuższe oglądanie serialu powodowało u mnie narastający niesmak. Jak losy studentów uniwersytetu dla czarodziejów (już widzę te niewyraźne miny fanów Harry’ego Pottera) potoczyły się po 2 sezonie, nie mam pojęcia, nie wytrzymałem. Plusem produkcji był za to dobór aktorów wcielających się w ciapowatego Quentin, nieśmiałą Alice oraz rozrywkowego Eliota. Którzy naprawdę solidnie odgrywali książkowe pierwowzory. Dowodem na to może być przede wszystkim jad sączący się z ust widzów w stronę Quentina. Zarzucana mu łajzowatość oznacza, że wcielił się w swoją rolę idealnie.
P.S. 4 i ¾. Z okazji jednej z głośniejszych kinowych premier ostatnich tygodni będzie dodatek klasyczny. Łobuzerski uśmiech, życie wypełnione ryzykiem oraz ten błysk w oku. Chociaż od młodości zajmował się kradzieżą, trudnił przemytem i co najważniejsze — to on strzelił pierwszy — trudno było go nie pokochać. Han Solo dzięki swojemu niezwykłemu urokowi osobistemu oraz sposobowi bycia wzbudził w fanach Gwiezdnych Wojen więcej pozytywnych uczuć niż główny bohater Luke (z całą pewnością tak było u mnie). Teraz po latach powraca w solowym (he he) filmie. W rolę najlepszego pilota w galaktyce tym razem wciela się jednak Alden Ehrenreich. Chociaż dwoi się i troi, aby nadać swoim ruchom wdzięk i urok oryginału, wychodzi mu to co najwyżej na 3 z plusem. Jednak w żadnym przypadku nie podpisuję się pod krytyką w stosunku do jego gry. To o prostu niesprawiedliwe. Han Solo jest tylko jeden i jest nim Harrison Ford. Żadne komputerowe i aktorskie sztuczki tego nie zmienią.



Kinga: Dobry aktor może nierzadko uratować zły film. Swoim talentem, ale przede wszystkim adekwatnością. Grać można wszędzie i każdą z postaci. Długo możemy wyliczać aktorów, którzy wszędzie wypadają świetnie – w Polsce też, doskonałym przykładem jest tu Dawid Ogrodnik. Ale równie dużo miejsca w naszej pamięci zajmują  postaci filmowe, których nie wyobrażamy sobie zagranych przez kogoś innego. Kto sprawia wrażenie wręcz urodzonego do tej roli. A nie ma przecież nic lepszego, niż te idealnie odegrane, które potrafią przykryć wszystkie niedoskonałości techniczne czy scenograficzne. Ogromne brawa należą się tu twórcom, bo przecież to oni dobierają aktorów do postaci. A to przecież też trzeba umieć.

Redaktor Ego: Przyglądając się naszemu przeglądowi, zaczynam się zastanawiać, czy „najlepiej obsadzone role” to odpowiedni tytuł. Trzeba by zastanowić się, czy dobrze rozpisana rola jest ważniejsza niż aktor, który został w niej obsadzony. Wątpię, aby w scenariuszu do Gwiezdnych Wojen uśmiech Hana był dokładnie rozpisany lub żeby ktokolwiek udało się wyobrażenie ruchów Carrey'a, a następnie przelanie tego na papier. Na naszej liście znaleźli się przede wszystkim aktorzy urodzeni do pewnych ról, którzy swoim warsztatem, osobowością i interpretacją nadają im charakter i sprawiają, że zapadają nam w pamięć i trudno sobie wyobrazić, aby ktokolwiek byłby w stanie zrobić to lepiej. Miejmy tylko nadzieję, że niektórzy z nich nie padną w manierę grania tylko jednego rodzaju roli i nieraz zabłysną jeszcze czymś zupełnie nowym, udowadniając na jak wiele ich stać.


Czytaj dalej

Krótka refleksja o radiu




Jakiś czas temu miałam okazję pośrednio uczestniczyć w konferencji „Współczesne Media”, organizowanej przez moją uczelnię. Jeden z bloków tematycznych dotyczył radia i wszystkich jego aspektów. Tak sobie siedząc i pilnując, czy nikt przypadkiem nie stracił przytomności i czy sala jest na pewno wyposażona w dwukrotnie większą niż potrzeba ilość wody, słuchałyśmy z przyjaciółką ciekawych lub mniej wystąpień profesorów, doktorów i innych magistrów. Niespodziewanie zostałyśmy wciągnięte w żarliwą dyskusję, kiedy zapytano nas, czy młodzież jeszcze słucha radia i czy w ogóle czasem włączamy stacje publiczne.

No właśnie, słucha czy nie słucha?

Moja odpowiedź była maksymalnie wymijająca, bo przecież nie mogę wypowiadać się za miliony osób w Polsce. Ale wydaje mi się, że była jednocześnie relatywnie zgodna z prawdą.
Radio to medium towarzyszące i tego się od niego wymaga. Nie zatrzymywania nas przy odbiornikach, aby posłuchać podcastu. Dzisiejszy świat funkcjonuje w niewyobrażalnym pędzie. Młodzi ciągle gdzieś się spieszą, ciągle mało im atrakcji, ciągle potrzebują mieć zajęcie. Czy w tym bałaganie spraw jest miejsce na podcasty? Z mojej perspektywy – nie.
Radio to dobra opcja na poranki, kiedy jest za wcześnie na telewizję śniadaniową albo kiedy potrzebuję trochę pozytywnej energii. W tej sytuacji stacje formatu AC (czyli większość obecnie popularnych) oferują muzyczny przekrój, przeplatany od czasu do czasu fleszem wydarzeń z kraju i świata czy zafarbowanym ironią felietonem. I wydaje mi się, że to jest to, czego młodzi dzisiaj potrzebują. Mix muzyki i pogadanki, ale bez zbędnego wymuszania na nas skupienia. Cóż, taki mamy klimat.

Radia podcastowe wymagają od ludzi pewnego zaangażowania. I przede wszystkim zainteresowania tematem. Ile procent odbiorców z fascynacją będzie słuchać godzinnej audycji o szlagierach muzyki jazzowej albo o zmianach w prawie unijnym? I czy słuchanie jak ktoś bez przerwy mówi może wpłynąć na efektywność naszej pracy?

Jesteśmy coraz bardziej przyzwyczajeni do ciągłej rozrywki. I na tę rozrywkę ukierunkowani. To, o czym – co prawda o telewizji, ale w tym przypadku również ma rację bytu – pisze Postman, czyli „zabawienie się na śmierć”. Nie potrzebujemy intelektualnej treści. Jesteśmy ogromnym społeczeństwem, które potrzebuje niewybrednej rozrywki i kilku błyskotliwych żartów na antenie. Czy jest to dla nas dobre? Pewnie nie. Ale z drugiej strony – jak długo można bez przerwy chłonąć wiedzę, obcować z kulturą czy po prostu używać mózgu? Czasem wręcz trzeba się wyłączyć, a popularne stacje radiowe przychodzą z pomocą w każdą leniwą sobotę. I wtorek, i czwartek. A w poniedziałek o 6:30 w nocy nie ma nic lepszego na poweekendowego kaca nieróbstwa, niż bełkotanie o niczym.

Nie słucham stacji podcastowych, publicznych, tematycznych. To znaczy nie dobrowolnie. W świecie wiecznego pędu audycje tam wydają mi się zbyt wolne, jakby ktoś puścił je w slow motion. Co nie oznacza, że są złe. Mają po prostu inny target odbiorców. I to niestety nie jest większość młodych ludzi. Niestety dla stacji, które w każdej chwili mogą po prostu umrzeć wraz z ostatnimi słuchaczami.

Słuchacie czasem podcastowych stacji? 


Czytaj dalej

Co tu się właściwie stało, czyli najbardziej zawiłe scenariusze




UWAGA! Tekst może zawierać śladowe ilości spoilerów. Czytasz na własne ryzyko.

Kinga: W świecie kinematografii było już praktycznie wszystko – magia, eksperymenty medyczne, trudne sprawy, katastrofy, historie z piekła rodem, choroby psychiczne, kosmici czy wojny gatunków. Każdy temat i motyw został już przemielony po kilkanaście razy na wszystkie możliwe sposoby, dlatego coraz trudniej twórcom przekonać do siebie widza i zainteresować czymś naprawdę godnym naszej uwagi. Mamy też pełen przekrój jeżeli chodzi o stopień naszego zaangażowania. Są filmy, które możemy oglądać przez szybę samochodu podczas tankowania auta i jednoczesnego słuchania radia przez telefon, a i tak potrafimy je później streścić babci w całości, bo swoją prostotą i brakiem jakichkolwiek odniesień przebijają niejedną piosenkę disco polo. Gdzieś pośrodku, w granicach optymalności, mieszczą się te, które oglądasz podczas mycia naczyń, ale ryzykujesz w ten sposób utratę kilku istotnych faktów fabularnych czy takie, które operują skomplikowaną terminologią i wymagają od Ciebie skupienia. Ale są przecież też takie, w których od przeplatanki wątków boli Cie głowa, od nadmiaru sprzecznych informacji palą się synapsy, a pod koniec i tak okazuje się, że to wcale nie tak, jak myślisz. Ile razy zdarzyło Ci się oglądać film tylko po to, aby na końcu dowiedzieć się, że wszystko to jest iluzją, bo bohater ma podwójną osobowość albo że tak naprawdę w ogóle nigdy nie istniał? Jestem pewna, że znajdziesz co najmniej kilka filmów, w których przez 70% czasu nie wiesz, o co chodzi, żeby pod koniec dostać takim plot twistem w twarz, że przez kolejne pół roku wychwalasz ten film wszystkim znajomym, rodzinie, nawet kotu. Albo takie, które pomimo swojej zawiłości prowadzą Cię do przyjemnego momentu kulminacyjnego, po którym wszystko staje się bardziej zrozumiałe albo wręcz przeciwnie – prowadzą Cie do otwartego zakończenia, które możesz sobie dopowiedzieć jak tylko chcesz. Albo po prostu są zawiłe i trzeba się maksymalnie skupić, żeby potem na pytanie "o czym to było" nie odpowiedzieć "haj, ajm potejto".

Redaktor Ego: Od samego początku po mojej głowie zaczęły kołatać się kolejne tytuły, które pasują do Twojego opisu. W pierwszym szeregu, łaknące wygrzebania spod sterty innych wspomnień lub próbujące niepostrzeżenie wymknąć się z głęboko zakopanego pudełeczka z napisem „nigdy do tego nie wracajmy”, ustawiają się horrory. Ze względu na upodobania i gust, to właśnie z filmami grozy kojarzą mi się wszelkiego rodzaju zabiegi związane z przewrotnymi zakończeniami i niespodziewanymi wyjaśnieniami. Niestety w przeważającej ilości są to tytuły, których zaskakujące finałowe plot twisty, są najlepszym, a czasem jedynym dobrym elementem filmu. Po przemęczeniu się z żałosnymi zgonami, nielogicznymi zachowaniami i przygłupimi bohaterami na koniec otrzymujemy naprawdę smakowity kąsek. Niestety w tym momencie jest już za późno na ratowanie czegokolwiek. Podczas oglądania wyłączamy te partie mózgu, które akurat nie są nam potrzebne i w momencie wielkiego finału nasze styki są już tak przepalone, że nawet nie jesteśmy w stanie docenić kreatywności twórców. W ostatnim czasie w siłę zaczyna rosnąć grupa nietypowych horrorów, które pod tym względem czarują i zasługują na sprawność „to nie dla każdego”. One, chociaż zdecydowanie mniej licznie, ustawiły się w drugim szeregu. Jeżeli dorzucić do tego seriale, gry komputerowe czy książki można zorganizować sobie całkiem ciekawą wycieczkę po mindfu*kowym gabinecie osobliwości. Ważne jest teraz pytanie, czy przed wejściem powiesić ostrzeżenie o spoilerach, czy nie?

Kinga: Spoilerów prawdopodobnie nie unikniemy, choć postaramy się szalenie. Jak to mówią – przezorny zawsze ubezpieczony, dlatego na wszelki wypadek drobne ostrzeżenie nie zaszkodzi. Gorzej, jeśli sami nie widzieliśmy wzajemnych propozycji, bo niebezpiecznie zbliżamy się do „hej, a widziałeś ten film, co na końcu się okazuje, że gość ma schizofrenię?”. Dlatego apeluję o spoilerowanie z głową.

Na pierwszy ogień, idąc w myśl retorycznej zasady porządku nestoriańskiego, wyrzucę na stół bardzo mocną kartę, czyli film, o którym słyszałam już od dawna, ale nigdy nie miałam wystarczającej motywacji, żeby go obejrzeć (wcale nie bałam się, że mogę go nie zrozumieć). W końcu zaplanowałam sobie ambitny, mindfuckowy seans i tak – będę go polecać znajomym, sąsiadom, pani z Lewiatana i wszystkim napotkanym wiewiórkom. Zdarzyło Ci się kiedyś nie wiedzieć, o co chodzi przez półtorej z dwóch godzin i nudzić się jak mops z braku jakiejkolwiek akcji, a w ostatnich 30 minutach spaść z krzesła i nie żałować ani jednej zmarnowanej na słuchanie gadaniny minuty? Oglądać film, który jest jednym wielkim niedopowiedzeniem i nadinterpretacją?
To to jest właśnie „Vanilla Sky”.

Najbardziej niezwykłą rzeczą w tym dramacie psychologicznym jest to, że posiada tak wiele różnych interpretacji. Scenariusz nie prowadzi nas od początku do końca za rączkę, tylko pozwala zejść w boczne uliczki i błądzić wśród oderwanych od siebie wątków tak długo, jak tylko chcemy. Na deser dostajemy otwarte zakończenie, przez co możliwych teorii jest tyle, ile par oczu widziało film. Na początku stawiani jesteśmy w roli obserwatora. Nic innego nie pozostaje, tym bardziej, że historia sprawia wrażenie całkiem zwykłego melofilmu dla wrażliwych dusz. Elementy dezorientacji można dostrzec jedynie w szczegółach. Z czasem pojawia się wrażenie, że coś tu jest nie tak, może trochę nielogicznie, może niechronologicznie, a może to wizja szaleńca? Sami nie wiemy, każda opcja jest teoretycznie możliwa. I to jest najlepsze, bo gdy zakończenie uderza nas jak hiperciężkie nowojorskie powietrze, nie pozostaje nam nic innego, jak z otwartą japą przeglądać kolejne fora i kolejne teorie, z których absolutnie wszystkie mogą być zgodne z wizją reżyserską. O ile taka wizja w głowie twórców w ogóle kiedykolwiek istniała.



Redaktor Ego: Skoro zaczęłaś od naprawdę dobrej karty, nie pozostanę Ci dłużny i rozpocznę równie mocno.

Nie oszukujmy się. Uwielbiamy oceniać wszystko na pierwszy rzut oka i opierać swoją opinię po pierwszym wrażeniu. Jest to dość naturalny odruch i często naprawdę trudno nam szybko wyrobione zdanie zmienić. I dotyczy to w takim samym stopniu zarówno ludzi, jak i filmów. Gdy nowy tytuł wyłamuje się ze schematów i wymyka się pewnym standardom, często jesteśmy rozczarowani, bo zwiastun zapowiadał coś standardowego. W przypadku, gdy film z zapowiedzią się pokrywa, to wtedy się dąsamy, że znów dostaliśmy to samo (ale już chyba taką mamy naturę). Niemniej zaskoczeni nowatorskimi pomysłami, zamiast się nad nimi zastanowić i podjąć próbę ich rozszyfrowania, zaczynamy kręcić nosem, a do wszystkiego zaczynamy przylepiać naklejkę artystycznego bełkotu autor. Rozczarowani swojego zdania nie zmienimy i już! Trochę jak obrażone dziecko, którym i mi zdarza się być.

Wybierając się do kina, nikt nie lubi słuchać od innych wskazówek w stylu „skup się na tym” lub „obserwuj tego bohatera”, a dla osób, które w czasie wspólnego oglądania doprowadzają innych do wściekłości słowami „uważaj, teraz będzie dobre” w piekle przygotowany jest specjalny kocioł z wolno gotującą się smołą. Są jednak takie przypadki, w których wskazówka od oglądających wcześniej możne uratować nam cały seans i sprawić, że spojrzymy na film zupełnie inaczej. Wręcz wzorcowym przykładem jest "mother!". Dystrybutor filmu niczym krowie na granicy wymalował na stajennych wrotach wielkimi literami, że to Horror. Gdy z każdą kolejną minutą na ekranie zaczynają jednak dziać się coraz dziwniejsze i bardziej abstrakcyjne rzeczy, zaczynamy się zastanawiać, co tu się właściwie wyprawia. Zewsząd podnosi się krzyk, bo przecież miały być duchy, morderca w masce albo przynajmniej jakaś krwawa klątwa. Wystarczyło jednak, że dobre dusze przed seansem dały znać, że warto doszukiwać się nawiązań do Biblii. W tym momencie film, w którym na korytarzu dochodzi do zbrojnej pacyfikacji agresywnej demonstracji, a w salonie niczym dopasowane meblościanka stoją klatki z niewolnikami, stał się naprawdę ciekawy i wciągający. Zupełnie jakby zamiast ekranizacji książki, ktoś podjął się przeniesienia na ekran wiersza, ale takiego, w którym błękit zasłon symbolizuje coś więcej niż błękit zasłon. Metafory ścielą się gęsto jak trupy w porządnym shlasherze, a interpretacja pozostaje w naszych rękach i to bez obaw o klucz. Chociaż autor wyraźnie daje do zrozumienia, jakie byłoby oczekiwane odczytanie, to pozostawia nam całkiem sporo swobody. Chociaż w czasie zmagania z lekturą „mother!” wymęczyłem się tak jak podczas niezapowiedzianej kartkóweczki, to pierwszy raz było to przeżycie godne zapamiętania.



Kinga: Fakt, wieczna kąpiel w smole brzmi jak bardzo łagodny wyrok dla takich bestii. Choć niektórzy lubią spoilery, ale tacy to raczej pasują do Arkham niż do piekła. Czasem faktycznie dobrze dostać drobną wskazówkę, choć ja i takich nie lubię. Gdybym dostała polecenie oglądania „Mother!” z myślą o kontekstach biblijnych, nie potrafiłabym go oglądać z innej perspektywy i uważam, że straciłabym sporo na własnej interpretacji. Albo lepiej stracę, bo ten film nadal jest przede mną.

Producenci filmów lubią motyw zagadki kryminalnej. Ktoś gdzieś ginie, jest jakiś krąg podejrzanych, a wraz z kolejnymi minutami cała sytuacja powoli, stopniowo się rozjaśnia, a my jesteśmy usatysfakcjonowani, że morderca został złapany. Albo zszokowani, że to akurat ta osoba. Zazwyczaj – mała wskazówka od fana Scooby-Doo – winny okazuje się ktoś, kto pojawił się na ekranie raz, w porywach do trzech. Co innego, gdy w kręgu podejrzanych znajduje się tylko kilka osób, bo na przykład zabójstwa dokonano w mieszkaniu, do którego klucz miały jednostki. „Loft” jest właśnie taką historią. Jej zakończenie swoją drogą, ale najbardziej absorbujące w nim jest to, że w większości oparty jest na retrospekcjach. Przecież jakoś do tej prawdy trzeba dojść, a sama relacja bohaterów byłaby nudna jak rozprawa sądowa. O ile dobrze pamiętam, zdarzyło się też, że jedna historia opowiedziana jest z perspektywy kilku bohaterów, co wprowadza dodatkowy chaos. Twórcy chcą, aby w naszej głowie co chwilę pojawiał się nowy główny podejrzany – jeden z pięciu przyjaciół, którzy w swoim apartamencie znajdują zwłoki bardzo atrakcyjnej kobiety, którą de facto wszyscy znają, lepiej lub gorzej. W apartamencie, który wspólnie kupili, żeby zdradzać swoje żony, więc martwa kobieta w ich pozbawionej kręgosłupa moralnego pościeli zupełnie nie była im na rękę. Obserwujemy więc grupę podwójnie zestresowanych facetów, którzy nawzajem się obwiniają i wyciągają z kapelusza kolejne fakty. To prowadzi do psychologicznej dyskusji pod tytułem „kto najlepiej będzie sprawiał wrażenie niewinnego”. Zakończenie jest jednocześnie oczywiste i nie, bo pojawia się w głowie mechanizm zastanawiający się „czy to mogło być takie proste”, a jednocześnie okazuje się, że motywacja mordercy jest absolutnie nieprzewidywalna. Abstrahując od tego, „Loft” to znakomita mieszanka różnych osobowości, konfrontacja wielu profili psychologicznych. A fabularne zawiłości mogą być upierdliwe, ale jednocześnie szalenie potrzebne. W sytuacji, w jakiej postawieni są nasi bohaterowie, każdy z nas zachowywałby się tak samo. Chaotyczny scenariusz jest tu jak samo życie. Oczywiście zakładając, że postanowilibyśmy kupić loft w celu prowadzenia podwójnego życia i dzielenia go z czterema ziomkami.



Redaktor Ego: Wśród „nowej fali horrorów” nieco mniej przewrotnymi scenariuszami mogą się nieśmiało pochwalić filmy takie jak „Zabicie Świętego Jelenia” z chłopcem, który za pomocą swojego uroku i niewyjaśnionego voodoo zniszczył dość spokojną rodzinę czy oscarowe „Get Out” z rasizmem, który okazał się poniekąd gloryfikacją czarnych. Niestety obawiam się, że w tym momencie skończyły mi się w tej kategorii świetne filmy, a reszta to raczej przeciętniaki, których odbiór zależy raczej od cierpliwości i tolerancji. Zanim jednak sięgniemy do półki, na której obok halucynogennych grzybków znaleźć możemy kreatywnie wykorzystaną piłę, wystrzeliłbym nas w kosmos.

[spoiler alert - w sumie to tylko gra, więc nie powinniście się przejmować]

Wyobraź sobie, że jesteśmy na stacji kosmicznej tak blisko, a zarazem tak daleko bezpiecznej Ziemi. W momencie, gdy budzimy się jako jedni z nieliczni żywych pracowników wielkiego badawczego kompleksu, zaatakowanego przez obce i niebezpieczne formy życia. Szanse na wyciągnięcie własnego tyłka z takiej opresji graniczą z cudem lub są po prostu niemożliwe. Nawet zdając sobie sprawę z fatalnej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, trudno jest wyłączyć nasz instynkt samozachowawczy i w akcie desperacji chwytamy za wyrzutnię szybko twardniejącej pianki uszczelniającej oraz klucz francuski i próbujemy jakoś przetrwać. W ostateczności zaś możemy podrasować własny mózg „koktajlem genów z obcego”, wbijając sobie ogromną igłę w oko – czegóż się nie robi, by przeżyć. Stacja Talos I to kosmiczna placówka badań i rozwoju zawieszona bezpiecznie na ziemskiej orbicie. Chociaż klimatem i wystrojem wnętrza nie dorównuje ona takim statkom jak Nostromo czy Pandorum to lokacje pełne niebezpiecznych i podstępnych tyfonów sprawiały, że grając w „Prey”, stale można było czuć dreszczyk zagrożenia. Który po kilku godzinach rozgrywki kończył się zakwasami od napinania mięśni w gotowości do działania i obawy, że zaraz coś będzie się chciało do Ciebie boleśnie przylepić. Gra świetnie przygotowana i rozpisana, daje nam dużą swobodę w realizowaniu zadań, wymaga od nas pomysłowości i zostawia na koniec wiele możliwości zakończenia, już sama w sobie zasłużyła na mnóstwo gwiazdek. Jednak twórcy uznali, że wielokrotne i dotkliwe skopanie mi dupy w czasie wielogodzinnej rozgrywki to zdecydowanie za mało. Finał sprawia, że oczy z niedowierzania mało nie wyskoczyły mi z orbit i nie poturlały się z charakterystycznym i spowolnionym bum, bum, bum z biurka na podłogę. Wszystkie starania bowiem okazały się testem, cała męcząca sytuacja symulacją, a bohater... no dobra może nie zdradzę wszystkiego. Było to coś, czego absolutnie się nie spodziewałem, a najgorszym elementem całego zabiegu jest to, że już nigdy więcej nie zrobi to na mnie takiego wrażenia.



Kinga: Ostatnim stwierdzeniem trafiłeś w sedno – znając zakończenie już nigdy nie obejrzymy / nie zagramy / nie przeczytamy tego z takim zafascynowaniem, jak zrobiliśmy to po raz pierwszy. Mam w pamięci kilka takich filmów, o których bardzo chciałabym zapomnieć, żeby móc je obejrzeć jeszcze raz.

Wracając na chwilę do otwartego zakończenia, muszę przyznać, że największą krzywdę zrobił mi pod tym kątem „Prisoners”, przetłumaczony na polski z jakiegoś powodu jako „Labirynt”. Znów wjeżdża motyw sprawy do rozwikłania (monotonia to ja), tym razem jednak mamy walkę ojca porwanej dziewczynki z niedołężnością – w jego mniemaniu – wydziału kryminalnego. Kolejne wątki wprowadzają coraz to większy bałagan, każda z postaci wydaje się być na równi podejrzana, a w konsekwencji w ogóle nie wiemy, co się dzieje. W filmie sporo jest elementów, które twórcy wprowadzili, żeby zmylić naszą uwagę i uśpić czujność – dokładnie tak jak pojawiający się, niepokojąco wyglądający bohaterowie. Film przez cały czas trwania trzyma w niebezpiecznym bezdechu, atmosfera jest tak napięta, jakby w każdej chwili miała pęknąć jak zbyt mocno nadmuchany balon. W pewnym momencie fabuła staje się tak zagmatwana i poplątana, że sami nie wiemy, po której stronie barykady chcemy stanąć. No i powraca temat zakończenia. Generalnie nie przeszkadzają mi te otwarte w przypadku „Vanilla Sky”, innych moich propozycji czy jakichkolwiek innych filmów, jeżeli zakładają mnogość interpretacji czy zakończenie, które możemy sobie sami dopisać. Ale kiedy takie sugeruje, że historia bohaterów zakończyła się dobrze albo źle – przepraszam, wysiadam. Nadal nie mogę przeboleć jednej z dwóch zaproponowanych po cichu wersji, choć film widziałam dawno. Choć wiem, że są osoby, które pewnego detalu nie wyłapały i tutaj mała wskazówka ode mnie, jeśli chcesz pozastanawiać się razem ze mną, co się wydarzy dalej – wytęż słuch. Bardzo mocno.



Redaktor Ego: Prowadzenie dochodzenia w skomplikowanej sprawie nie jest zadaniem łatwym. Jednak pomysł w którym „tym złym” okazuje się „ten dobry” czasem zaś „ten, którego nikt nie zauważał” jest dość często i gęsto wykorzystywany w kryminałach. Żeby nie szukać daleko, taki zabieg podano mi w „The Frankenstein Chronicles” z Seanem Beanem. Nie umniejszając pod żadnym pozorem „Labiryntowi”, detektywom i kryminalnym plot twistom, muszę jednak zauważyć, że o wiele bardziej problematyczne są podróże w czasie.

Mając jak najlepsze intencje zabicia Hitlera bądź powstrzymania jakiejś wielkiej katastrofy, budujesz wehikuł czasu. W momencie, gdy ostatnia śrubka jest na właściwym miejscu, odpowiednio dobrane chromowe części wypolerowane są na wysoki połysk, a ekspres do kawy komponuje się kolorystycznie z obiciem na podłokietnikach, zaczynają się pierwsze problemy. Zaraz pojawi się ktoś, kto zacznie zadawać niewygodne pytania w stylu „a co będzie, jeżeli cofniesz się w czasie i zabijesz swojego dziadka?”. Chcesz dobrze, ale rodzi się wiele teoretycznych problemów, których rozwiązanie niestety diagnoza zawsze jest taka sama. Paradoks czasu, a co za tym idzie rozszczepienie wszechświata lub jego zapadnięcie. Okazuje się, że Twoje marzenie z dzieciństwa o zobaczeniu prawdziwych dinozaurów w najlepszym przypadku prowadzi do anihilacji rzeczywistości. Mimo ogromnego zagrożenia, kolejni nierozważni bohaterowie podejmują ryzyko i wyruszają w podróż przez czas. Największą frajdę w tym wszystkim sprawia mi obserwowanie historii, która okazuje się upartą zimną suką. Niezwykle fascynujące jest fakt, że to podjęte przez bohatera działania zawsze prowadzą do wydarzeń, których nadejście chciał powstrzymać. Do porządnego zawrotu głowy wystarczy podróż do jednego punktu na linii czasu. Niemcy jednak od zawsze lubią robić wszystko „bardziej” i na wiele frontów. Wyprodukowany przez nich serial „Dark” to mroczne „Stranger Things” dla dorosłych, w którym nakładają się na siebie wydarzenia nie z dwóch, ale aż z czterech różnych czasów. W małym miasteczku młodzież na co dzień musi się zmagać z problemami w stylu „nie możemy być razem, bo Twój młodszy brat będzie moim ojcem. Liczba wątków i skomplikowanych relacji między postaciami robi się stopniowo tak skomplikowana, że twórcy postanawiają podać nam pomocną dłoń i kilkukrotnie dość wyraźnie pokazując, kto jest kim. Zdradza to niezbyt wysokie mniemanie o intelekcie widzów, a przynajmniej mogłem oglądać bez konieczności robienia pomocniczych notatek.



Kinga: Brzmi, jakbym miała potrzebować obejrzeć każdy odcinek co najmniej dwa razy. Aczkolwiek takie produkcje są równie potrzebne, im więcej musimy sami pojąć, tym lepiej dla naszych zwojów mózgowych.

Po tym, jak zdradziłam Ci jedną z moich propozycji, zapytałeś mnie „gdzie w tym widzisz zawiłość?”. Nie ukrywam, poczułam się skonsternowana, bo ten film przyszedł mi do głowy jako pierwszy. W konsekwencji sama zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście to ma sens. A potem przypomniałam sobie ten film i czas, jaki z nim spędziłam, przypomniałam sobie genialną rolę Jamesa McAvoya i ostatnią scenę tego filmu i chyba jednak spróbuję udowodnić Ci zawiłość scenariusza.

Słyszałam już od Ciebie kilka razy, że „Split” nie powinien być niezrozumiały dla kobiet, które na co dzień operują kilkoma (lekką ręką licząc) różnymi osobowościami. A jednak. 23 osoby upchnięte w jednym człowieku, który operuje nimi tak płynnie jak mistrz tańca towarzyskiego operuje kolejnymi elementami choreografii – dla mnie to wystarczający powód do podziwu. A do tego człowiek ten ma umiejętność ekspresowego przebierania się na potrzeby kolejnych osobowości, co ma jednocześnie irytujący wymiar nierealności, ale też stanowi ciekawy element fabuły. Życzyłabym sobie takiej supermocy, zwłaszcza rano, gdy przypadkiem drzemka się nie odezwie, a ja pięć minut przed wyjściem staje przed szafą, w której powinien zamieszkać pies przewodnik.

Sporo miejsca na własną interpretację i szereg teorii spiskowych pozostawia też zakończenie – nawet nie wiesz, jak wiele najdziwniejszych wersji dotyczących nowego uniwersum słyszałam i czytałam po obejrzeniu tego filmu. Część jest ekstremalnie absurdalna, część całkiem możliwa i będę się naprawdę dobrze bawić, jeśli faktycznie okaże się zgodna z prawdą.



Redaktor Ego: Zdolność stworzenia w jednym filmie kilku tak różniących się osobowości dysponując tylko jedną twarzą, w wykonaniu McAvoya imponuje. Chociaż w filmie widzimy zaledwie kilku lokatorów jego chorej i tłumnej psychiki, to jestem całkowicie przekonany, że poproszony o zaprezentowanie kompletnej listy obecności nie miałby z tym najmniejszego problemu. „Split” w takim przypadku nie robiłby już tak dobrego wrażenia.

Jeżeli chodzi o dobre wrażenie, pragniemy, aby nasza książkowa półka robiła jak najlepsze. Niespełnionym marzeniem czytelnika jest posiadanie prywatnej i w pełni reprezentacyjnej biblioteczki, na której znajdowałyby się same najlepsze tytuł, a skompletowanie jej nie wiązałoby się z bliskimi spotkaniami ze wszelkimi średnimi i fatalnymi pozycjami. Marzenie ściętej głowy. W końcu nie wypada nam oceniać książki po okładce i nieraz na własne oczy musimy się przekonać, jaka jest w środku. Nadzienie nie zawsze jest apetyczne, niesmak pozostaje, a nam raczej nie wypada mówić później, że nie mieliśmy z nią do czynienia. Mimo tego, że dążymy do spełnienia fantazji, dobrze jest mieć na swojej „Liście Ksiąg Obowiązkowych” takiego autora, którego po prostu dobrze nam się czyta, nawet jeżeli zdajemy sobie sprawę z tego, jak wiele można by było mu zarzucić. Uwielbiam sięgać po Mastertona, chociaż tworzenie ciekawych postaci i wielowątkowych historii nie jest jego mocną stroną. Stephen King to naprawdę świetny facet, chociaż doskonale wiem jak łatwo go wypunktować za to, że jest uporządkowany, dokładny i nieco ugrzeczniony. Dorzuciłbym do tego Piekarę, Butchera i kilku autorów piszących powieści z uniwersum Star Wars. Na koniec zostaje zaś Samotnik z Providence. Opowiadania Lovecrafta są po prostu zachwycające, a na ich cudowność składa się niezwykły klimat i styl narracji, jaki autor prowadzi w większości z nich. Wystarczy jednak trochę ochłonąć i okazuje się, że z HP jest niezły cwaniak. W końcu nie musiał on wysilać się w kreśleniu skomplikowanych opisów wyobrażonych stworów, skoro wystarczyło, że określił je nieopisywalnymi. Te zaś które zdecydował się przybliżyć, składały się zazwyczaj z całej masy obślizgłych macek i odrostów, które przypominały seksualne fantazje miłośnika ośmiornicowatej odmiany hentai. Niezbyt różnorodna pod względem motywów, lecz pełna niedopowiedzeń i nieostrości twórczość Lovecrafta stała się w ten sposób niepowtarzalna, a niczym nieograniczona i perwersyjnie pobudzona wyobraźnia czytelników na przestrzeni dziesięcioleci wytworzyła ogromny panteon wymykających się jakimkolwiek opisom obrzydliwości. Niesamowite jest również to, w jaki sposób autor układa swoje historie. Wiele opowiadań kończy się lub w całości tworzonych jest na kolejnych niedopowiedzeniach. Czy obrzydliwe i zaprzeczające naturze kolejne potworności są jedynie tworem dręczonego gorączką umysłu, oznaką pogłębiającego się wariactwa lub ułomności zmysłów, przewidzeniem, sennym koszmarem czy może prawdą ukrytą w zakamarkach niedostępnych dla ludzkiego rozumy? Takie opowieści budzą we mnie prawdziwe przerażenie.



Kinga: Wiem doskonale, o jakim rodzaju przerażenia mówisz. A taka biblioteczka, zwłaszcza wypełniona tymi autorami, mogłaby okazać się poważnym zagrożeniem dla naszego zdrowia psychicznego. Ale czy to nie byłoby przyjemne szaleństwo?

Mocnego kandydata wypuściłam na wybieg na samym początku, więc i koniec nie może pozostawić Ciebie i naszych czytelników w poczuciu niedosytu. Przy okazji oscarowych gali często da się słyszeć gdzieś po kątach „szkoda, że X nie wygrał”, „Ten Y to zasłużył na Oscara, dziwne, że go nie dostał”, i tak dalej. Na pewno znasz takie filmy. A ile znasz takich, o których od kilku lat mówi się, że powinny dostać Oscara, pomimo że nigdy nawet nie zostały nominowane?

Od 8 lat „Shutter Island” to wciąż swego rodzaju szlagier wśród dramatów psychologicznych. Może nie będzie nigdy tak dobry mindfuckowo dla mnie jak „Vanilla Sky”, ale za każdym razem trzyma mnie blisko przy ekranie, a to wyjątkowy dar, jeśli jesteś osobą, która w czasie oglądania filmów lubi się czymś zająć. „Wyspa tajemnic” to historia szeryfa federalnego i jego pomocnika, którzy przypływają do odizolowanego trującym bluszczem od świata szpitala dla psychicznie chorych przestępców. Mają oni odnaleźć jedną z uciekinierek. W trakcie filmu pojawia się masa postaci, bohater gubi się w ilości zeznań i teorii spiskowych, jakie wobec szpitala mają pacjenci. I w nas pojawia się poczucie, że something is no yes, ale nie mamy żadnego punktu zaczepienia, bo każda z wersji może okazać się prawdziwa. Do pewnego momentu, bo niestety zakończenie bardzo szybko robi się przewidywalne, jeden z motywów zdradza nam najbardziej prawdopodobną opcję, ale mimo to film na koniec jest dla nas zaskoczeniem przez całą jego obudowę. Cały czas dzieje się coś nowego, wjeżdża jakiś nowy wątek, nowa postać i już sami nie wiemy, co jest prawdą, a co twórcy chcą, żebyśmy za tę prawdę uznali. Z takim poczuciem niepokoju też film nas zostawia, zakończenie (mimo przewidywalności) wbija w fotel i potem przez długi czas męczy komplet naprawdę natrętnych myśli – a co, jeśli wszystko jest iluzją? I to pytanie nie jest spoilerem. A może jest? I choć zakończenie tego filmu jest (w końcu) jedno, kompletnie nie przeszkadza to mu w byciu psychologicznym strzałem w pysk.



To, co przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o naszych dzisiejszych przykładach, to hasło „patrz szerzej”. I w kontekście tego, o czym pisaliśmy i jakie mamy odczucia wobec prezentowanych przez nas dzieci psychologicznej popkultury, wydaje się być ono najbardziej trafne, przy okazji jest świetnym apelem do osób, które uważają tego typu filmy czy książki za głupie, bo po prostu przekaz do nich nie trafił i pochłaniały wyłącznie pierwszą warstwę fabularną. Patrzmy szerzej, moi drodzy, interpretacyjny diabeł może i niekiedy tkwi w szczegółach, ale przede wszystkim rozproszony jest dookoła. A razem z nim świetna rozrywka, bo zaskakujące plot twisty, zawiłe, często pozbawione chronologii wątki i dialogi powodujące, że myślimy „a może to ze mną coś nie tak” to najlepsza forma intelektualnego odpoczynku.

Redaktor Ego: Na koniec możemy przejść do nieszczęsnych horrorów, o których wspomniałem na samym początku. Wśród nich zaś można odnaleźć wszystkie możliwe warianty wykorzystania pokręconych scenariuszy i udarotwórczych plot twistów. Myśląc o tych całkiem udanych, do głowy przychodzi mi historia poczciwego staruszka chorego na raka, który postanawia dać młodym jeszcze ludziom życiowe lekcje i okazję odpokutowania swoich grzechów. Głównym celem serii „Piła” jest zaspokojenie nieco dewiacyjnych potrzeb widzów i od lat stara się swoje zadanie realizować. Poza nieprzyjemnymi zmaganiami z kolejnymi pułapkami seria wielokrotnie w zakończeniu nieźle namieszała, a największym zaskoczeniem był finał części drugiej. Sam staruszek Kramer nie dość, że przebiegły i pomysłowy, to zdarzało mu się być całkiem sympatycznym. W końcu nieraz informował swoich gości, w jaki sposób mogą się uratować. To przecież nie jego wina, że znajdujący się pod presją źle interpretowali jego słowa.



Wszystkie tytuły, które nas angażują, zasługują na pochwałę i wielkiego plusa. Przecież nie zawsze chodzi jedynie o wpatrywanie się w ekran czy kolejne strony dla zabicia czasu i przechodzenia z bohaterami od punktu A do punktu B. Nie znoszę, gdy coś odrywa mnie od filmu czy książki, jednak najlepsze tytuł, z jakimi do tej pory miałem do czynienia to właśnie te, które powodują, że muszę zrobić sobie przerwę i przed dobre kilka minut mrugać z niedowierzanie, nie mogąc do końca przeżyć tego, co właśnie zobaczyłem. Nie zawsze skomplikowane układy gimnastyczne z udziałem scenariusza wychodzą doskonale, czy też w ogóle zjadliwie. Z całą pewnością zapadające mocno w pamięć, bo gdy w ostatnich minutach filmu zdajesz sobie sprawę, że wszystko, co do tej pory widziałeś, nie było właściwie tym, czym się wydawało. Może towarzyszyć temu poczucie zaskoczenia lub zniesmaczenia, na pewno poczujesz się zrobiony w konia, a o tym trudno zapomnieć.

Czytaj dalej

Dawno dawno temu złapaliśmy je wszystkie, czyli nasze ulubione bajki




Kinga: Przy okazji premiery nowych "Avengers", mogliśmy znów obudzić w sobie dziecko. Tuptaliśmy w miejscu, żeby już zobaczyć najnowszą produkcję Marvela i - jak to ładnie nazwałeś - śliniliśmy się z otwartą paszczą na obicie kinowych foteli. Tę dziecięcą radość mamy w sobie od zawsze. Kiedy byliśmy mali nie potrzebowaliśmy natłoku akcji, superbohaterów czy starannie dopracowanej wielowątkowości, chociaż oczywiście wszystkie te elementy w wersji animowanej przyjmowaliśmy z całym dobrodziejstwem inwentarza. Ale poza tym wystarczyło nam dużo kolorowych postaci, gadające zwierzęta, parę zabawnych dialogów i gagów ze ślizganiem się na skórce od banana. Wraz z nami rósł też postęp techniczny, animacje ulubionych bajek stały się mniej kanciaste, mniej dwuwymiarowe, a i żarty o kredytach konsolidacyjnych przestały być dla nas do końca zrozumiałe. Dzisiaj jesteśmy dorośli (przynajmniej na papierze) i wszyscy czasem musimy oderwać się od poważnego kina dla dorosłych. Czasem bajki aż sie proszą, żeby je obejrzeć, tym bardziej że – umówmy sie – te współczesne nie są nastawione wyłącznie na młodego odbiorcę. Niektóre z nich stały się pełnoletnie razem z nami – o nich pisaliśmy TUTAJ. Natomiast dzisiaj chcę Cię zaprosić do tańca z filmami animowanymi, które w ten czy inny sposób Cię zachwyciły.

Redaktor Ego: Nie ulega wątpliwości, że całkowicie poniosła nas fala marvelowskiego hype'u. Gdyby to nakręcanie potrwało jeszcze trochę dłużej, to pewnie każdą naszą rozmowę rozpoczynalibyśmy od nawiązania do nowych Avengersów (- Idziemy na piwo? - Tak, do kin wchodzi największy crossover w historii, powinniśmy to uczcić, pijąc na umór niczym nordycki bóg!). Dlatego w najbliższym czasie dla dobra naszych przeciążonych obwodów powinniśmy zacząć wychodzić do ludzi i zaglądać w inne miejsca. Komiksowe starcia z pewnością dopuszczają do głosu wewnętrznego nastolatka, żyjącego marzeniami o supermocach. Gdy zaproponowałaś powrót do naszych ulubionych bajek, wspomnieniami przeniosłem się o wiele dalej, do czasów zdartych kolan, przetartych, ale wygodnych dresów, walki na patyki i okrzyków mamy (zawsze około godziny trzeciej): „wracaj do domu, zaraz będą Pokemony!”. Problem jest jednak taki, że nawet myśląc o najbardziej lubianych bajkach, nie sposób jest postrzegać je tak jak w dzieciństwie. Dlatego mimo mnóstwa sarkazmu i ironii w moich wypowiedziach musisz pamiętać, że wracam do momentów wypełnionych śmiechem i cudowną zabawą oraz tytułów, które kochałem bezgraniczną dziecięcą miłością.

Kinga: Jasne jest, że teraz na bajki sprzed lat patrzymy zupełnie inaczej i Twoje sarkastyczne podejście wcale mnie nie dziwi. Chwilowy przesyt Marvelozą też nie. Muszę jednak pozostać jeszcze w tym temacie, bo w czasach, kiedy byłam jeszcze niewiele wyższa od szafki telewizyjnej, uwielbiałam tematykę superbohaterów i postaci w dziwnych wdziankach. Jedną z takich osób był „Kleszcz”, który podobno miał być prześmiewczym kontratakiem wobec ulubieńców publiczności takich jak Spiderman. Zbyt mocno jak na kleszcza napakowany, od stóp do głów ubrany na niebiesko człowiek z czółkami na głowie wraz ze swoim wiernym przyjacielem ratowali świat przed tą czy inną zagładą. Ów przyjaciel, Artur, choć podobno był ćmą, biegał po mieście w przebraniu królika i był raczej typem tchórza, który przy każdej okazji chował się za plecami naszego wielkiego bohatera, aby przypadkiem nie musieć wchodzić ze złem w interakcję. Nie brakowało też błyskotliwych żartów w stylu wujka Staszka z wesela, których wtedy nie rozumiałam, a które dziś są żenujące, niemniej jednak bawiłam się przednio i pamiętam, że ta bajka emitowana była w kilkugodzinnym bloku filmów o tej samej tematyce, więc monopolu na telewizor żądałam praktycznie każdego wieczora.



Redaktor Ego: Przerośnięte robaki zdecydowanie nie wiążą się z żadnymi miłymi wspomnieniami. Mimo że większość moich rówieśników uwielbiała organizować walki owadów czy przypalać szkłem powiększającym biedne mrówki, ja wszelkich małych wyposażonych w liczbę kończyn przekraczającą moje zdolności matematyczne po prostu się brzydziłem. Wiele kreskówek nie pozwalało mi zapominać o nietypowych organizmach żywych. Tak jak dziś otoczeni jesteśmy z każdej strony modyfikowaną żywnością, tak w czasach naszej młodości, otoczeni byliśmy modyfikowanymi zwierzętami. Wspomniałaś człowieka-pająka i człowka-kleszcza. Dodać do nich można przerośnięte żółwie z kanałów (trenowane przez gadającego szczura) oraz przypakowane myszy z Marsa. Jeżeli Barbie była wzorem nienaturalnego i nieosiągalnego piękna dla małych dziewczynek, tak trójka futrzastych przybyszy z czerwonej planety musiała mieć wpływ na młodzieńcze ekscesy chłopców w okresie dojrzewania. Trójka zmotoryzowanych gryzoni to rozwiązujące problemy za pomocą przemocy, odziane w skórzane kurtki, łańcuchy przy spodniach, kolczyki i tatuaże, wypakowane koksy z gołymi klatami, posiadające (jakby testosteron się w tym wszystkim jeszcze nie przelewał) robotyczne części. O atrakcyjnej młodej pani mechanik nawet nie będę wspominał. Jeżeli wasze dziecko zacznie niepokojąco przypominać Johna Travoltę z „Grease”, to wiedzcie, że jest już za późno i coś się stało. Z całą pewnością miało ono do czynienia z „Motomyszami z Marsa”.



Kinga: Akurat ten tytuł gdzieś umknął mojej uwadze pomiędzy jedną Atomówką, a drugą. Jedyne gryzonie, jakie kojarzę, to duet dwóch białych myszek, z czego jedna była superinteligenta, druga reprezentowała mentalność pantofelka, a ich codziennym zajęciem było robienie tego, co robią każdej nocy – opanowywanie świata.
Zastanawiałeś się kiedyś, co robiły dziewczynki, kiedy chłopcy szli grać z kolegami w piłkę? Pewnie część bawiła się lalkami, część była pochłonięta kolejnym serialem o czarodziejkach, a część tę piłkę oglądała w telewizji. A gdy do tego w gratisie była grupa przystojnych (jak na płaską animację) zawodników i teoria magicznego, całkiem legalnego dopingu – jak można było przejść obojętnie i przełączyć na „Odlotowe Agentki”?
„Galactik Football” to seria, o której mówiło się, że jest francuskim anime (o ile coś takiego w ogóle istnieje). I faktycznie nie opowiada o niczym innym, jak tylko o dążeniu do zdobycia Pucharu Galaktyk. Kulisy wielkiej gry o wszystko, które teraz oglądamy za pośrednictwem jednego z kanałów na YT, jako dziecko śledziłam w telewizji, kibicując drużynie Snow Kids (a tak naprawdę śliniąc się do bohaterów, ale ciii…). Serial mogłam (i nadal mogę) oglądać godzinami, ze względu na fabułę, napięcie i różnorodność bohaterów, aczkolwiek w kwestii rozwijania moich sportowych zainteresowań… jak widzisz, wlepiam wzrok w ekran komputera i od kilku godzin nie ruszyłam się z miejsca.



Redaktor Ego: Skoro wspomniałaś dwa małe gryzonie, powiedz mi, która z myszy była rzeczywiście mądrzejsza? Ta pragnąca przejąć władzę nad światem, czy ta która ją w nietypowy sposób przed tym powstrzymywała (jak ja uwielbiam wszystkie szalone teorie związane z kreskówkami)? W momencie, w którym zaczynam wspominać dzieciństwo poza walkami na patyki i malowaniem kredą po asfalcie, na myśl przychodzą mi również pewne gadżety. Kiedyś wywoływały furorę i można było „szpanować” wśród kolegów ich posiadaniem. Teraz zobaczyć je możemy jedynie podczas wizyty u babci, na strychu, a wkrótce pewnie tylko w muzeum. Walkman, mimo że nieporęczny, był spełnieniem marzeń i krokiem ku dorosłości, odtwarzacz VHS był zaś magicznym urządzeniem, które sprawiało, że można było złamać nienaruszalne zasady obowiązujące w TV. Dzięki niemu wspólnie z rodzicami katowałem do całkowitego przyswojenia na pamięć kilka filmowych animacji. Numerem jeden pod względem ilości powtórzeń oraz wywołanych salw śmiechu są niepodważalnie wszystkie „Shreki”. Z biegiem lat serie o zielonym ogrze i jego nieparzystokopytnym przyjacielu lubię coraz bardziej. Po pierwsze ze względu na świetną zabawę z bajkową konwencją oraz (co mogłem docenić dopiero po latach) świetne tłumaczenie. Bartosz Wierzbięta bowiem odwalił kawał porządnej roboty, wypełniając shrekowe dialogi nawiązaniami do polskiej popkultury. Kwestia, w której Osioł głosem Jerzego Stuhra ostrzega Shreka, że „w tym mogą być promile” od zawsze była obiektywnie zabawna, lecz gdy podrosłem i zdałem sobie sprawę, że dokładnie te same słowa pan Stuhr wypowiedział w „Seksmisji”, uśmiecham się jeszcze szerzej.



Kinga: Nawiązań do popkultury w „Shreku” jest zdecydowanie więcej i to jest jeden z tych elementów, które uwielbiam najbardziej. I bajki są tego najlepszym przykładem, ze świecą szukać filmów, które mają tak dużo nieoczywistych odniesień i tak dużo żartów, które jesteśmy w stanie zrozumieć dawno po zakończeniu etapu bycia dzieckiem. Dlatego po latach możemy je wszystkie odkrywać na nowo. Nie wiem, jak Ty, ale moim faworytem z całej serii jest chyba „Shrek Forever”. Pojawia się tu postać Rumpelstiltskina i niezastąpiony Czarek Pazura, który – jak dla mnie – wystarczy, że się odezwie i już jest śmiesznie (patrz na przykład: Sid z Epoki Lodowcowej).  Osioł i jego Stuhr oczywiście nie rozczarowują, grubiutki Kot w Butach służy pomocą nawet, gdy od dawna już w buty się nie mieści,  a i cała koncepcja antyutopijnego alter-świata wprowadza trochę nowości do dobrze znanej historii. Nigdy bym nie pomyślała, że ostatnia część czegokolwiek spodoba mi się najbardziej. Niemniej historia introwertycznego ogra samotnika to też kawał naszego dzieciństwa czy młodości i zawsze będzie dobrą opcją na leniwą sobotę.

Redaktor Ego: Cześć z szeroko pojętych bajek rozbawiała nas do łez. Inne uczyły nas, czym jest przyjaźń, poświęcenie, honor i odwaga. Jednak gdy z perspektywy czasu spojrzę na niektóre z nich, naprawdę zaczynam się zastanawiać jak to możliwe, że obecnie nie mam problemów niekontrolowaną przemocą i agresją. W końcu sporą część mojego bezstresowego dzieciństwa spędziłem na oglądaniu pozbawionych opieki dzieciaków, które wyrywały zwierzęta z ich naturalnego środowiska, a następnie zmuszały je do walki między sobą, co z czasem rozrosło się do ogólnokrajowych rozrywek transmitowanych przez telewizję. Jaka nauka płynęła z Pokemonów? Spełniaj marzenia, nawet jeżeli oznacza to zniewolenie zwierząt. Czarne charaktery mają jednak w sobie jakiś magnetyzm, bo Ash ze swoją sadystycznym usposobieniem przyciągnął do siebie równie pokręcone osoby. Misty była zawziętym rudzielcem, który nie odpuścił zniszczonego roweru (mimo że podróże i wyżywienie kosztowało ją więcej niż sam rower, ale to widać była kwestia honoru), a Brock był seksoholikiem, najprawdopodobniej z kompleksem Edypa. Gdzie byli w tym czasie dorośli? Wszystko wskazuje na to, że grupka nastoletnich kłusowników podróżowała po świecie dotkniętym nuklearną apokalipsą, a osad promieniotwórczy wpływał na coraz bardziej zdegradowaną faunę i florę. Jednak gdy ma się po 10 lat, nie zwraca się na to uwagi. Wtedy widziałem wielką przygodę, przyjaźń oddanie i dynamiczne walki pełne okrzyków, a czy tak nie wyglądało większość moich spotkań z kolegami? Przeraża mnie jedynie trochę fakt, że po tych wszystkich latach nadal pamiętam nazwy 151 pokemonów z pierwszej serii. To anime naprawdę mogło wyrządzić mi krzywdę.



Kinga: Imiona wszystkich Pokemonów sprawiały mi zawsze problem, co innego rymowanka zespołu R. Ile ja bym wtedy oddała, żeby w końcu im się udało i nie musieli kończyć jako smutny błysk na niebie!

Poznanie nazw 151 pokemonów to jedno, ale czy potrafiłbyś wypowiadać kwestie bohaterów razem z nimi przez 64 odcinki? Jeśli chodzi o „Shaman King”, ja nadal to potrafię. W czasach, kiedy o moją atencję walczyły tytuły takie jak „Naruto”, „Dragon Ball” i właśnie „Król Szamanów”, ten ostatni stał u mnie na podium przez wiele długich lat. To prawdziwa gra o szamański tron, okraszona dobrym humorem i szczyptą bijatyki. W jednym muszę Ci przyznać rację – kwestia rodziców naszych bohaterów to ogromna tajemnica. W „Shaman King” wszyscy zdają się być sierotami, którzy niekoniecznie traktują to jako życiową tragedię. Latają sobie z Japonii na dalekie pustynie na długie miesiące, toczą ze sobą walkę na śmierć i życie, aby na końcu oczywiście próbować ratować świat. Zabawne dialogi, wiecznie głodny i niewyspany Yoh (najwidoczniej mój sobowtór), wiecznie przerażony, ale zawsze gotowy do pomocy Morty, boski żigolo Rio (profil psychologiczny identyczny jak pokemonowy Brock) i cała reszta wesołej kompanii to seria, która umilała mi każdy wieczór, a piosenkę tytułową śpiewałam razem z Wojtkiem Bujoczkiem za każdym razem. I nadal to robię.



Redaktor Ego: Powinniśmy już odejść od tytułów zdominowanych przez przemoc, bo jeszcze chwila i zacznie nam się z tego robić wielki crossover opierający się na ciągłych walkach... i znów wracamy do tego samego tematu. Zaczynając pisać o bajkach, w pierwszej kolejności powinniśmy pomyśleć przede wszystkim o dobranockach. Codzienna dawka dziecięcych programów oznaczała dla nas koniec dnia i porę spania. Uczyły nas również gospodarowania czasem oraz odróżniania dni tygodnia ze względu na zróżnicowane propozycję. Fakt, że nie udało się nam ogarnąć zmiany ramówki, sprawiał, że 3-4 tygodnie w roku były pełne niespodzianek, bo nigdy nie wiedzieliśmy, co danego dnia telewizja dla nas przygotowała. Oczywiście zdarzało się rozczarowanie i rozgoryczenie, gdy w tym wyjątkowym momencie w ciągu dnia na ekranach pojawiało się „Lippy and Messy” pozbawione, chociażby napisów.

Pośród wszystkich propozycji niezaprzeczalnie rządziła „Wielka Trójka”, czyli komunistyczna społeczność Smerfów, zajmujący się produkcją napojów pobudzających Gumisie oraz Muminki, które w zasadzie niczym nie podpadły (może poza tym, że próbowały mi zniszczyć dzieciństwo przeklętą Buką). Tak całkiem na poważnie. Te trzy tytuły bezapelacyjnie mają w sobie charakter i duszę, którą ciężko byłoby podrobić, przyjemną dla oka kreskę, słodkie i przeurocze postaci, a na samo wspomnienie o nich łezka się w oku kręci.



Kinga: O ile Smerfy i Gumisie ze swoim energetykiem w postaci soku z gumijagód były fajną opcją na wieczór, o tyle Muminków boje sie od zawsze na zawsze. I nie chodzi o samą Bukę. Muminki napawają mnie strachem, zarówno jeśli chodzi o bajkę, jak i książkę. Dziwne białe krówki, które dużo filozofują, łobuz Włóczykij i Migotka, której chcesz dać w twarz w zasadzie bez powodu - zdecydowanie ta bajka nie jest jasną stroną mojego dzieciństwa, a raczej karą za niezjedzenie wystarczającej ilości brukselki.

Cofnąłeś się do naprawdę odległych czasów, kiedy to o 19 oglądało się Tabalugę zamiast wiadomości, ja jednak wrócę wspomnieniami do nie tak dalekiej przeszłości i do gadających zwierząt. Kto nigdy nie wyginał śmiało ciała razem z Królem Julianem, niech natychmiast spłonie na stosie wstydu. Madagaskar to genialna seria, z czego moją ulubioną jest zdecydowanie "dwójka", w której to nasi uroczy podopieczni nowojorskiego zoo trafiają do Afryki, gdzie znikąd pomocy. Świetny humor, który zawdzięczamy głównie Pingwinom i Julianowi, powiedziałabym, że jest nawet lepszy niż ze "Shreka". Motyw poznawania nowej kultury, a jednocześnie kolebki ich życia, daje naszym zwierzakom okazję do doskonałych żartów sytuacyjnych i nawet wątek miłosny dał radę się wcisnąć gdzieś w tę afrykańską dzicz. Czegóż można chcieć więcej? Nie pozostaje nic innego jak tylko z zachwytem całować królewską stopę.



Redaktor Ego: Na koniec mam jeszcze jedną nie-do-końca-bajkę, która sprawiła, że koniecznie chciałem podnieść nogę wyżej niż na wysokość kolana. Chociaż trochę powątpiewam czy na pewno japońska animacja na podstawie mangi z 1984 roku była skierowana do dzieci. Niemniej „Dragon Ball” oraz jego późniejsza kontynuacja z pewnością doskonale znane są moim wszystkim rówieśnikom. Historia młodego chłopca przybyłego z kosmosu i obdarzonego super-siłą (zupełnie jak Superman) wypełniona była świetnym humorem, ale również wiele uczyła. Między innymi poświęcenia, wytrwałości, szanowania przyjaźni i treningu, motywacji do stawania się lepszym głównie przez samorozwój oraz (co z pewnością cieszyło nas najbardziej) wypełniona mnóstwem dynamicznych i odjechanych walk. Starcia między bohaterami były tak ważnym elementem anime, że niektóre z nich rozwlekane były dłużej niż kłótnie w „Modzie na sukces”, a monologi im towarzyszące rozmiarem i patetycznością dorównać mogły Homerowi. Późniejszy „Dragon Ball Z” posiadał zaś czarne charaktery, które bez problemu mogłyby znaleźć miejsce wśród produkcji dla dorosłego widza. Nie byli to zbuntowani nastolatkowie, wąsaci książęta-buntownicy czy podstarzały Gargamel, ale chłodne, wyrachowane i okrutne stworzenia, które bohaterów chciały autentycznie zgładzić. Mam coraz większe wątpliwości czy aby na pewno to była coś dla dzieci. Skoro jednak dzieciaki na podwórkach próbowały wykonać „kamehameha”, a do wafelków dołączano naklejki z bohaterami, to chyba nikt nie uważał tego za szczególnie groźne. I w sumie spójrz, wyrosłem na kogoś całkiem normalnego, mimo że też napinałem się do czerwoności i wykrzykiwałem imię XIX wiecznego władcy Hawajów.

Kinga: Jak widać, z bajek nie wyrastamy nigdy. Stare dostarczają nam masy wspomnień i sentymentalnych podróży do czasów dzieciństwa, kiedy to realizatorskie braki i nierealistyczne postaci nie miały żadnego znaczenia. Nowe zapewniają nam świetną zabawę przy dialogach opatrzonych nutą ironii i żartów sytuacyjnych. Nawet nie wiesz, ile radości sprawiło mi oglądanie randomowych odcinków bajek, które uwielbiałam w dzieciństwie i na które trafiłam teraz przypadkiem, szukając najlepszych przykładów do naszego zestawienia. Dobrze czasem obudzić w sobie wewnętrzne dziecko i dać się ponieść wspomnieniom, aby przypomnieć sobie, jak dobrze bawiliśmy się na kompletnie niedopracowanych produkcjach, które obecnym filmom animowanym technicznie nie dorastają do pięt. Mimo to chwil, jakie z nimi spędziliśmy, nie oddamy za nic w świecie. Pozostaną w naszych sercach, jak Buka w nocnych koszmarach.

Redaktor Ego: Z bajkami, serialami animowanymi czy wszelkimi dobranockami jest pewien problem. Nigdy już nie spojrzymy na nie tak samo, jak za czasów naszego dzieciństwa. Niektóre z nich, takie jak Smerfy czy Gumisie z całą pewnością obejrzymy ponownie z olbrzymim sentymentem i autentyczną przyjemnością. W wielu przypadkach jednak nie obejdzie się bez dostrzeżenia pewnych absurdów jak np. pozbawiony możliwości skręcania pojazd Flinstonów czy olbrzymie laboratorium Dextera, które pozostało niezauważone dla jego rodziców. Po latach zdamy sobie sprawę z niepokojących elementów, na których opierają się bajki jak niewolnictwo Pokemonów czy rozwiązywanie problemów za pomocą siły. Dodatkowo dorastając, poznaliśmy masę fanowskich zakręconych teorii na temat kreskówek takich jak marksistowskie poglądy Smerfów albo podejrzenie, że akcja „Ed, Edd i Eddie” dzieje się w dziecięcym czyśćcu. Czy jednak odebrałoby nam to zabawę podczas ponownego ich oglądania? Myślę, że dostarczyłoby zupełnie innych i pozwoliłby pouśmiechać się do ekranu równie szczerze co kilka lub kilkanaście lat temu. Wiele z nich stało się ponadczasowymi, nawet jeżeli znaczą dla nas już co innego. Najważniejsze, że są przepustką do bardzo miłych wspomnień z czasów, za którymi nieraz pewnie tęsknimy.



Czytaj dalej