Blondynka radzi: Jak przetrwać jesienne przeziębienie i nie obrócić mieszkania w proch



Proces ewolucji albo uwarunkowania genetyczne sprawiły, że lepiej znosimy przeziębienie od naszych poczciwych mężczyzn i jest to jakaś forma sprawiedliwości za te wszystkie okresy, porody i wszystkie te niepotrzebne fanaberie Matki Natury. Ale chorujemy wszyscy. I musimy jakoś się z tym uporać. Tym bardziej, że zazwyczaj jedna chora osoba terroryzuje nieporadnością całą rodzinę. I nieważne, czy masz w domu chorego faceta, dziecko (co niewiele się różni) czy sama jesteś chora, ostatecznie i tak dostajesz w gratisie bałagan nieznanego pochodzenia. A jeśli jesteś facetem, który mimo stanu agonalnego stara się normalnie funkcjonować – gratuluję. Jesteś wygrywem. Mogę za Ciebie wyjść, mój mail zostawiam w dziale „kontakt”.
Blondynka na swoim to też szybki kurs bycia „na swoim”, czyli samodzielności w prowadzeniu domu i nie puszczenia go z dymem. Dlatego też dzisiaj mam dla Ciebie kilka sposobów, jak zachować przeziębiony dom w optymalnym porządku.

I na początek mały disclaimer – w tekście używam formy męskiej „chory”, bo tak mi jest wygodniej. Nie próbuję być złośliwa wobec męskiej grypy czy manifestować jakieś feministyczne postulaty. Po prostu tak się nauczyłam, męska forma jest w tej sytuacji neutralna. Chorujemy wszyscy, zapewniam. No to lecim!

Kilka rad organizacyjnych

Trzymaj bieżące leki w jednym miejscu – w każdym do mu jest jakieś miejsce na przechowywanie leków. Ale kiedy pojawia się w nim także przeziębienie, każde miejsce w domu służy do przechowywania leków. Aby uniknąć tej inwazji niepotrzebnych przedmiotów na stole, łóżku i między meblami, włóż wszystkie aktualnie pochłaniane syropy, tabletki, pastylki, etc. do jednego miejsca. U mnie jest to pojemnik po pieczarkach. Takie pudełeczko zdrowia może śmiało wędrować za chorym i nie robi niepotrzebnego bałaganu.

Stwórz podręczny śmietnik – w czasie epidemii katarokaszlu chory z reguły się nie przemieszcza. Ale zasmarkane chusteczki już tak. Migrują złośliwie po całym domu, bo chory jest zbyt umierający żeby nosić je na bieżąco do kosza, a i dla zdrowego jest to upierdliwe zajęcie. Moja rada? Prowizoryczny kosz na śmieci. Najlepiej w zasięgu ręki chorego. Przy kanapie, na parapecie, szafce nocnej. W moim przypadku jest to jeszcze jedno pudełko po pieczarkach, które również przemieszcza się razem z preferencjami chorego, z kanapy do sypialni, ewentualnie odwrotnie.

Jeden kubek na jednego chorego – leczenie przeziębienia to oprócz leków głównie ciepłe herbaty, musujące witaminy i różne inne ferweksy. Wymieniane na bieżąco. Chory się poci, więc trzeba go nawodnić. Nie ma więc sensu donosić dwunastego kubka i robić w zlewie ceramicznej piramidki. Jeden kubek (duży!), myty lub opłukiwany na bieżąco wystarczy. Chory jest zadowolony, a zlew bardziej pusty, niż gdyby miała tam się znaleźć ceramiczna piramidka. A i zarazków mniej.

Sprzątaj w międzyczasie – Twój chory i tak leży, a Ty możesz wykorzystać ten czas na zgarnięcie niepotrzebnych rzeczy, pustych opakowań, opróżnienie mini śmietnika, umycie naczyń albo tego, co trudno jest wykonać w innej sytuacji. Chory leży, a to znaczy, że nie chodzi. Więc nie szwenda się po podłodze. To dobry moment na umycie jej i wypastowanie (zakładając oczywiście, że chory to jedyny obecny akurat domownik poza Tobą).

Wietrz mieszkanie na bieżąco – oczywiście nie prosto w twarz choremu, bo będzie chory do śmierci. W takiej sytuacji do przyszłego piątku. Ale pomieszczenia, w których akurat nasz denat nie zalega – śmiało.  W Twoim przeziębionym domu prawdopodobnie jest duszno jak w saunie, Twój chory siedzi szczęśliwie zawinięty w swoje burrito z mikrofibry, Ty już nie masz czego zdjąć, a muchy pływają w tym gęstym powietrzu zamiast latać. Naprawdę warto czasem przewietrzyć. Bo jak przypadkiem przyjdzie kurier, dostanie w twarz otwartym nagrzanym piekarnikiem o zapachu niewietrzonego domu. Nic przyjemnego.

Odkażaj – chory roznosi zarazki, a jeśli to akurat nie Twoje dziecko, które można zamknąć w pokoju na tydzień, a Twoja druga połówka, prawdopodobnie spędzacie kilka godzin doby pod jedną kołdrą. Dlatego też oprócz przewietrzania, warto pryskać strategiczne punkty domu sprayem antybakteryjnym. Na moim podium stoi Medisept. Jest wydajny i nadaje się do całego mieszkania. W Rossmanie można go dostać za około dziesięć złotych, a zabija szereg złośliwych wirusów (w tym też rotawirusy i norawirusy odpowiedzialne za grypy żołądkowe).

Zapewnij rozrywkę sobie i innym – chory jest nieszczęśliwy, więc trzeba zadbać o jego poczucie komfortu. Dobry serial, niewymagająca myślenia komedia (chory jedzie na ibuprofenie, nie ma sensu go zmuszać do intelektualnego wysiłku), ulubiona gra czy program w TV o tym, jak się robi musztardę – wszystko jest teraz dozwolone. Chory rządzi pilotem. Chyba, że akurat śpi. A kiedy już zaśnie, cicho zamknij drzwi, przetransportuj się do innego pokoju i oddaj swoim przyjemnościom – serial, książka, wino, co tylko chcesz. Byle cicho. Im dłużej Twój chory śpi, tym krócej jęczy, że mu źle. I jak już zamkniesz swojego denata w jego dusznym azylu, nie zapomnij przewietrzyć reszty domu.

A co potem?

Kiedy Twój chory zacznie funkcjonować, zdyscyplinuj w pełni swoje mieszkanie. Przede wszystkim zmień pościel i zrób wielkie pranie. Do bębna pralki wrzuć wszystkie te domowe dresiki i koce, w których przez kilka dni mieszkał Twój chory. Wywietrz porządnie wszystkie pomieszczenia i zadbaj o jakiś ładny zapach (polecam woski zapachowe). A na dobry początek nowego życia zróbcie sobie duży gar pysznego grzańca pełnego pomarańczy, goździków i procentu. Nie ma lepszego sposobu na budowanie odporności. Adios!


Czytaj dalej

Czy dieta Low Fodmap jest tylko dla chorujących i dlaczego nie?



Alergie pokarmowe, zespół wrażliwego jelita czy wszelkie inne dolegliwości żołądkowe to główne powody, dla których ludzie decydują się na siedmiotygodniową dietę FODMAP. Z uporem maniaka wracam do tego tematu, mimo że swoją przygodę z żywieniowym detoksem skończyłam już ponad miesiąc temu. A to dlatego, że nie porzuciłam diety na zawsze, ale od czasu do czasu wracam do jedzenia na zmianę cukinii i pomidorów. Po prostu, żeby czuć się dobrze. I choć u mnie jest to związane stricte z kwestiami zdrowotnymi, dieta low fodmap może okazać się przydatna także tym, których dolegliwości ze strony żołądka omijają łukiem. Dlatego nie wyłączaj tego artykułu od razu, przekonany, że to znowu bełkotanie dla nikogo. Zostań, może Ci się przydam.

Tak z innej beczki, IBS dotyka 20% populacji. To znaczy, że statystycznie jedna na pięć osób w Twoim otoczeniu cierpi na niemożliwe do opanowania, nierzadko krępujące problemy. A może to jesteś Ty? Może zastanawiasz się, dlaczego po kawie boli Cię żołądek i dlaczego mała zapiekanka brokułowa powoduje, że napuchnięte jelita niemal rozpychają Ci żołądek?

Ale od początku

Dieta FODMAP wyklucza pewną grupę fermentujących związków zawartych w produktach spożywczych, a są to (uwaga, będą trudne słowa):

➤ Olisacharydy (czyli cukry proste i dwucukry)
➤ Disacharydy (sacharoza, laktoza)
➤ Monosacharydy (fruktoza, glukoza)
➤ Poliole (zamienniki cukrów prostych – erytrytol, ksylitol, mannitol, sorbitol)

Zakazane produkty zawierają więc przynajmniej jeden z tych związków. I oczywiście zdrowemu człowiekowi ksylitol czy laktoza nie zrobi żadnej krzywdy. Ale czasem ich brak może przynieść korzyści.

Kiedy więc sięgać po FODMAP?

W przypadku dolegliwości związanych z menstruacją albo upierdliwą owulacją – niektóre z nas urodziły się w czepku i gdyby nie musiały chodzić siku, pewnie by nie wiedziały, że okres akurat się zaczął. Niektóre też stosują antykoncepcję hormonalną, a wtedy okres jest tylko substytutem oszukującym mózg. Ale część z nas zdaje się na los i doświadcza różnych nieprzyjemności przed, w trakcie, po albo pomiędzy. I wtedy z pomocą przychodzi FODMAP. Jeśli więc jesteś tym typem kobiety, której organizm potrafi się poważnie zbuntować, spróbuj odstawić zakazane produkty na tydzień przed i pierwsze dni okresu. Twój organizm jest wystarczająco rozdrażniony, nie ma sensu jeszcze drażnić jelit.

Na trądzik – umówmy się, trądzik dotykający dorosłych bierze się przede wszystkim z wyżerania Nutelli prosto ze słoiczka. Jest udowodnione, że cukier przyczynia się do rozwoju bakterii (lubimy słodkie środowisko, ale one niestety też) i jest dla nich wspaniałą pożywką. Między innymi dlatego przed okresem mamy taki wysyp. Hormony swoją drogą, ale serniczek wyjadany prosto z blaszki na trzy dni przed też nie jest bez winy. Wykluczenie produktów bogatych w sacharydy na 2-3 tygodnie jest w stanie złagodzić objawy trądziku, a może i nawet całkowicie go wyeliminować. Pamiętaj jednak, że sacharydy to nie tylko czysty cukier czy słodziki, ale także jabłka, avocado, orzechy nerkowca, woda kokosowa, pieczarki, mąka pszenna, miód i szereg innych pysznych rzeczy.
Swoją drogą, miód ma też bardzo wysoki indeks glikemiczny, dlatego stosowanie go jako zamiennik cukru nie jest jakimś szczególnie dobrym pomysłem.

Mini detoks organizmu – produkty pełne złowrogich fodmap-ów szkodzą wszystkim. Nie u wszystkich natomiast dają widoczne czy wyjątkowo nieprzyjemne objawy. Ale jeśli Twoim codziennym rytuałem jest posiedzenie w łazience zaraz po wypiciu kawy, zastanów się, czy nie warto raz spróbować kupić mleka bez laktozy.

Podobnie jest z warzywami strączkowymi – niech ten, kto po fasoli czuje się wspaniale, pierwszy rzuci kamieniem! Oczywiście nie chodzi o rezygnację, ale po co kilka razy w tygodniu czuć się wzdętym, pełnym, napompowanym i sennym?

Jeśli raz na jakiś czas zrobisz sobie kilkudniowy detoks (max 2 tygodnie) albo postanowisz, że przez cztery dni w tygodniu jesz normalnie, a pozostałe 3 eliminujesz fodmap, Twój żołądek i cały organizm Ci za to podziękują, nawet jeśli nie chorujesz. FODMAP to głównie cukry. A one szkodzą wszystkim.

A co z tym ksylitolem, skoro to zdrowszy zamiennik cukru?

Owszem, poliole uważane są za świetne słodziki i lepsze rodzeństwo cukrów prostych (czyli też cukru trzcinowego). Z nimi sprawa jest bardziej skomplikowana. Faktycznie mogą się pochwalić mniejszą kalorycznością i znacznie mniejszym indeksem glikemicznym, niż tradycyjny cukier, ale potrafią też działać drażniąco na układ trawienny. Pewnie w ten sposób poprawiają metabolizm. Oczywiście osoby z IBS powinny się ich wystrzegać w lepszych i gorszych chwilach, zdrowi po prostu nie powinni przesadzać.

Podsumowując, wszystko jest dla ludzi. A dieta uboga w te wszystko poli, di, ole, etc. może okazać się użyteczna także dla Was, którzy problemów z żołądkiem nie mają i nudzą się podczas tych wszystkich fodmapowych wpisów. Być może macie inne problemy. I nie zawsze musi pomóc czekolada i opakowanie lodów. Czasem może pomóc ich brak. Adios!


Czytaj dalej

Pokolenie wi-fi. Uzależnieni od bycia online




Być niewolnikiem można na kilka sposobów – może to być niewolnictwo dosłowne, zakładające pracę w zamknięciu na czyjś rachunek, może oznaczać małżeństwo z despotycznym  partnerem, ale może też ukrywać się złośliwie pod maską wolności. I to jest chyba najtrudniejsze do pokonania.

Kiedyś Internet był fanaberią dostępną dla wielkich firm, później wprowadził się do bogatszych domów, aby w końcu być na równi z tlenem. Gdyby go zabrakło, choćby na godzinę, cały świat zamarłby w niezdrowym paraliżu. Nagle okazałoby się, że pani przed Tobą w kolejce nie ma sześciu złotych na makaron i śmietanę, bo nie ma przy sobie nic poza plastikową kartą wypełnioną wirtualnymi pieniędzmi, która bez Internetu jest bezużyteczna, podobnie jak terminal. Netflix stałby się jedynie marzeniem, a załatwianie spraw w urzędzie zaczęłoby kuleć na obie nogi. I choć faktycznie Internet jest dla nas ogromnym udogodnieniem, czy nie jest tak, że uzależnił nas od siebie?

Jasne, też jestem niewolnikiem sieci w rozumieniu hedonistycznym. Scrolluje Instagram, wymieniam się ze znajomymi memami, czasem godzinami wiszę na Messengerze, a raz w tygodniu marnuję cały dzień na nadrabianie zaległości z YouTube. Ale zdarza się, że nie mam na to czasu albo po prostu wolę w tej chwili robić co innego.

Istnieją tacy ludzie, którym trudno zrozumieć, że nie jestem na bieżąco z memami, viralami czy topowymi kanałami na YT (czyli jakimiś randomowymi filmami z karty na czasie, której nie przeglądam wcale). Istnieją też tacy, którzy nie akceptują znajomych, którzy mają życie poza smartfonem. Każdy ma przyajmniej jednego takiego znajomego. To ci, którzy są sfrustrowani, kiedy nie odpisuję od razu w social mediach albo nie mam czasu teraz obejrzeć tego filmiku. Albo wyświetlam wiadomość o 1:30, bo może ktoś umarł, a kiedy okazuje się, że to mem, chcę odpisać rano, ale ostatecznie wysyłam randomową emotkę, żeby nie być oskarżoną o ignorancję.

A najgłupsze, co kiedykolwiek przeczytałam w oknie Messengera, to mogę Ci coś wysłać czy dalej gdzieś z kimś jesteś i lecisz na pakiecie?

Panie i panowie, w dzisiejszych czasach bycie gdzieś z kimś to przestępstwo.

Mam 23 lata, studia i dwupokojowe mieszkanie. Sporo obowiązków i całe życie przed sobą. Szczerze – lubię te wszystkie filmy, memy, virale i całe te rakotwórcze Internety. Ale nie mam czasu non stop wisieć gdzieś w wirtualnej przestrzeni. Mam znajomych, rodzinę, chłopaka i chcę spędzać z nimi wolny czas. Czy coś jest ze mną nie tak? 

Czy za wcześnie zaczęłam żyć po dorosłemu? Czy to, źle, że chcę odciążyć rodzinę i nie siedzieć na maminym garnuszku do trzydziestki? Czy zamiast prać, gotować, sprzątać i chodzić do kina, powinnam scrollować memy? Czy wtedy dopiero będę porządnym obywatelem?
Najgorsze jest to, że zaczynam czuć się winna temu, że mam poukładane, pełne wyzwań i obowiązków życie. I bardzo je lubie. Nie mogłabym tak siedzieć i wkepiać oczu w niebieskie światło całymi dniami. I przez to czuję, jakbym była gorsza. 


Całodobowy dostęp do sieci, poza komfortowym rozwiązaniem, jest trochę jak nowa nieuleczalna choroba cywilizacyjna. Jak wirus, który wrósł gdzieś głęboko w ludzki mózg. Są tacy, którzy nie potrafią bez niego funkcjonować i nie rozumieją tych, którzy potrafią odsunąć życie online na rzecz własnego. A to przecież chodzi o to, żeby żyć. A nie patrzeć, jak czas przecieka przez palce.
Czytaj dalej

O kompleksach, ideałach i strachu przed byciem sobą



Wrzesień jest zawsze szczególny, jeśli chodzi o czasopisma. Pod hasłem September Issue kryje się wyjątkowe wydanie Vogue, które staje się wydarzeniem medialnym. Wrześniowy numer jest większy, grubszy, bardziej treściwy, ludzie zabijają się, żeby poznać najnowsze trendy a osoba, której przypadnie rola cover girl, jest tak naprawdę ustawiona na kolejny rok. I do następnej wrześniowej okładki nie musi robić w zasadzie nic, a propozycje medialne spływają jak jesienny deszcz.

Za inicjatywą Anny Wintour podążają też inne koncerny prasowe, wynosząc swoje wrześniowe numery do rangi wyjątkowych, innych niż pozostałe. Tak jest też w przypadku nagiego Women’s Health, na łamach którego obnaża się wady kobiecego ciała i zamienia je w zalety. Okładka wrześniowego WH już drugi raz prezentuje doskonałe w swojej skromności akty, a akcja FakeOff daje porządną dawkę odwagi setkom zamkniętych w sobie, zakompleksionych czytelniczek.

I tak czytając sobie najnowsze WH, biorąc udział w akcji zainicjowanej przez fotograf Dominikę Cudę, zaczynam zastanawiać się nad pojęciem ideału.  Współczesne media wykreowały straszny obraz świata. Nie ma już społecznej aprobaty na fałdki na brzuchu, cellulit (który wszystkie mamy, niezależnie od rozmiaru), trądzik czy wszystkie kości na wierzchu. Nie można być za chudym, za grubym, zbyt pomalowanym ani bez mejkapu. Profile na Instagramie prezentują stylizacje, które uważane są za top of the top, ale wystarczy pokazać się tak na ulicy i okazuje się, że obecne trendy są niedopasowane do polskiej mentalności.

Taki nacisk na wszechobecną perfekcyjność prowadzi do szeregu kompleksów (bo nie wyglądam jak ta pani na okładce i pewnie nigdy nie będę), ale też problemów z byciem sobą. A może i zaniku tożsamości. Chcemy być idealni, dopasować się do społeczeństwa. Szukamy akceptacji. Próbujemy zmieniać szerokie biodra (czytaj wpłynąć na ułożenie kości miednicy, które raczej się już nie ruszą z miejsca), naprawić za małe oczy i za krótkie nóżki. I po co to wszystko? Żeby spodobać się komuś? Nie wyjść na głupka?

Dlaczego boimy się być sobą? Wszyscy. Ja też. Jeszcze parę lat temu nie miałam problemu z tym, że coś się komuś we mnie nie spodoba. Lubiłam siebie. A potem poszłam na dziennikarstwo i pomyślałam, że wypada być kimś lepszym.

Idealna ja jest oczytana, inteligentna, zawsze zdaje wszystkie egzaminy, na każdych zajęciach ma coś do powiedzenia, ubiera się zgodnie z lubelskimi standardami (to znaczy tak, żeby ludzie nie ścigali jej z wodą święconą w sprayu), a to co czyta, jest ambitne i jakościowe. Idealna ja czyta dużo artykułów naukowych, polskich kryminałów i zna wszystkich szlagierowych reportażystów. Ale przecież w środku jestem typową kobietą. Która lubi przeglądać czasopisma zawierające same obrazki, kocha ckliwe romanse dla nastolatek, nie ogląda dramatów o wielorybach, jest absolutnie niezaangażowana politycznie, rozpacza nad złamanymi paznokciami. Nie zna topowych pisarzy, za to potrafi z pamięci wymienić wszystkie marki w Sephorze, w kolejności od wejścia do końca sklepu. Lubi inwestować w siebie, marnuje czas robiąc sobie dwudzieste selfie. Jestem sobą. I ze smutkiem zastanawiam się, kiedy zaczęłam się tego wstydzić i dlaczego?

Jestem sroką i snobem. Lubię otaczać się metkami, ale nie lubię, jak marki zwisają mi z torebek. Wystarczy, że ja wiem, co to jest. Lubię błyskotki, wyraziste makijaże i długie paznokcie. Lubię ubierać się niesztampowo i prowokacyjnie, ale gdzieś na mojej dziennikarskiej drodze zgubiłam tę siebie, którą kiedyś tak kochałam. W imię czego? Społecznej akceptacji? Bo bałam się łatki pustej lalki?

A pieprzyć to. Przecież dobrze sobie radzę na studiach bez względu na to, jak wyglądam i kim jestem. Przecież moje materialne ideologie nie przeszkadzają w byciu dobrym dziennikarzem. Przecież nauka przy Mozarcie czy Top Model to nadal nauka. Tak samo efektywna.

Dlatego tak cieszę się na wrześniowy numer WH, który nawołuje kobiety do zaprzestania tego pędu ku idealności. Nie mówi, jak zakryć wady. Tylko jak je zamienić w zalety. I to jest postawa szalenie korzystna społecznie.


Nie warto być idealnym. Ale bycie sobą i nie zwracanie uwagi na czyjeś sądy to ogromna wartość. I tego się wszyscy trzymajmy. Darz bór.
Czytaj dalej

Co dobrego w sierpniu


No i nastał wrzesień. Moja ukochana jesień już bliżej niż dalej. W końcu spocone plecy ustąpią miejsca zwiewnym subtelnym płaszczom jak z nowojorskiego serialu, duchota odejdzie w chłodny cień, a jesienny deszcz stworzy wspaniały londyński klimat i nastroją do pracy. Powoli zaczyna robić się chłodniej, więc i humor się poprawia, dlatego dzisiaj zapraszam na porcję dobrych wibracji. Co dobrego u mnie w sierpniu?

Koniec Fodmap – to pierwsze, co przychodzi mi do głowy. W końcu mogę jeść absolutnie wszystko, co wpadnie mi do japy. W większości przypadków. Rozpisywałam się już tyle razy na ten temat, że tyle wystarczy. Koniec diety, juhu!

Kilka dni detoksu – jeden detoks za mną, przyszła pora na ten psychiczny. Przy okazji wyjazdu do rodziców mojego K. spędziłam trochę czasu na łonie natury. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo wielkomiejska ja potrzebuje tej przyjemnej ciszy. Śpiewu ptaków, dźwięku trawy poruszanej wiatrem, kombajnu gdzieś w oddali… I pieczonych ziemniaczków z prawdziwego ogniska.

Bardzo miłe spotkanie – w jednej z lubelskich kawiarni spotkałam się w tym miesiącu z cudowną osobą. Bardzo ciepłą, pozytywną, zaangażowaną w swoją pracę. Nie mogę (i nie chcę) póki co pisać nic więcej, ale to spotkanie było dla mnie bardzo ważne.

Pierwszy raz z tenisem ziemnym i minigolfem – to był zdecydowanie miesiąc aktywności na świeżym powietrzu. Spróbowałam gry w minigolfa – naprawdę polecam! Natomiast będąc u rodziców K. graliśmy wspólnie w tenisa ziemnego. W tym akurat jestem cienka jak barszcz, ale nie ma to znaczenia – było super!

Lublin z drugiej ręki – uwielbiam buszować po secondo handach. Zawsze znajduję tam jakieś perełki. W swojej rodzinnej miejscowości mam kilka ulubionych i szukałam też czegoś w Lublinie. I przypadkiem, idąc po kompleks witamin do apteki, odkryłam prawdziwą petardę! Ogromny wybór, ogromna przestrzeń, świetne ceny, a i same ubrania nie wyglądają na znoszone czy zmechacone. Dobrych metek też nie brakuje. I spotkać youtuberki można. Będę jednak samolubną zołzą i jego adres zachowam dla siebie. Taka będę!

Spotkanie po latach – różne są powody, dla których rzadko odwiedzam Rzeszów, od kiedy się przeprowadziłam. W sierpniu znalazłam trochę czasu i wróciłam na chwilę na stare śmieci. I nawet udało mi się spotkać ze znajomymi ze studiów. Co prawda było to szalenie krótkie spotkanie, niemniej bardzo pozytywne :)


A jak u Ciebie z sierpniowymi wibracjami?
Czytaj dalej

Kocham Cię, ale siebie kocham bardziej



Właśnie takie słowa usłyszał Smith Jerrod od Samanthy Jones w pierwszej części „Seksu w wielkim mieście”. Kiedy absolutnie samowystarczalna Samantha uznała, że związek jej nie wystarcza. Że potrzebuje czegoś więcej. Albo mniej. Potrzebuje braku związku. Braku ograniczeń. If you know, what I mean. Ale jeśli znasz Samanthę, wiesz.

Ostatnio usłyszałam, że moje superego (ta część osobowości, która odpowiada za sferę moralną) jest bardzo dobrze rozwinięte. Ale chyba w złą stronę. Bo moje idealne „ja” zawsze działa dla innych. I tak sobie myślę, czy to może być problem? Czy oddanie się drugiej osobie może stanowić poważne zagrożenie dla mojej własnej tożsamości?

Kiedy człowiek zaczyna żyć dla innych, w pewnym momencie każdą decyzję zacznie podejmować pod kątem szczęścia kogoś innego. Aż w końcu stanie się niedecyzyjną amebą, która zawsze będzie próbować dogodzić wszystkim. A potem zacznie sama siebie zjadać, bo przecież tak się nie da. Każda decyzja to konsekwencja. Dla tych lepsza, dla tamtych gorsza. I o ile dobrze jest szukać kompromisów, to jeśli się żyje i decyduje dla innych, wśród „tych” i „tamtych” gdzie jest „ja”?

Wbrew pozorom, dobrze być czasem egoistą. Przynajmniej kilka razy dziennie. Kupić coś dla siebie. Wybrać film w kinie pod kątem własnych upodobań. Upiec swoje ulubione ciasto. Być sobą. Być Samanthą Jones. Nie żoną, nie matką, nie miłą koleżanką z pracy. Nie pozwolić, aby nasza tożsamość i rola społeczna stały się synonimem.

Tylko jak to zrobić?

Uczyłam tu już wielu rzeczy. Jeśli to w ogóle można nazwać nauką. Może inaczej – bawiłam się w kołcza. Ale akurat na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć. Już dawno zgubiłam gdzieś swoje ego, oddając całą siebie tej czy innej bliskiej osobie. I bardzo chciałabym powiedzieć komuś, że go kocham, ale moja miłość do siebie jest większa. Ale prawdopodobnie po tych słowach zjadłoby mnie sumienie. Bo kiedy ktoś ważny informuje mnie, że chce kawałek serniczka, a ja odpowiadam, że jest w lodówce i ukrój sobie, a potem widzę ten (w dużej mierze wystudiowany) smutek, co robię? Nie śmieję się, że masz dwie rączki i dwie nóżki, znasz drogę do lodówki, zapraszam. Idę kroić serniczek. Bo jeśli tego nie zrobię, moje „ja” bez tożsamości będzie wmawiało mi, że ta osoba jest nieszczęśliwa bez serniczka.

To brzmi tak głupio, że aż nie chce mi się wierzyć, ze są gdzieś jeszcze tacy ludzie jak ja.

Zawsze jestem na posterunku. Można do mnie zadzwonić o trzeciej w nocy z każdym możliwym rodzajem problemu. Wszystko zrobię, wszędzie pójdę. I tylko ja będę wiedzieć, że mi to nie odpowiada.

Gdzieś w środku chciałabym być jak Samantha Jones. Ale tak naprawdę jestem w całości jak Carrie. Uległa wobec Mr Biga i całego społeczeństwa. Zawsze dobra dla wszystkich. Carrie, która swoje potrzeby upycha głęboko pod drogi dywan, a w doniczkach sadzi potrzeby innych. I pielęgnuje je każdego dnia. A po swoich każdego dnia spaceruje.

A przecież nie ma nic złego w robieniu czegoś tylko dla siebie. Prawda?


– Does it mean worrying about him and his needs before me and mine? Is it all about the other person, is that love?
– No, that’s marriage.


~Sex and the city
Czytaj dalej

[Przepis] Kotlety z batata Low Fodmap


Nigdy nie lubiłam mięsa mielonego. Dorzucone do spaghetti psuje cały włoski urok fetorem stajni Augiasza. Konsystencja kotletów przypomina źle zamieszany cement, a swoim smakiem zasługują na bycie najwyższym wymiarem kary dla niegrzecznych dzieci. I to w żaden sposób nie jest kwestia jakiejś wege ideologii. Mięso mielone po prostu śmierdoli.
Dlatego od lat szukam kotleta idealnego, który zapewniłby odpowiednią konsystencję, zdrowe składniki, nie zawierałby żadnych panierek z bułek tartych i innych fastfoodowych wymysłów. No i zachwyciłby mnie smakiem. Próbowałam już łączyć wiele rzeczy, robiłam kotlety z groszku, z ciecierzycy, fasoli, kalafiora czy kaszy jaglanej. I wszystkie były całkiem niezłe. Ale dzisiaj na stół wjeżdża batat.

Batat, którego jadłam co drugi dzień w czasie fodmapowej diety i miałam go już serdecznie dość w formie frytek. Pomyślałam - dlaczego by nie zrobić z niego kotleta i tak oto powstał ten przepis. Zapraszam!

Składniki:
。mały / średni batat
。po łyżeczce majeranku i tymianku
。2 łyżeczki słodkiej papryki
。2 łyżki oleju
。sól, pieprz wedle uznania
。po łyżce mąki kukurydzianej i ziemniaczanej
。opcjonalnie pestki dyni i słonecznika

Nastawiam piekarnik na 180 stopni. Do miski wlewam olej i wrzucam przyprawy. Batata obieram i kroję w kostkę. Im mniejsza, tym batat szybciej się upiecze. Wrzucam go do miski i mieszam aż do połączenia się wszystkich składników, a batat będzie w całości pokryty "marynatą". Układam na papierze do pieczenia (lepiej, jeśli kawałki batata na siebie nie nachodzą) i piekę 15-20 minut, aż zmięknie. Po tym czasie wrzucam go do tej samej miski i zgniatam widelcem na papkę. To znaczy najpierw daję im chwilę na ostygnięcie, żeby nie przetopić miski i nie poparzyć sobie rąk. Próbuję i doprawiam do smaku, jeśli trzeba.
Dodaję mąkę kukurydzianą i ziemniaczaną, opcjonalnie pestki i mieszam. Masa nie może być zbyt klejąca ani zbyt sucha. W zależności od wielkości batata ilość mąki zwiększam, ale zawsze w proporcji 1:1. Formuję kotlety i smażę na odrobinie oleju kilka minut.

Oczywistym jest, że większy batat = więcej kotletów = podwojone proporcje. Z małego batata wychodzi około 6 sztuk.

Gotowe kotlety można podać z dowolnymi dodatkami, u mnie akurat fasolka szparagowa, bardzo lubię też zrobić z nich główny składnik domowych burgerów. Batat jest słodki i idealnie przełamuje cebulę czy pikantny sos pomidorowy.

Smacznego!
Czytaj dalej

Zawód: bezrobocie


Bezrobocie to strasznie przykra profeska. Rozsyłasz CV wszędzie gdzie tylko możesz i okazuje się, że pisanie tekstów reklamowych dla warszawskiego portalu z dekoracjami do domu nie może odbywać się zdalnie (ponieważ nie), pisanie artykułów o kamicy nerkowej do aptekarskiej gazetki też nie, w drogeriach Cię nie potrzebują, bo nie jesteś kwalifikowanym wizażystą ani kosmetologiem (znajomość absolutnie całego asortymentu Sephory na pamięć i umiejętność powiedzenia dwóch zdań o każdym składniku kosmetyku nie jest żadnym autem), a do sieciówki ciuchowej Cię nie chcą, bo nie masz doświadczenia w sprzedaży, którego nie możesz zdobyć, bo nie chcą Cię zatrudnić przez brak doświadczenia w sprzedaży.

Siedząc sobie taka bezrobotna w domu, w wakacje, kiedy znajomi porozjeżdżali się do domów rodzinnych, zaczynam rozmawiać sama ze sobą, żeby trochę oszukać mózg. Bo ta bezrobotna samotność jest bardziej przygnębiająca, niż świadomość, że nie mam pracy i że ktoś musi ciułać na moje utrzymanie.

Przede wszystkim, gnijąc na bezrobociu, czuję się też zbędna w domu. Jak złośliwy pasożyt, wykorzystujący innych w całości. Nawet nie jak jemioła. Jak stonka ziemniaczana. I niby mieszkanie mam sterylnie czyste, bo te 24 godziny wolnego czasu trzeba na coś przeznaczyć. Coś produktywnego, żeby nie czuć się już tak do reszty zbędnym elementem dekoracji. Dlatego mimo wolnych wakacji tak mało czytam. Bo wewnętrznie czuję, jakby to było coś złego. Bo przecież czytając, tylko siedzę i się obijam. Ale przecież nie zależy mi na wiecznym życiu kury domowej. Nie chcę całymi dniami robić prania, zmywać garów, odkurzać dywanów i myć okien. Ale z drugiej strony, jak inaczej mogę okazać się użyteczna, niż tylko przez fizyczną walkę o czyste mieszkanie?
Oczywiście, że chciałabym, żeby mój K. czasem mnie w czymś wyręczył po powrocie z pracy. Albo pomógł rozwiesić pranie czy pozmywać po obiedzie. Ale przecież on ciuła te wszystkie nadgodziny. I choć wkurza mnie niemiłosiernie, że zaraz po jedzeniu zakorzenia się przed ekranem laptopa na długie godziny, jak miałabym mieć do niego pretensje? Skoro od kilku miesięcy wydaję nie swój hajs na pojemniczki do przechowywania mąki i nasiona chia, których on i tak nie je.

Z drugiej strony boję się, że jak już będę pracować, on będzie przyzwyczajony do tego, że to ja robię te wszystkie rzeczy, o których on pewnie nie wie, że trzeba je robić od czasu do czasu. Ale przecież przyzwyczaję go do tego na własne życzenie. Bo teraz we wszystkim go wyręczam. Bo on zarabia, a ja jestem bezużytecznym darmozjadem i wrzodem na tyłku.

Taki kobiecy mętlik w głowie mam od wielu miesięcy. Bo przecież ja zrobię lepiej. I mam czas. I możliwości. Ale co, jeśli nauczę go robić nic?

Powinnam wyjechać za granicę. Przekonać się, czy by pamiętał o zmianie pościeli, wymianie mieszanki antymolowej w szafkach kuchennych, praniu ścierek do sprzątania, nawożeniu kwiatów w odpowiednie dni, płaceniu rachunków, zgłaszaniu stanu licznika do gazowni i odkurzaniu też za i pod meblami. I wtedy po powrocie mogłabym spokojnie za niego wyjść.

Albo nie.

Bezrobocie jest jak opryszczka na ustach. Albo angina. Niby to nic groźnego, ale ciągnie się za człowiekiem latami. Tylko jak usunąć te niechciane migdałki, jeśli żaden lekarz nie chce mnie przyjąć do gabinetu?
Czytaj dalej

Związek na pół etatu


Związki zawarte w przedszkolu były najfajniejsze. Bo takie proste. Kiedy pytanie „będziesz ze mną chodzić?” nie powodowało żadnych niepotrzebnych palpitacji i poczucia żenady. Kiedy po tygodniu budowania wspólnej dziecięcej przyszłości Twój chłopak przychodził do sali, trzymając koleżankę za rękę i oznajmił „to moja nowa dziewczyna”, obyło się bez płaczu, zgrzytania zębami i rzucania pluszowymi małpkami czy drewnianymi klockami. Wszystko było takie proste.

Potem nastała era szkoły i wszystko było niemal tak samo nieskomplikowane. Mieliście lekcje w tych samych godzinach, wolne mniej więcej w tym samym czasie i mogliście się spotykać we wtorek i piątek na oglądaniu filmów albo spacerowaniu brzegiem Wisły. Albo na co innego. Zerwania były bolesne, ale w większości przypadków – wyjątkowo potrzebne.

Dorosłość jest okrutna. Nie dość, że musicie ważyć każde słowo, żeby zachować odpowiedni balans między tym, co utopijne, a tym, co posypane łzawą porcją goryczy, to jeszcze bardzo często jest tak, że dwoje mieszkających ze sobą ludzi praktycznie się nie widuje.

Znam mnóstwo par, które przez większość czasu mijają się w progu. Bo ona pracuje w korpo od rana do 15, a jemu przypadł system zmianowy. Gorzej, jeśli oboje pracujecie na dwie zmiany. Bo prawdopodobnie pech chce, żeby to były zazwyczaj dwie różne zmiany.

W takiej sytuacji krach na Waszej miłosnej giełdzie jest bardziej, niż pewny. Prędzej czy później jedno z Was będzie miało dość. On rzuci się z butami na kanapę i będzie czekał, aż obiad sam się zrobi i sam poda do stołu. Ona będzie robić awanturę, że po pracy musi wszystko robić sama, nawet, jeśli on zrobił zakupy, a za dwie godziny umyje naczynia. On się odszczeknie, że też pracuje i potrzebuje chwili relaksu przed telewizorem czy komputerem. A ona złośliwie zapyta, dlaczego taki relaks jej się nie należy. I tak przez kolejne kilka godzin. Albo dni. Aż w końcu kanapa w salonie będzie pełnić funkcję jednoosobowego łóżka.

Albo on przyjdzie do domu stęskniony mocnego przytulenia, a ona będzie siedziała nad projektem, którego nie dokończyła, a powinna. I nawet nie zauważy, że ktoś przyszedł do domu. A w kuchni będą czekać sztuczne pierogi kupione w garmażerce w Tesco, zamiast ciepłego obiadu przygotowanego z sercem. I tak dalej, i dalej, i dalej… Aż do końca.

Praca – owszem, ale związek dwojga ludzi nie może odbywać się na pół etatu. Jesteście razem, a Wasza przyszłość będzie wspólna przez kolejne lata. Obserwuję moje znajome parki i zastanawiam się, kiedy ci wszyscy ludzie zapomnieli, z jakiego powodu zaczęli się spotykać, potem wzięli ślub, zamieszkali razem. Kolejność dowolna. Wracają do mieszkania i wszystko, co mają do zaoferowania sobie nawzajem, to pretensje. A przecież można inaczej.

Można wykorzystać każdą wolną chwilę. Na wspólne śniadanie. Wspólnie przygotowane. Wspólny obiad. Jakiś spacer, rower, planszówka, odcinek serialu. Jest tyle rzeczy, które możecie zrobić razem, nawet nudzić się możecie wspólnie, leżąc obok siebie na łóżku.

Wszystko zależy od tego, czy się dogadacie. Od zawsze na zawsze uważam, że najważniejsza w związku jest rozmowa. Nawet, jeśli sprowadzona do kłótni. Jeśli pary się nie kłócą od czasu do czasu, oznacza to, że w ogóle nie rozmawiają.

Jeśli Twoja partnerka zabiera się za sprzątanie albo nowy projekt do pracy akurat, kiedy Ty wracasz z pracy, a ona akurat tego dnia miała wolne i wszystko to mogła zrobić rano, jeżeli Twój facet piątkowe przedpołudnie woli spędzić tłukąc się z przypadkowymi ludźmi w grze online, wiedząc, że po południu Cię nie będzie, bo idziesz na drugą zmianę – coś jest nie tak. Trzeba o tym poważnie porozmawiać.

W tej całej dwuzmianowej dezorganizacji znajdźcie jakiś kompromis. Kupcie kalendarz ścienny, taki podzielony na pół, zapiszcie tam swój grafik i wszystkie wyjścia bez drugiej połówki (do kina z koleżanką, na spotkanie biznesowe, na integracyjne kręgle ze współpracownikami), żebyście wiedzieli, ile czasu będziecie razem w domu. Ustalcie, kto kiedy zajmuje się obiadem, kiedy jecie na mieście, kiedy możecie wyjechać na kilka godzin za miasto, a kiedy wyjść na spacer–randkę czy znaleźć godzinę na wspólne bieganie, zamiast robić to osobno – jedno z Was rano, drugie wieczorem. Zorganizowanie czasu w taki sposób, choć wymaga trochę zaangażowania, nie jest trudne, a może okazać się szalenie skutecznym defibrylatorem dla Waszego związku.

Związek dwojga ludzi jest jak kula z bukszpanu na balkonie czy w ogrodzie. Jeśli nie będzie podlewana – umrze, wysuszona na wiór. Jeśli jej nie przytniecie – rozkraczy się na wszystkie strony, aż w końcu będzie bezkształtna. Dokładnie jak Wasza relacja. Dbajcie o swoje kule z bukszpanu. Te dobrze pielęgnowane są naprawdę wieloletnie.


Ale są też takie złośliwe bukszpany, o których zdrowie już nie ma sensu walczyć. Starajcie się, żebyście nigdy nie musieli zaprowadzić ich do miłosnego hospicjum. Stamtąd już Wasze bukszpany nie wyjdą.
Czytaj dalej

5 minut każdego dnia


Czytając różnego rodzaju kobiece magazyny, często rzuca mi się w oczy hasło  poświęć na to tylko 5 minut dziennie. Czytam o lifehackach, które wykonywane codziennie przez pięć minut, naprawią moją zmęczoną cerę, poprawią elastyczność czy nastroją mnie na dobry sen. Wieczorna rutyna jogi, maska na twarz, masaż twarzy, kawowy peeling ciała czy inhalacja olejkami eterycznymi. Wszystko to ma zająć mi maksymalnie pięć minut, a efekt ma mnie zaskoczyć. Być może. Ale tyle jest teraz rzeczy, które wręcz powinnam robić codziennie przez 5 minut, że spokojnie zrobi się z nich półtorej godziny. A tyle czasu to przecież nie mam. Na tyle się nie zgadzałam.

W świecie zdominowanym przez pęd, pięć minut wydaje się czymś maleńkim, ale pięć minut dodać pięć minut, dodać pięć i dodać pięć…

Podobnie jest z tymi wszystkimi szybkimi przepisami. Placki bananowe w pięć minut! Potrzebujesz 240g mąki. Ale 240g mąki też trzeba odmierzyć. Nikt nie ma przecież przygotowanego szeregu miseczek, jak youtuberzy, którzy przekonują, że nasze placuszki same się zrobią i to w ekspresowym tempie. Trzeba znaleźć jakiś odmierzacz albo poszukać u wujka Google, ile waży łyżka mąki tej czy innej, wszystko przygotować, usmażyć. No i przecież naczynia się same nie zmyją. I w ten sposób z pięciu minut robi się trzydzieści. A to miał być ekspresowy pomysł na śniadanie przed pracą. A przecież jest niewielki procent ludzi, którzy poniedziałkowy czy czwartkowy poranek chcą zacząć pół godziny szybciej, żeby sobie przygotować placuszki w pięć minut.


Pięciominutowa maseczka na twarz – przygotuj 3 łyżki przegotowanej, ale nie gorącej wody. Którą najpierw musisz zagotować i odstawić do wystudzenia. A jeśli już masz maseczkę, kolejne pięć minut poświęć na masowanie twarzy przy zmywaniu, bo to poprawia krążenie, kolejne pięć na wklepywanie osiemnastu kremów, które spłycą Twoje zmarszczki i odżywią zmęczoną skórę, później przez pięć minut wyczesuj włosy, aby znowu pobudzić krążenie i pozbyć się wszystkich, które wypadły w ciągu dnia. Na koniec przez pięć minut rozciągaj swoje ciało zestawem naszych ćwiczeń i zorientuj się, że wyszłaś spod prysznica o 22:50 i miałaś poświęcić pięć magicznych minut na pielęgnację, a jest 23:48. Voila, Twoja codzienna pięciominutowa rutyna zakończona sukcesem. Teraz możesz iść spać i obudzić się rano o godzinę mniej wyspana. Nie ma za co! I nie zapomnij rano przygotować ekspresowe pięciominutowe placuszki bananowe, więc lepiej nastaw budzik na 25 minut wcześniej!
Czytaj dalej