Czy chciałabym zamieszkać w Warszawie?



Dlaczego ludzie w metrze prawie w ogóle że sobą nie rozmawiają? Czy to ciemne tunele i ciśnienie pod ziemią sprawiają, że wszyscy wyglądają jakby przed chwilą zwolniono ich z pracy? Kiedyś gdzieś w jutubowej przestrzeni usłyszałam że ludzie w metrze są tacy smutni, że aż można umierać. I coś w tym jest. Na początku myślałam, że to kwestia piątej rano. Ale tak jest przez cały dzień. I tylko w metrze. Komunikacja werbalna w środkach transportu naziemnego odbywa się bez problemu.

***

Po przyjeździe do Warszawy postanawiamy zostawić bagaże w szatni w Tarasach. Bagaże - czytaj dwie torby na zakupy, jedna materiałowa. No przecież nie będziemy płacić jak za dwa, zrobimy z tego jeden. Jak prawdziwy Janusz na wakacjach. Upychamy jedna torebkę w drugą, tę w kolejną, a całość ładujemy do płóciennego worka w koty, przez co robi się reklamówkowa incepcja. Ale co - jest jeden bagaż? Jest.

Pierwsze, co rzuca nam się w oczy to wszechobecny Uber Eats. Zewsząd rowery, skutery, w deszczu i w burzy. Wywożą jedzenie nawet z KFC. Trochę przerażające, jak leniwi zrobili się ludzie. Wszystko jest na dowóz. Wszystko załatwiamy online. Za chwilę z pokolenia Tamagotchi zmienimy się w pokolenie Hikikomori.

Przez cały dzień kursujemy z jednego końca miasta na drugi, dryfujemy między pałacem najbardziej memicznego człowieka w Polsce a Smolną, między Mokotowem a Saską Kępą, z centrum na Powiśle i z powrotem. I nie widzimy prawie żadnego murala. Przyzwyczajona do łódzkiej sztuki ulicznej czuję, jakby architektura dookoła mnie była goła i niewykorzystana. Z drugiej strony nigdzie nie widzimy też sex shopów, a to przecież nie oznacza, że ich nie ma.

Pod koniec dnia mój aparat postanawia udowodnić mi, że zgodnie ze słowami Flussera, jestem tylko pośrednikiem między nim a rzeczywistością i że potrafi robić zdjęcia beze mnie. Na tarasie widokowym Pałacu Kultury wyciągam sprzęt rozładowany niemal do zera, na którym zapisało się czterysta osiemdziesiąt unikatowych zdjęć wnętrza mojej torby. To, że nie wzięłam ładowarki dodatkowo pozwala mi wygrać nagrodę Darwina walkowerem.

Wieczorem pierwszy raz w życiu czuję się przytłoczona wielkomiejskością. Wychylam się z balkonu na Smolnej i próbuje pozbierać myśli. Pierwszy raz kakofonia ruchu ulicznego i wybitych gdzieś na Pradze zębów mnie męczy. Wśród ogromnych szklanych budynków czuję się maleńka jak jedna pozbawiona znaczenia kropla deszczu. Pierwszy raz w życiu doceniam małomiasteczkowość kameralnego Lublina. I oświetlone ciepłą barwą cotton ballsów Krakowskie Przedmieście.

Rano marnujemy sporo nieprzejechanych przystanków – musimy kupić bilet ZTM na 24 godziny, bo miasto rozczarowuje i nie oferuje takich 12 godzinnych. A przecież potrzebujemy tylko 8 z nich, potem czeka nas już tylko Wilanowska i Flixbus do domu. Ale najpierw potrzeba porannej kawy łączy się ze studencką kieszenią i jedziemy na śniadaniowe 2forU. W metrze nadal jesteśmy jedynymi osobami, które w ogóle rozmawiają. W maku czeka nas kolejne rozczarowanie, bo nie ma oferty śniadaniowej mimo wczesnej pory. Jemy cokolwiek i postanawiamy pospacerować trochę między witrynami. Cały czas czekamy, aż deszcz przestanie lać się wodospadem po szklanym dachu Tarasów.

Chodząc po galerii postanawiam zmacać trochę rzeczy, na które mnie nie stać, ale szybko zmieniam zdanie, gdy widzę, że obsługa Victoria's Secret doskokuje do potencjalnego klienta zanim ten jeszcze zdecyduje się postawić drugą stopę na terenie sklepu. Miła natrętna pani machinalnie pyta jaki rozmiar przynieść i na jaką okazję ma być zakup, nie wiedząc nawet, czego klient potrzebuje. Nie pyta czy i w czym może pomóc. Pyta o pożądany rozmiar. Do drogich sklepów przychodzi się czegoś szukając, nie żeby wybadać jakość materiału albo po prostu popatrzeć.

W końcu wychodzimy na świeże powietrze i spacerujemy po mieście. Już drugi dzień praktycznie nie słyszymy dookoła siebie polskiego języka. Chyba dotyka mnie coś na kształt syndromu paryskiego. Z poprzednich wyjazdów zapamiętałam trochę inną Warszawę.

Siedząc we Flixbusie do Lublina pierwszy raz w życiu nie czuję smutku, że wyjeżdżam ze stolicy. Myślę tylko o swoim łóżku, o ciasnym mieście wielkości Retkini, o ogródkach na Placu Litewskim, o zapachu lasu z balkonu, na którym zawsze szaleje wichura. O wszystkim, byle nie o wyrwanych kontaktach elektrycznych i głośnych współlokatorach na Smolnej. Łapię autobusowe wi-fi i odurzam się nowym Taco Hemingwayem. Takie obcowanie z Warszawą w zupełności mi odpowiada. Fifi kreuje  wystarczający obraz miasta.

Pisząc to, wygrzewam ponad 40 tysięcy zrobionych w Warszawie kroków w ciepłej wannie i zastanawiam się nad potencjalnym miejscem zamieszkania po studiach. Czy byłabym w stanie mieszkać w tym mieście nieograniczonych możliwości? Nie. Warszawa jest jak weekendowa kochanka. Jak ten koktail z bitą śmietaną i przelukrowanym pączkiem na wierzchu. Dobra raz na jakiś czas. Być tam zdalnie. Przyjechać, załatwić interesy, pokręcić się po centrum i wrócić do swojego wygodnego łóżka. Na dłuższą metę wydaje mi się, że szybko bym musiała zamieszkać w Tworkach zamiast na Mokotowie. Nigdy nie spodziewałam się że kiedykolwiek odczuję niepokój w tak dużej przestrzeni. Że kiedykolwiek jakiekolwiek duże miasto mnie przybije. Że będę się czuła tak daleko od domu. Tak obco. Tak niewidzialna.

Może z czasem bym się przyzwyczaiła. Pewnie tak będzie, jeśli będę kiedyś kursować do stolicy regularnie. Ale na chwilę obecną, w tym pojedynku po raz kolejny moja Łódź wygrywa hat-trickiem. Industrialna. Kameralna. Ciepła.


I nawet głos Pana Knapika w metrze tego nie zmieni. Póki co.

Czytaj dalej

Dorosłość doskonała




Dorosłość zaczyna się wtedy, kiedy zaczynamy nosić duże torebki. Kiedy kopertówki stają się bezużyteczne, bo nawet na weselach dorosłemu człowiekowi potrzebny jest zestaw survivalu NNW. A kiedy spontanicznie zatrzymujesz się w markecie, zgrabnie unikasz płacenia miliona monet za foliówkę – przecież masz dużą pojemną torbę.

 Kiedy letnia temperatura za oknem prowokuje myśli „wywieszę pranie, to szybko wyschnie” albo „nie pada, więc po południu skoszę trawę” zamiast „o, ciepło”. Kiedy wyjazd na wakacje zmienia się z leżenia plackiem i babrania się w piasku w aktywny wypoczynek – bo szkoda dnia i krajobrazu. Przecież hotele i plaże są wszędzie.

Kiedy zaczynasz się zastanawiać, czy aby na pewno potrzebujesz tych szarych sandałków i czy jesteś na bieżąco z rachunkami.

Wtedy właśnie zaczyna się dorosłość. Samodzielność. Samodyscyplina.

Ale czy musi być idealna? Oczywiście że nie.

Wszyscy popełniamy błędy. Doskonałość od dawna jest passe. 

Media non stop promują bycie idealnym. Ja też. Te wszystkie instagramowe owsianki są ładne przez pierwsze trzy minuty od zrobienia. Zanim zaczęłam robić zdjęcia swoim, w życiu nie pomyślałam, żeby w jakikolwiek sposób planować ułożenie bananów.

Idealne ciało, idealnie posprzątany dom, idealne zdjęcia z wakacji… Wszystko jest ostatnio tak idealne, że w konsekwencji – na jedno kopyto. Całe Internety to jedno wielkie kopiuj-wklej.

Od bycia dorosłym też oczekuje się odpowiedzialności i doskonałości. W byciu pracownikiem, rodzicem, kurą domową, organizatorem wyjazdów. Sporo ludzi w moim wieku (albo trochę starszych) jest już po studiach, mają domy, rodziny, dzieci, psy, chomiki, samochody, hipotekę i prężnie działające firmy. A ja? Jestem tym typem kobiety, która pije wino z kubka do herbaty w nadziei, że mózg się na to nabierze.

Ususzyłam lawendę, już dwa razy wypłukałam ziarna majeranku z doniczki od nadmiernego podlewania, udało mi się zrobić pizzowego zakalca i konsekwentnie zapominam o gaszeniu światła w łazience. Uczę się dwie godziny przed egzaminem, łamię paznokcie w dniu, w którym miałam położyć nowe hybrydy, trzymam przeterminowane produkty w kuchni (w szafce podpisanej „nie mam serca wyrzucić”) i zdarza mi się spać do dziesiątej, żeby potem cały dzień czuć do siebie wstręt.

Jestem niedoskonała. Ty też. Wszyscy jesteśmy. Nie ma sensu z tym walczyć. Perfekcja jest zwyczajnie nudna. Dobrze czasem zapomnieć wyjąć pranie z pralki, naładować telefon przed ważnym wyjazdem czy zostawić coś w galerii (np. statyw, choć tego akurat mi szkoda). Ot tak, żeby coś się działo. Ważne tylko, żeby nie za często.

Czytaj dalej

Wakacyjna refleksja o mieście




Duże miasta co roku latem przyciągają tłumy turystów. Pogoda pozwala na beztroskie spacery po starych rynkach, parkach czy przesiadywanie w restauracyjnych ogródkach. Ogrody zoologiczne i parki rozrywki pękają w szwach, a władze miast oferują różnorodne eventy plenerowe – kino pod chmurką, wieczór z muzyką jazzową, wystawę kotów rasowych czy rajd rowerowy śladami [wstaw nazwisko dowolnego znanego mieszkańca danego miasta]. Centra miast i główne punkty turystyczne zalewane są przez potoki rozglądających się głów, drepczących stóp i nagrzanych od słońca aparatów. Ale wystarczy odejść choć kawałek poza tę strefę wakacyjnego dyskomfortu i nagle miasto całkiem się zmienia.

Mieszkając na obrzeżach, z niekrytą fascynacją obserwuję jak moje osiedle wraz ze wzrostem temperatury się wyludnia. Jesienią czy zimą non stop widzę zabieganych ludzi, dzieciaki idące czy wracające ze szkół, obserwuję jak cały świat funkcjonuje objęty pewną rutyną. Wakacje to czas, kiedy część społeczeństwa ma wolne, część rozluźniony czas pracy, a niewielka część spędza czas tak samo w lipcu, w maju, jak i w październiku. Czasem, kiedy jadę do centrum, mam wrażenie, że to całkiem inne państwo. Całe moje osiedle, jak i wszystko dookoła niego, jest tak spokojne, że aż sprawia niepokojące wrażenie martwego. Siedząc na balkonie, szum miasta słyszę gdzieś z oddali, swoje epicentrum ma daleko za horyzontem. Wiatr delikatnie muska moją skórę, czuję zapach drzew i ewentualnie czyjegoś obiadu zamiast samochodowego fermentu. Nawet autobusy zdają się poruszać wolniej, leniwiej, bardziej statycznie. W takich chwilach często mam wrażenie, jakbym była w domu rodzinnym. Z dala od miejskiego zgiełku. Ktoś tnie drzewo na cyrkularce, ktoś gra w improwizowaną piłkę plażową, ktoś inny po prostu rozmawia z sąsiadem o nieistotnych pierdołach.

Nie wiem, czy to magia urlopów, optymalnego ciśnienia atmosferycznego, czy witaminy D, ale w wakacje miasto zapada w pewien dziwny letarg. Ludzie albo wyjeżdżają, albo siedzą zamknięci w swojej własnej klimatyzowanej przestrzeni. Widzę ich czasem z psami, w sobotę przed tym czy tamtym ślubem zbierają się przy samochodach, w niedziele wspólnie dreptają na leniwe spacery. Nie biegną tak, jak zwykli to robić zimą czy jesienią. Ja też się tak nie spieszę. Życie dzieje się swoim niewytłumaczalnym letnim tempem. A miasto cichnie. Tak niepokojąco, a jednocześnie przyjemnie dla uszu.

Też masz takie wrażenie? Że cała audiosfera wielkomiejskiego rozgardiaszu milknie i zamiera, ale nie na tyle, żeby się tym zmartwić?

Czytaj dalej

Geriatryczne żarciki




Mówi się, że przyjaciół poznaje się w biedzie i że wieloletnie przyjaźnie są najcenniejsze. Na pewno są bezpieczne, bo po tylu latach ludzie tyle o sobie wiedzą, że aż strach się rozstawać. To jest główny powód przyjaźni na całe życie, nie jakieś tam sentymenty. A te najtrwalsze zawsze łączy albo wspólny wróg, albo wspólne choroby.

I to drugie to właśnie ja i moja przyjaciółka. Fascynujące jest to, że nasze organizmy z biegiem lat połączyły się w jedną całość i od jakiegoś czasu chorujemy na to samo, tylko w innej kolejności i ze zmiennym natężeniem. I całe życie łykamy to samo.

Nasze spotkania zazwyczaj odbywają się podobnym tokiem. Po pierwsze, kawa i bieżące wydarzenia – a to byłam na rozmowie o pracę, a to kupowałam kwiaty dla promotor, a to muszę się wyprowadzić, a to zaczęłam nowy serial, a to jadę do Warszawki. Potem kolejny stały element gry, czyli „oglądałam ostatnio film [wstaw dowolną blogerkę]” i wymiana opinii na temat tej czy innej medialnej twarzy.

A kiedy już bieżące sprawy się wyczerpią, a z niebieżącymi jesteśmy na bieżąco, nie ma nic lepszego niż geriatria na salonach! Która zazwyczaj zaczyna się od słów „a wiesz, byłam u lekarza…”

– Przepisał mi takie coś.

– A, brałam to, było spoko. Ja dostałam teraz takie i tak mi się chce spać po tym…

– Daj spokój, ja po tym spałam kilka razy w ciągu dnia. A brałaś to?

– Nie chyba, bo mi koliduje z tym.

– Ach, no tak. Ty, a co Ci zapisał na te tarczyce?

– A, to, ale boli mnie od tego żołądek.

– O, brałam to, też mnie bolał, bo wiesz, laktoza… Ty, a widzę, że masz takie same zajady jak ja, a mi lekarz nie wierzy, że to od tarczycy! Łuszczą Ci się, nie?

I tak dalej, i dalej, i dalej… Podczas ostatniego naszego spotkania wypłynął nawet geriatryczny żarcik na temat badań:

– Dostałam skierowanie na USG tarczycy, a tak mnie długo po szyi macała, boje się że mam jakiegoś raka czy coś.

– A Ty durna jesteś.

– Ale to na 30. lipca, to zdążę jeszcze ewentualnie swoje sprawy załatwić.

– To mi zapisz coś w testamencie… a w sumie, nie masz co.

– Leki Ci zapisze, bo i tak bierzemy te same.

Kiedy masz przyjaciółkę, z którą dosłownie możesz pożartować o życiu i śmierci, masz już wszystko. Bo nie ma nic lepszego niż rozmowy dwudziestoparoletnich geriatryków. Współczuję tylko trochę pozostałym gościom przeróżnych kawiarni, że muszą słuchać o tym, co i gdzie nam się łuszczy i jak radośnie rozmawiamy o spisywaniu testamentu i bólu kolan od siedzenia w kinie czy autobusie.
Jak to mówią, starość nie radość, a młodość nie wieczność, im szybciej pogodzisz się z bólem żołądka po kawie, tym lepiej. A im szybciej znajdziesz kogoś, z kim potem możecie sobie nawzajem popychać wózki inwalidzkie albo przytrzymywać balkoniki – tym szybciej wygrywasz życie.

Dbajcie o wieloletnie przyjaźnie! Bo o kolana już za późno.

Czytaj dalej

Papierowe gody



Żeby liczyć na wygraną w przyszłości, trzeba zaryzykować to, co los dał nam dziś.
~ Carrie Bradshaw


Podobno młode pokolenie nie ogląda telewizji. Pochłonięci nową technologią i możliwościami, jakie daje Netflix, zapominają o tym wspaniałym medium towarzyszącym, który po naprawdę wymagającym dniu pozwala wysłać wszystkie swoje szare komórki na paradokumentalny urlop. Takim sposobem kolejne medium umiera, kładąc się do zbiorczego grobowca razem z radiem.

Ale dzisiaj nie o tym.

Parę dni temu, skacząc bez celu po kanałach, chcąc chociaż na chwilę odpocząć od głosu Włodzimierza Szaranowicza, trafiłam przypadkowo na film, który bardzo pośrednio, ale ukształtował mnie jako felietonistę. Jeśli w ogóle mogę pozwolić sobie na tak dużą nieskromność, żeby tak się nazwać.

Wieki temu zaczęłam oglądać „Seks w wielkim mieście” i początkowo byłam zafascynowana samym nowojorskim życiem, kalejdoskopem zdarzeń i oczywiście pięknymi butami od Diora. Z wiekiem intensywniej wsłuchałam się w narrację i odkryłam w Carrie Bradshaw świetny materiał na pisarkę. Kiedy ostatnio obejrzałam pierwszą pełnometrażówkę serialu, przypomniałam sobie mój pierwszy post, w którym pisałam, że Carrie to moja inspiracja. I zauważyłam, że w kwietniu minął rok mojej twórczości na BNS. To już rok, od kiedy postanowiłam przestać pisać o mazidłach, narażając się na stos komentarzy o treści „super post, wpadnij do mnie” albo „nie znam tego kremu”. Jeszcze z kropką nienawiści. Postawiłam na jakość, a nie ilość. Na warsztat pisarki, nie wieczne wymienianie wad i zalet.

Czy coś się zmieniło?

Carrie Bradshaw (albo Preston) nadal inspiruje mnie jako pisarka, kobieta i ciotka dobra rada. Często wracam zarówno do serialu, jak i filmów, i równie często sypię cytatami z nich. Przez rok udało mi się przełamać i zaczęłam obserwować świat, ludzi, sytuację. Jako osoba, która obsesyjnie nie znosi wścibstwa, podsłuchiwania i przyglądania obcym ludziom na ulicy, nauczyłam się nieinwazyjnie obserwować. I przenosić to na papier. Odwzorowywać rzeczywistość tak jak Carrie.

I chociaż na początku się wahałam, co z tego będzie i jak szybko wrócę do kosmetycznego pisania o niczym i czytania komentarzy o niczym, ostatecznie nie wróciłam. Co więcej, można nawet powiedzieć, że porzuciłam Self Made Heaven. Co prawda głównie dlatego, że od prawie roku zdradzam kosmetyki z widelcami i płynami do szyb, ale w zasadzie wyszło mi to na dobre. Tak myślę. Jestem bardziej zorganizowana. Regularne blogowanie ciągle mi nie idzie, ale jest lepiej niż było. Zdecydowanie.

Po roku chyba jestem też trochę innym człowiekiem. Jak każdy. Niesamowite, jak czas potrafi nas zmienić, nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim mentalnie. I jak zmieniły mnie nowe studia, z których w końcu jestem zadowolona.

Starsza o prawie 14 miesięcy nadal zamierzam pisać. I nadal marzę o przynajmniej liźnięciu nowojorskiego świata. A może kiedyś spotkam Sarah Jessicę Parker i podziękuję jej za Carrie Bradshaw.
Czytaj dalej

Co dobrego w czerwcu




Spora część populacji rozpoczyna teraz wakacje, ja po prostu kończę czerwiec, ale staram się zaplanować nadchodzące miesiące tak, żeby jak najlepiej odpocząć. Ten miesiąc zaczął się bardzo intensywnie, a kończy dość leniwie, przygotowując na nowe wyzwania. Pogoda, choć na początku nie rozpieszczała, teraz pozwala spokojnie wyjść z domu, bez ryzyka uduszenia się, przyklejenia do rozgrzanego asfaltu czy otrzymania w prezencie udaru mózgu, dlatego to idealna pora na świeżą porcję dobrych wibracji. Co więc dobrego w czerwcu?

1. Skończyłam sesję i to jeszcze zanim się zaczęła. Niewielkim wysiłkiem udało mi się zaliczyć wszystko przed terminem i teraz jestem prawie wolna. Prawie, bo nie może być za łatwo. Ale wszystko na dobrej drodze, egzaminom powiedziałam „adios, amigos”!

2. Mundialowe emocje, choć niestety szybko się kończą, nie tracę poczucia dumy, wiary i nadziei na kolejne mistrzostwa. W tym roku dałam się porwać magii kibicowania jak nigdy, schowałam fobię społeczną w buty i wybrałam się nawet na strefę kibica. W domu mamy już chyba wszystko – flagi, chusty z Warki, kubki z Błaszczykowskim, z Krychowiakiem, koszulki, kredki do malowania japy, opaski na rękę… Aż dziwne, że nie mamy jeszcze biało czerwonych kapsułek do prania. Ale przyznam, że to całkiem przyjemne, bo daje poczucie wspólnoty. Następne emocje już jesienią, na pewno tego nie przegapię.

3. Mój miniogród pnie się w górę – po tym, jak ususzyłam lawendę i kawałek bukszpanu, całą moją miłość przelałam na oregano, majeranek, mięte i bazylię. I ku mojej ogromnej radości, część z nich nadaje się już do dorzucania do potraw. Mam nadzieję, że zbuntowany majeran jednak się ogarnie i urośnie choć na kilka centymetrów w górę. A lawenda niech się wypcha.

4. Kawa jak marzenie – tyle czasu chodziłam dookoła kawiarek, żeby w końcu dać szansę kawie parzonej i nie topić wiecznie niewyspania w kubku rozpuszczalnej podrabianki. Z okazji końca sesji zrobiłam sobie prezent i teraz cieszę się smakiem prawdziwej mocnej kawy. I cieszę nim moich gości. Muszę się jeszcze tylko nauczyć odpowiednich proporcji, żeby unikać robienia sobie krzywdy lurą lub czarną śmiercią w płynie.

5.  Wincyj znajomych – chyba witamina D tak działa na moją fobię społeczną, że nie tylko spotykam się teraz więcej ze znajomymi, ale przede wszystkim robię to bez szczególnego namawiania. Siedzenie w domu jest oczywiście nadal moją największą pasją, ale najwidoczniej wystarczy trafić na odpowiednich ludzi. Wtedy nawet inicjowanie spotkań przychodzi niewiarygodnie łatwo, a wspólne kibicowanie zaczyna być hałaśliwie znośne. A kiedy Twój chłopak spędza pół etatu w pracy, a Twoim bezrobotnym motto jest „nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem” i z nadmiaru czasu trzy razy dziennie sprzątasz całe swoje 45 metrów, nawet fobia społeczna może poczuć się lekko zmęczona.

6. Odkrycia popkultury – w tym miesiącu urzekł mnie przede wszystkim film Contratiempo, hiszpański thriller z kategorii „kto zabił”. Genialny fabularnie, technicznie, odpowiednio trzymający w napięciu. Bardzo obiecująco zaczyna się też inspirowany chyba niechcący opowieścią o Franku Underwoodzie Designateg Survivor, ale szczerze mówiąc, nie wiem, kiedy go dokończę. Oglądanie seriali idzie mi jak krew z nosa. Odcinki trwające niemal tyle co filmy  powinny być prawnie zabronione. Dorosły człowiek nie ma aż tyle czasu. A jeśli ma, to znaczy, że something is zdecydowanie no yes.


Czytaj dalej

Dajmy innym szansę, czyli filmy i seriale spoza USA




Kinga: Gdyby zapytać randomową osobę na ulicy o 10 filmów, które przychodzą jej do głowy bez czasu na zastanowienie, okazałoby się, że przynajmniej siedem z nich urodziło Hollywood. Szeroko pojęte kino amerykańskie wylało się tak bardzo poza swoje ramy, że zwykły konsument nie łyka dziś praktycznie nic innego. Nawet jeśli zdarzy się jakiś film kręcony na Malcie czy w innej Wenezueli, w większości przypadków produkcja jest amerykańska, bohaterowie posługują się językiem angielskim, a USA pojawia się na drugim bądź trzecim miejscu w rubryce „kraj powstania”. W tej całej amerykanizacji szary Kowalski nie tylko pomija rodzimą twórczość, ale też nie docenia produkcji z innych krajów. Bo przecież nie tylko Amerykanie robią dobre filmy. Jest ich oczywiście cała masa i nikt nie będzie tu próbował zdetronizować Stanów z podium współczesnej kinematografii. Niemniej chcę Cię dzisiaj zaprosić w podróż do innych miejsc na naszej planecie, które mogą obfitować w dobre filmy. Osobiście lubię się czasem zbuntować przeciw amerykańskim standardom i dać się ponieść schematom charakterystycznym dla innego kina. I jestem szalenie ciekawa, jakie produkcje Ty dostrzegasz gdzieś pomiędzy tą czy inną naroślą Hollywood.

Redaktor Ego: Ze Stanami może kojarzyć się wiele rzeczy. Statua Wolności, Empire State Building, Route 66, plaże Miasta Aniołów czy świecąca kolorowymi neonami skryta w sercu pustyni stolica grzechu. Z tekstami napływającymi do nas w ilościach hurtowych z kraju Michela Jacksona i Eminema kojarzyć mogą się znane twarze i dość wysoka jakość (w końcu już dawno utarło się, że jeżeli coś przychodzi z Zachodu, jest lepsze). Nie ma się co dziwić, jeżeli weźmiemy pod uwagę ogromne kwoty, jakie kręcą się wokół kolejnych produkcji. Efekty specjalne również z roku na rok robią coraz większe wrażenie, a zerkając wstecz na tytuły sprzed nawet dwóch czy trzech lat, ciężko uwierzyć, że można było się zachwycać czymś tak niedoskonałym. Na szczęście to nie ilość zer przy kwocie produkcji decyduje o sukcesie filmu. Wszelkie metafizyczne i naturalne siły powinny natomiast chronić nas przed dniem, kiedy to komputerowe efekty będą najważniejszym wyznacznikiem jakości. Niestety takie czasy chyba się już zbliżają. Zanim jednak zacznę mam dla Ciebie mały teścik.

Kinga: Ok, dawaj.

Redaktor Ego: Knock, knock!

Kinga: Who’s there?

Redaktor Ego: Doctor.

Kinga: Doctor Who?

Redaktor Ego: Correct! Jesteś w stanie wyobrazić sobie oglądanie dorosłego faceta kręcącego plastikowymi przedmiotami przymocowanymi do tekturowej konstrukcji, uganiającego się za gumowymi potworami, ze świecącym długopisem jako jedyną bronią? Uwierz mi, że wygląda to równie komicznie jak brzmi. Moje pierwsze spotkanie z brytyjskim humorem było pełne obaw, czy aby na pewno nie zawędrowałem do niewłaściwej dzielnicy w internecie. Inwazje pierdzących kosmitów, odessany tłuszcz zamieniający się w sympatycznego bloba, śmiertelny wróg poruszający się wielkim odkurzaczu czy statek kosmiczny zawierający portal do XVIII wiecznej Francji. To tylko część niezwykłych i pokręconych fabularnych pomysłów, jakie można zobaczyć w jednym z najstarszych i najdłużej emitowanych seriali sci-fi w historii. Doctor Who jest kiczowaty, tandetny, a momentami przygłupi. To co na amerykańskim rynku mogłoby oznaczać porażkę, stanowi siłę „Doktora Who”. W charakterystycznym humorze i nietypowych pomysłach kryje się  niezwykły czar i urok. Wystarczy się przełamać i polubić niespotykany w Stanach brytyjski kanon piękna, a biegający pośród tego wszystkiego uśmiechnięty, komiczny i ekscentryczny kosmita o dziecięcej ciekawości i usposobieniu, może dostarczyć mnóstwa doskonałej zabawy i stać się naprawdę świetnym przyjacielem.



Kinga: Brytyjski humor to temat bardzo mi daleki, niemniej wrócę do niego jeszcze potem. Teraz, na samym początku, patrząc na moje zestawienie, muszę Cie trochę przygotować psychicznie na tę dziwną mieszankę, bo okazuje się, że najlepsze dla mnie jest kino niemieckie, polskie i koreańskie. Wiem, co sądzisz na temat każdej z tych filmowych kultur, dlatego usiądź wygodnie i znajdź sobie coś, co być może odwróci Twoją uwagę.

Ja tymczasem rozpocznę od produkcji niemieckiej, o której nie spodziewałam się, że może mi się w jakikolwiek sposób spodobać. Opowieści o hakerach internetowych wydają mi się równie nudne, co gala KSW. Ale podczas oglądania „Who I Am. Kein System ist sicher” na szczęście byłam pozytywnie zaskoczona. Główny bohater, Benjamin, to komputerowy geniusz, który marzy o wykorzystaniu swoich zdolności jako superbohater, ale zamiast tego zostaje zwerbowany do grupy hakerów. Ci z kolei marzą o wielkiej sławie, w związku z czym chętnie angażują się społecznie, jeśli wiesz, co mam na myśli. Twórcy tego filmu nawet jakoś specjalnie nie ukrywają swojej inspiracji grupą Annonymous, o której swego czasu było bardzo głośno. Film nazwałabym trochę thrillerem, trochę kryminałem, z wisienką w postaci solidnego mindfucka. Ilość plot twistów może trochę zmęczyć widza, ale bez nich przekaz nie byłby tak emocjonujący. Do tego film miał być hołdem dla „Fight Club”, wykorzystując podobne ujęcia i montaż (i drobny fightclubowy easter egg), aby nadać taki sam klimat. I chyba się to ekipie udało, jeśli przekonali do siebie kogoś, kto ani za jedną, ani drugą tematyką nie przepada.



Redaktor Ego: Niemieckie klimaty bardzo mi odpowiadają. Chociaż język mimo wielu lat nauki i usilnych prób zrozumienia go pozostał dla mnie niezgłębioną tajemnicą. Skojarzenia, jakie wywołuje nasz zachodni sąsiad, wynikają z całą pewnością w dużej mierze z utrwalanego przez amerykańskie produkcje stereotypu. Jeżeli na ekranach ma pojawić się Rosjanin, to jest on zimny, nieprzyjemny i ma powiązania z KBG, Niemcy są po prostu źli i smutni, bo tak już zapisali się w historii, Włosi mają skłonności do całowania sygnetu ojca chrzestnego, a Japończycy w swoich świetnie skrojonych garniturach zajmują się narkotykami. Dziwnym zbiegiem okoliczności sposób przedstawiania pewnych narodowości ściśle powiązany jest z podziałem na grupy w czasie II wojny światowej.
Wszelkie stereotypy i negatywne skojarzenia można przekuć w swój atut. Myślę, że takim właśnie przeświadczeniem kierowali się producenci Dark. Niemiecki serial na pierwszy rzut oka wydaje się enerdowską podróbką Stranger Things opakowaną w szary papier prezentowy. Swoim przejmującym klimatem i aparycją ciężkiego dreszczowca robi jednak oszałamiające wrażenie. Mroczna historia, niewyjaśnione sprawy, ciągnące się za bohaterami niewygodne tajemnice i duszna atmosfera niemieckiego wygwizdowa, w którym łatwiej o znalezienie niewypału niż automatu do gier, wciąga każdego cierpiącego na niedobór klimatycznych produkcji. Aktorzy, wcielając się w takich okolicznościach w swoje postaci, robią dokładnie to, czego po filmowych Niemcach można by się spodziewać — są smutni, przybici, nieprzyjemni i szorstcy — widzom zaś trudno zapałać do nich sympatią. Jeżeli ktoś woli cukierkową atmosferę, powinien natychmiast wrócić do Hawkins. Dark jest bowiem świętym wyborem dla wszystkich pragnących o wiele bardziej przytłaczającej okolicy.



Kinga: Oba te seriale wydaje się łączyć pewien schemat – małe miasteczko, tajemnicze zaginięcia i skomplikowane relacje między bohaterami. I choć Stranger Things jest, jak sam zauważyłeś, mniej mroczne, nie można im odmówić odrobiny podobieństwa.

Chociaż schematyczność to domena wielu gatunków filmowych, to horrory i filmy grozy w tej kwestii od lat wyprzedzają całą resztę. Wyobraź sobie piętrowy dom na odludziu, z dala od jakiejkolwiek formy pomocy. Dom, w którym zaczynają się dziać rzeczy trudne do logicznego wytłumaczenia, a główne role należą do dzieci. Brzmi znajomo? Powinno, bo jest przynajmniej kilka pasujących do tego opisu filmów. Ale akurat „Ich seh, ich seh” jest odrobinę mniej typowy, zwłaszcza jeśli chodzi o zakończenie.

Kiedy matka dwóch bliźniaków wraca do domu po serii operacji plastycznych, cała zabandażowana, bracia zaczynają podejrzewać, że to nie ta sama osoba, która zostawiła ich samych kilka tygodni wcześniej. Zaczynają więc prowadzić własne śledztwo (na własnych zasadach), z którego wynikają z jednej strony przewidywalne, z drugiej zaskakujące wnioski. Próżno szukać tu duchów czy upiorów z szafy, ale napięcie i mindfuckowe zakończenie gwarantują poczucie niepokoju do ostatniej minuty, a i na napisach końcowych można poczuć, że dreszczyk emocji jeszcze nas nie opuścił. To kolejny z tych filmów, w którym przez godzinę po prostu obserwujesz i nijak nie wiesz, kto ma rację. Ten austriacki twór polecam każdemu, a w przypadku awersji do języka niemieckiego i wszystkich jego odmian – z pomocą przychodzi lektor, który skutecznie go zagłusza.



Redaktor Ego: Muszę przyznać, że zdania wypowiedziane w twardym i szorstkim języku niemieckim, niezależnie od treści, brzmią zupełnie jak rozkaz (i wcale nie jest to rozkaz głaskania szczeniaczków). Zagłuszanie go lektorem obdarzonym nawet najsprawniejszym i najgłębszym głosem, odbiera horrorom i dreszczowcom wiele z ich klimatu. Dlatego przełamuj przyzwyczajenia i viel Spaß.

Teraz proponuję przenieść się geograficznie jeszcze trochę bliżej, czyli już na nasze własne podwórko. Jeżeli chodzi o polskie produkcje, to w ogromnej mierze pałam do nich miłością równie gorącą co wybrzeża Grenlandii w środku zimy. W pochodzie mojej niechęci do rodzimych filmów na czele zauważyć można silną reprezentację współczesnych tytułów. Pojedyncze szanse dane od czasu do czasu rodakom zaś utwierdzają mnie, że o wiele przyjemniej będzie mi w mojej chaotycznie urządzonej strefie komfortu. Oczywiście nie można zapomnieć, że przecież dawniej było lepiej... i tutaj moje zdanie na tle rówieśników też się wyróżnia. Gdy dla większości moich kolegów klasyką polskiego kina są wszelkiego rodzaju Killery, Psy, niepłaczące chłopaki i inne Dni świra (czytaj: im więcej Linda lub Pazura klnie, tym lepiej, a im więcej bezsensownych tekstów może zapamiętać i potem powtarzać przy każdej okazji to jeszcze lepiej), ja, jak mawia mój tata, chyba w tym czasie urwałem się z innej choinki.

Jeżeli w tym momencie spodziewałaś się po mnie aktu niezwykłej młodzieńczej dojrzałości, muszę Cię niestety rozczarować. W dzieciństwie film ten oglądałem z wypiekami na twarzy i ze sporą dawką adrenaliny, nie ze względu na fabułę, postaci czy świetne dialogi (no może dialogi w tym czasie też doceniałem). Najważniejsza dla nieletniego i dopiero dojrzewającego mnie, była możliwość całkiem legalnego (i z niejakim przyzwoleniem rodziców) zobaczenia... „Gołej baby w windzie”. Dopiero po latach zdałem sobie sprawę, że na niesamowitość „Seksmisji” składa się świetny duet Stuhr i Łukaszewicz, niezwykle trafny humor i błyskotliwa historia. Czy w dobie feminizmu i poprawności politycznej film komediowy o społeczności rządzonej i składającej się jedyni z kobiet miałby w ogóle szanse bytu? Nad tym nie muszę się zastanawiać, bo do produkcji Machulskiego mogę wracać w każdej chwili i nadal świetnie się bawić. W końcu to jeden z najlepszych filmów postapokaliptycznych... a z tego zdałem sobie sprawę, gdy doszedłem do wniosku, że marzenia o windzie, w jakiej przebywali Maks i Albert nie są już akceptowalne społecznie.



Kinga: Przyznam, że jestem zaskoczona, że w Twoim zestawieniu znalazł się jakikolwiek twór z naszej własnej piaskownicy. Doskonale wiem, że dzisiaj ludzie czują absurdalny wstręt do polskiej twórczości tylko dlatego, że jest polska. Jeśli się spojrzy na filmy, które stoją na kasowym podium (czyli wszelkie Pitbulle na przykład), można mieć wrażenie, że gdzieś się twórcy pogubili, ale nie możemy zapomnieć, że poza oczywiście starym polskim kinem, istnieje także pewna nisza filmów dobrych obecnie. Wspomnienie „Seksmisji” przywołuje szeroki uśmiech na mojej twarzy, choć mnie jako dziecko bardziej niż baba w windzie cieszyło przyzwolenie rodziców na słuchanie, jakie hasło do windy ustawiła Jej Ekscelencja. Konsekwentnie będę bronić teorii, że rodzima twórczość może być warta uwagi, dlatego teraz chcę wyróżnić naprawdę dobry film, który warto obejrzeć pomimo ewentualnej odrazy. Serio, puśćcie sobie to z angielskim dubbingiem, jeśli chcecie, ale warto.
O tym, że lubię filmy oparte na prawdziwych wydarzeniach lub opowiadające o znanych osobistościach, wszyscy od dawna wiedzą. „Jestem mordercą” to historia „wampira z Zagłębia”, który w latach 70 narobił na Śląsku całkiem sporego hałasu, zabijając kilkanaście kobiet, a kilka usiłując. Sprawa była głośna i znana, a sam proces trwał ponad dwa lata, w ciągu których przewinęło się naprawdę sporo podejrzanych. Film opowiada głównie o milicjancie Januszu Jasińskim, który sprawą wampira ma się zająć, ale jak dla mnie na pierwszy plan wychodzi rola oskarżonego, w którego wciela się genialny Arkadiusz Jakubik. Dzięki niemu znów do samego końca możemy się zastanawiać, czy to faktycznie on (bo przecież do dziś nie wiadomo, kto tak naprawdę był winny). Do tego film wykłada na tacę wszystkie wady ówczesnej władzy, która gotowa była posłać na stryczek kogokolwiek, byleby postawić siebie w bohaterskim świetle nieustraszonej milicji obywatelskiej, co oczywiście fabularnie jest na plus. Nie mogę też pominąć niesamowitego klimatu lat 70, mahoniowych meblościanek w pokojach, fiata 126p, długich beżowych prochowców i monstery rosnącej gdzieś pod ścianą.



Redaktor Ego: Po krótkiej wizycie w naszym kraju czas wyruszyć dalej. Gdy za oknem z nieba leje się potworny żar, powietrze ani myśli się ruszać, a jakikolwiek deszcz zdąży wyparować, zanim jeszcze na dobre wyląduje na ziemi, jedynym marzeniem jest wybrać się do miejsca pokrytego ogromną warstwą śniegu. Oczami wyobraźni udaję się wtedy do skandynawskich krajów, gdzie lasy i zbocza gór otulone są nieskalanie czystym białym puchem. Po mojej wyprawie niemal 900 km w głąb Norwegii okazało się, że wbrew wszelkim pozorom ludzie wiedzą, czym jest tam upalne lato, a farmy pełne malin i truskawek to coś zupełnie normalnego. Trudno jednak wyobrazić sobie historię osadzoną w kraju wikingów pozbawioną śnieżnych krajobrazów. Dlatego zakrzyknijmy — hej przygodo, dajmy się ponieść stereotypom.

Grupa studentów wyjeżdżająca do domku w górach to w świecie kina nic nadzwyczajnego. Co wydarzy się później łatwo przewidzieć. Pewne jest, że skład liczbowy uczestników wyprawy ulegnie poważnemu uszczupleniu, a jedyne, o co warto się w takim momencie zakładać ze znajomymi to kolejność i spektakularność kolejnych zgonów. Z niewiadomych powodów po norweskim „Dead Snow” spodziewałem się jakiegoś głębokiego i przejmującego klimatu oraz niewłaściwych na pewnym poziomie obrazków. Chociaż już sam motyw przewodni filmu sugerował pewien dystans twórców, to muszę przyznać, że po Norwegach nie spodziewałem się takiego poczucia humoru. Film zaczyna się niczym rasowy horror w stylu amerykańskim. Bohaterowie giną jeden po drugim, a za wszystkim stoi oddział... nazistowskich zombie. Zakopani w śniegu nieumarli to z całą pewnością ci, który nie udało się załatwić ciepłej posadki w księżycowej bazie z „Iron Sky”. Odziani w mundury SS wcale nie powodują salw śmiechu (szczególnie Ørjan Gamst jako Herzog wygląda mało sympatycznie i naprawdę poważnie). Wszystko się zmienia, gdy bohaterowie postanawiają stanąć do walki na śmierć i… chyba życie . W tym momencie film, niczym śnieżna kula zrzucona ze zbocza, zaczyna pędzić po równi pochyłej, zamieniając się z horroru w czarną komedię pełną absurdalnego humoru. Chciałabyś zobaczyć, jak wygląda student, który wykonał skon na bungee za pomocą własnych jelit? Amerykanom coś takiego wyjść po prostu nie mogło, jedynie fakt, że stali za tym Norwegowie sprawił, że „Zombie SS” można potraktować jak kawał naprawdę przaśnego, sympatycznego i zabawnego i nie do końca głupiego kina.



Kinga: Film, który nazywa się „Zombie SS” brzmi już z założenia jak dobry żart z nazizmu. Naprawdę podziwiam Norwegów, że coś takiego udało im się wymyśleć. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że zrobiliśmy wspólnie z tego zestawienia jakiś proniemiecki kinowy manifest. Żeby Cię za bardzo nie zgermanizować, teraz zabiorę Cię (możesz zacząć udawać zaskoczenie) do Korei Południowej, w której zostawiłam kawał swojego serca. Chociaż trzeba przyznać – do ich kultury i specyfiki robienia filmów trzeba się przyzwyczaić. Albo nie oglądać.

Korea specjalizuje się w  dwóch gatunkach – w komediach romantycznych i kinie akcji. Ten drugi, we współpracy z komedią, jest równie popularny i intratny co mydelniczki o nieskończonej miłości. I właśnie takie połączenie wydało na świat „Kwik” (czytane jak angielskie „quick”). Grupa przyjaciół tworzy coś w rodzaju motocyklowego gangu, ale już w momencie rozpoczęcia filmu grupa się rozpada i każdy idzie swoją drogą. Jeden z bohaterów pracuje teraz jako swego rodzaju kurier, jego koleżanka zaś została idolem nastolatek. Ich drogi się krzyżują, kiedy ktoś postanawia wykorzystać dziewczynę jako żywą tykającą bombę, a chłopaka jako dostawcę czarnych interesów. Nie może sprzeciwić się zleceniodawcom, bo wtedy dziewczyna po prostu wybuchnie. I to bynajmniej nie ze złości. Film jest pełen akcji, ale przeplatany solidną dawką płytkiego koreańskiego humoru (który jest jak wspomniany wcześniej przez Ciebie brytyjski – albo go rozumiesz, albo nigdy Cie nie rozbawi). Żarty o ślizganiu się na skórce od banana i wywracaniu na siebie tacki z jedzeniem z jakiegoś powodu bawią Koreańczyków do łez, a produkowane przez nich komedie z jakiegoś powodu bawią mnie. A i jeśli chodzi o obsadę – jest na co popatrzeć. Koreańczycy rocznie wypuszczają masę filmów z gatunku kina akcji i każdy z nich jest tak samo dobry, „Kwik” dodatkowo jest bardzo dopracowany technicznie, może pochwalić się wyrazistymi (może aż nadto) kolorami, a z samej fabuły twórcy nie zrobili typowego amerykańskiego blockbustera  z Liamem Neesonem, ale spryskali ją odrobiną azjatyckiej nonszalancji.



Redaktor Ego: Ja z całą pewnością nie udam się w aż tak odległą i egzotyczną podróż, chociaż chodziło mi to po głowie. Długo zastanawiałem się jaki tytuł wybrać na koniec. Ostatecznie padło na film, którego nawet nie lubię, a samo oglądanie nie sprawiło mi najmniejszej nawet przyjemności. Jednak w ramach pracy nad własnym warsztatem postanowiłem znaleźć w nim jak najwięcej dobrego, a może znajdzie się ktoś bardziej przychylny i z większą ochotą na tak podane… Mięso.
Wszystko zaczęło się od niezwykle obiecującej kampanii reklamowej. Do biletów w trakcie premiery dołączano foliowe torebki, zapowiadając, że filmowy debiut Julii Ducournau będzie najbardziej obrzydliwym filmem w historii. W tym momencie po raz kolejny wychodzi na jaw, jak bardzo francuskie kanony i gusta są odmienne i nietypowe. „Mięso” do naprawdę obrzydliwych i krwawych amerykańskich filmów nawet się nie umywa. Widać nad Sekwaną nigdy nie słyszeli o „Evil Dead”.
Główną bohaterką jest młoda wegetarianka rozpoczynająca studia. Nowy etap życia stawia przed nią wiele wyzwań i zagrożeń. Justine powoli zaczyna odkrywać samą siebie, swoje ciało, seksualność i własne miejsce w świecie. Męczarnie dziewczyny rozpoczynają się w momencie, będącym prawdziwym koszmarem dla każdej miłośniczki zwierzątek. Jest ona zmuszona do spróbowania surowego mięsa. Złamanie wpajanego od dzieciństwa systemu wartości niesie za sobą okropne konsekwencje. Justine polubiła pełnokrwiste przysmaki na tyle, że rozpoczęły się w niej budzić kanibalistyczne skłonności. Główna bohaterka na zmianę dojrzewa i podgryza znajomych, niewiele robiąc sobie z nowej nietypowej sytuacji. „Mięso”  wypełnione jest masą świetnych zdjęć i ujęć, są one jednak częścią składową mnóstwa scen absolutnie nic niewnoszących i pozbawionych sensu. Pozostawiają one sympatykom dopisywania znaczeń ogromne pole do popisu, przeciętnemu widzowi muszę wystarczyć pytania w stylu „co to w ogóle miało znaczyć”.

Oczywiście to nie tak, że nic mnie we francuskiej produkcji nie przestraszyło. Największym horrorem w oglądaniu „Mięsa” nie były ani krwawe sceny, ani obrzydliwe ujęcia, a to, w jaki sposób reżyserka przedstawiła francuską młodzież. Zepsuta, zdziczała, wulgarna do granic możliwości i wyzwolona. Może to Ducournau poniosło, a może po prostu to najwyższa pora, abym zapisał się do Klubu „Kiedyś To Było Lepiej”, bo młodych ludzi już chyba nie jestem w stanie zrozumieć.



Kinga: Francja nigdy niczym mnie do siebie nie przekonała i pewnie nigdy tego nie zrobi. Ich język brzmi jakby wręcz wypluwali słowa, co skutecznie blokuje mnie przed oglądaniem ich twórczości. Pozwól, że płynnie zmienię temat, pozostając jednak w bardziej mrocznych klimatach. Brakuje w tym zestawieniu jeszcze gorącej Hiszpanii, która mi niestety kojarzy się (jeśli chodzi o kino) głównie z „[Rec]”, który nie jest aż tak dobry, żeby doceniać go publicznie. Dlatego zrobiłam pełen research i trafiłam na „Contratiempo”. Jest to bardzo innowacyjne spojrzenie na gatunek, jakim jest thriller, choć ja bym dodała tu jeszcze szczyptę kryminału.

Seria bardzo niefortunnych dla głównego bohatera zbiegów okoliczności prowadzi go na bardzo długą wyprawę przez wszystkie kodeksy prawne. Zostaje oskarżony o morderstwo, do którego się nie przyznaje, ale nie może udowodnić swojej niewinności, bo wtedy na światło dzienne wyszedłby inny jego niekoniecznie zgodny z prawem czyn. Schemat jest tu podobny jak w „Lofcie”, o którym pisałam niedawno – film rozpoczyna się od śmierci, aby przez cały czas trwania prowadzić widza do rozwiązania zagadki. Czy to spisek wrogów głównego bohatera, błąd w Matrixie czy choroba psychiczna – nie wiemy do samego końca. Adrian zatrudnia prawniczkę o bardzo dobrej renomie, aby pomogła mu wyjść z tego impasu, nie tracąc zawodowych osiągnięć businessmana. Kobieta natomiast wprowadza do filmu tyle plot twistów, że w pewnym momencie widz gubi się w zeznaniach razem z bohaterem i sam może zacząć się zastanawiać nad swoją psychiczną kondycją. W filmie zastosowano swego rodzaju dwuwątkowość – jednocześnie słyszymy zeznania Adriana, spekulacje pani adwokat i widzimy przebieg tych samych zdarzeń widzianych oczami strony A, strony B, świadka C i bohatera D. Zakończenie jest wyjątkowo zaskakujące, bo spośród wielu, które rozważałam, to nigdy nie przyszłoby mi do głowy. Film polecam obejrzeć każdemu, kto lubi nie wiedzieć o co chodzi do końca albo i nawet po napisach końcowych, tylko błagam – nie zastanawiajcie się nad niczym zbyt długo. Wszystko może okazać się zarówno prawdą, jak i mistyfikacją.



Redaktor Ego: Z łatwością można zaobserwować, że kultura ulega ciągłej standaryzacji. Jeżeli uda się stworzyć produkt zdatny do polubienia przez wszystkich odniesie on o wiele większy sukces. W świadomości odbiorców już dawno wykształciło się przeświadczenie, że wszystkie produkcje przybywające do nas zza oceanu są lepsze. Przywykliśmy do pewnego poziomu reprezentowanego przez teksty ze Stanów, ich kanonów piękną i stylu opowiadania historii. Jakakolwiek odmienność czy to regionalna, czy subkulturowa, jeżeli zaczyna prezentować się wystarczająco ciekawie, zostaje pożarta przez amerykańskiego „potwora”. Kolorowa i różnorodna Afryka staje się Czarną Panterą, a wyraz buntu w formie hip-hopu czy punku zamienia się w dochodowy muzyczny interes. Imperium Myszki Miki i amerykański sen rosną w siłę, a nam coraz łatwiej znaleźć smaczki odpowiadające naszym gustom. Wszystko rysowane zostaje jednak podobnymi barwami. Gdy przyjdzie nam trafić na produkcje zupełnie w innym klimacie, nowe wrażenia wyłamują się ze znanego nam schematu i niejednokrotnie wywołują odczucia zbliżone do dyskomfortu.

Niestety zdałem sobie sprawę, że niewiele znam takich tytułów (obiecuję solennie poprawę), lecz wszystkie, na które udało mi się trafić, zapadły mi naprawdę mocno w pamięć.

Czytaj dalej

Gruz i paprotki




Człowiek, jak już zaczyna być chory, to na wszystko. A to z tej strony coś nie tak, a to z tamtej. Albo jeszcze innej. Jedno wywołuje drugie. Turla się więc taki od gabinetu do gabinetu, a wyniki badań zaczyna recytować z pamięci, obudzony o 3 nad ranem. Jestem jednym z takich tułaczy.

Wchodząc do gabinetu, od razu w progu drobna blondynka w białym kitlu rzuca mi pytanie „co pani dolega”.

Też bym, pani doktor, chciała wiedzieć.

Po wypluciu na blat stołu wszystkich dolegliwości, biorę głęboki wdech i czekam na wyrok. Miła pani doktor patrzy na mnie, potem klepie coś na klawiaturze i najwidoczniej umyka jej uwadze to, że zegarek spada mi z nadgarstka, bo pyta, czy stosowałam kiedyś jakąś dietę.

Tak, dwa razy w tygodniu jestem na pizzo-cziperkowej, raz na jakiś czas na jem-co-mi-do-ryja-wpadnie, a ponadto od wielu lat stosuję naprzemiennie dietę imienia pszennych bułeczek i doktora Kortyzolu.

– Czy ma pani jakieś nietolerancje pokarmowe?
  Czy ma pani kłopoty ze wstawaniem rano?

Pani doktor, mam kłopoty ze wstaniem o każdej porze dnia, a na kawę najchętniej wzięłabym kredyt hipoteczny i dymała dwa razy dziennie do Starbucksa, żeby nie cierpieć po mleku. A i od ciast na żytniej mące i zapiekanek z żytnim makaronem trzymam się z dala.

Wobec tego pani doktor wpycha mi do gardła kartkę z wypisaną moją najbliższą przyszłością. Głodówka i bankructwo ukryte są pod roboczym hasłem „inni pacjenci bardzo sobie to chwalą”. Chwilę analizuję produkty dozwolone i zabronione i szybko dochodzę do wniosku, że jedyne, co mogę jeść bez obaw o złe samopoczucie to gruz i paprotki.

I co najgorsze – jakiś czas temu pisałam o tym, że nie wyobrażam sobie życia bez pszennych bułeczek. No to teraz będę musiała. Bez makaronu też. A tego to już nie zniesie mój K. Jeśli kiedyś się rozwiedziemy, jako powód wpiszemy w podaniu w miejscu powodu rozstania „niewystarczająca ilość glutenu w związku”.

Nie polemizuję, bo to już któryś lekarz w moim życiu, który radzi mi coś ograniczyć lub wyeliminować. Więc to nie może być tak do końca medyczna fanaberia i chęć skrzywdzenia mnie z okazji wakacji. I chyba naprawdę pora pożegnać się z serniczkami i Ikełki.

Mleko migdałowe, mąka z siemienia lnianego, olej tłoczony na zimno z wieloryba i suszone wnętrzności małego dziecka. Już mnie boli portfel.

Zerkam jeszcze na szybko na rubrykę z białkiem. Mogę pomachać na do widzenia ciecierzycy i fasoli, które z uporem maniaka ubierałam w koszulkę kotletów. Innym warzywom strączkowym też. Mogę za to jeść mięso, ryby (co na jedno wychodzi, pamiętajmy o tym), jajka i tofu. Z tego całego zestawu jem tylko jedną rzecz, więc pozostaje mi dieta jajczana i śmierć z okazji Dnia Miażdżycy. Albo będę musiała schować sobie ideologię w buty. A na to nie pozwoli mi moja buta.

Gruz i paprotki.

I jeszcze tabletki – te brać pół godziny przed śniadaniem, te 10 minut przed śniadaniem, te po pierwszym ugryzieniu, te popijać wodą, tamte herbatą, a te niebieskie spirytusem. Te brać w poniedziałki, te we wtorki, te niebieskie co drugi czwartek, a te małe białe pod język w każdy piątek wieczorem. Chyba sobie kupię pudełeczko, takie z wydzielonymi dniami tygodnia.

Czekają mnie mistrzostwa świata z pizzą na mleku migdałowym, posypaną żółtym serem i kukurydzą. I kredyt hipoteczny na mleko migdałowe. I ziemniaki. Ziemniak nie pyta, ziemniak rozumie. Zabrano mi cebulę, ale ziemniaczanej polskości nikt mi nie odbierze! I może nauczę się jakichś nowych smaków. Na przykład zamiast śmietany będę do zupy dodawać majonezu.

Albo mleko migdałowe.

Dobrze, że to tylko kilka tygodni. Potem wsadzę sobie do japy WSZYSTKO. Kosztem każdego bólu.

Czytaj dalej

Największe faile młodości




Mając mniej więcej od 11 do 16 lat, wszystkim wydaje się, że są na równi z dorosłymi, tak też chcą być postrzegani, tak się kreują. Ja oczywiście też. W wieku nastoletnim czułam się taka dorosła i dojrzała emocjonalnie, że aż sobie zazdroszczę teraz, mając 23 lata i czując się jak nieprzygotowany do samodzielnego życia gówniarz. Jakiś czas temu atak nostalgii zaprowadził mnie do zapomnianych folderów ze zdjęciami i filmami. Na jednym z nich zobaczyłam kilkunastoletnią siebie i kilkunastoletnią przyjaciółkę, kiedy to bez względu na konsekwencje, bezmyślnie biegałyśmy po pozornie zamarzniętej rzece. Wysłałam jej screena z tego filmu i tak zaczęłyśmy rozmawiać o głupotach z dawnych lat. To natchnęło mnie do wspominek i strumień mojej świadomości zaprowadził mnie do naprawdę idiotycznych moich wybryków, które miały rzekomo świadczyć o dorosłości. I nie mówię tu o niczym nielegalnym – to byłby kiepski pomysł na wpis i generalnie nie byłoby się czym chwalić, jeśli chodzi o mnie. Poza tym wydaje mi się, że są gorsze rzeczy. Naprawdę.

Będąc dzieckiem, z fascynacją wpatrywałam się w dorosłych, siedzących przy kawie i rozmawiających – teraz już wiem, że o niczym. Dlatego żądałam od mamy kawy zbożowej, siadałam na kuchennym stołku, oczywiście noga na nogę i próbowałam rozmawiać z dorosłymi na dorosłe tematy. Z tym że, kiedy oni rozmawiali o rozwiedzionych znajomych, ja z pasją opowiadałam, jak uciekałam z koleżanką przed osą.

Jasne jest, że dzieci średnio radzą sobie z liczeniem. Któregoś słonecznego dnia mama wysłała mnie do sklepu po folię, spożywczą albo aluminiową – nie pamiętam już. W każdym razie dała mi trzy złote i powiedziała, że to wystarczy. W dzisiejszym świecie jakakolwiek folia za trzy złote wydaje się dobrym żartem o inflacji, wtedy ich cena nie przekraczała raczej dwójki. Ze sklepu wróciłam jednak z pustymi rękami i okrutnie zła na moją mamę, bo na półce nie znalazłam ani jednej folii, która na metce miałaby napisane „3.00zł”. Było „1.75”, było „2.30”. Ale ja dostałam trzy złote, absolutnie nieświadoma, że można w ten sposób zapłacić za coś, co kosztuje mniej.

Swego czasu popularne były czasopisma takie jak Fun Club, Popcorn czy Trzynastka. Oczywiście znosiłam to wszystko do domu, czytając kolejne artykuły z wywieszonym jęzorem. Wywiady z członkami boysbandów to jedno, ale czy pamiętacie te absurdalne porady urodowe? Przed jakimiś wakacjami naczytałam się, jak pozować do zdjęć, żeby zawsze wyglądać dobrze (do dzisiaj pamiętam zdjęcie Shakiry jako tło tego artykułu). Jedna z porad dotyczyła ułożenia głowy – lekko przekrzywiona w tył i w bok, aby twarz wydała się szczuplejsza, dobrze jest też nie patrzeć w kamerę. Inny punkt radził, aby lekko cofnąć łopatki, a głowę wysunąć do przodu. Jako że jestem królem przesady, nie trudno sobie wyobrazić, że na absolutnie żadnym zdjęciu z wakacji nie wyglądam normalnie. Wręcz przeciwnie – jakbym nagle dostała skomplikowanego paraliżu kręgów szyjnych. I żeby nie było, że przesadzam:



Dorosłym zdarza się ubierać elegancko albo chodzić do klubów w stylizacjach, które w większości przypadków nie powinny wychodzić poza sypialnię. Mając kilkanaście lat zamiennikiem klubów były dla nas szkolne dyskoteki, na które przychodziły dwa typu ludzi – ci ubrani zgodnie ze swoim wiekiem i ja. Tak więc w podstawówce zdarzyło mi się przyjść w czerwonej spódniczce, która zaczynała się na biodrach, a kończyła gdzieś w połowie miednicy, innym razem wzięłam koszulkę bez żadnych szelek, przez co naturalnie nie miała się na czym trzymać i całą imprezę spędziłam z rękami przy klatce piersiowej. Gimnazjum zaś to stan umysłu, dlatego też na jedną z dyskotek w roli sukienki założyłam fioletową bluzkę z cekinami, do tego żarówiastoróżowe rajstopy i sandałki na szpilce z odkrytą piętą i palcami. Dzisiaj jak o tym myślę, ani trochę mnie nie dziwi, że powodzenie wśród chłopaków miałam zerowe.

Pozostając w imprezowym klimacie – kobiety mają swoje sposoby, aby niechciane szelki czy zapięcia od stanika magicznie zniknęły, co umożliwia założenie maksymalnie odkrytych bluzek. Dzisiaj wiem, że w większości przypadków to kwestia staników naklejanych albo w ostateczności przezroczystych ramiączek. Wtedy była to dla mnie czarna magia, a jedyne rozwiązanie, jakie przyszło mi do głowy, aby na klasowe andrzejki schować stanik, żeby nie wystawał z dziwnie wyciętej sukienki, to zdjęcie go i… zaklejenie sutków taśmą klejącą.

Na młodzieńczy trądzik nie ma rady. No, chyba że jest Photoshop. Ogarnięty grafik potrafi naprawić każdą celebrycką twarz tak, żeby wyglądała relatywnie naturalnie. Ja niestety w tamtych czasach byłam tym typem grafika komputerowego, który płakał jak przerabiał, a jedynym narzędziem do usuwania niechcianych niedoskonałości było wtedy dla mnie rozmycie Gaussa. Tak więc blurowałam sobie twarz razem z konturem i krawędziami nosa. Efekt gładkiej twarzy był godny podziwu. Szkoda tylko, że poza tym wyglądało to, jakby ktoś oblał mnie mlekiem. Do tego nie można zapomnieć o kolorowaniu oczu na fioletowo, to już w ogóle graficiarski kunszt…

Młodość rządzi się swoimi dziwnymi prawami i jedyne, co możemy zrobić w takiej sytuacji, to ją przeboleć, a później po prostu się z niej śmiać. I śmiać z tych, którzy teraz są młodzi – może akurat pojmą swoje błędy. Z drugiej strony, żyjemy w tak zdominowanym technologicznie świecie, że większość z tych rzeczy nigdy nie przyjdzie młodym do głowy. Kilkulatki za chwile zaczną rozwiedzionym rodzicom zakładać konta na Tinderze, dlaczego więc miałyby nie umieć posługiwać się gotówką czy zakładać bluzkę i rajstopy na szkolne dyskoteki?

Czytaj dalej

Mamo, czy mogę spać przy zapalonym świetle, czyli niepokojące filmy, które zapadły nam w pamięć.




Kinga: Czas wolny, który spędzamy na oglądaniu filmów czy czytaniu książek, albo dostarcza nam rozrywki, relaksu, albo zmusza do takiej czy innej refleksji. Każdy w popkulturze szuka czegoś innego i każdy inaczej na jej elementy reaguje. Jedni uwielbiają dramaty, inni biografie (co często na jedno wychodzi), jeszcze inni horrory i komedie (co niestety zazwyczaj też). Ale ile razy było tak, że komedia wzruszyła nas do łez wcale nie ze śmiechu, melodramat okazał się jeżyć wszystkie włosy na ciele, a horror niebezpiecznie zmienił się w historię o trudach dorastania. Bardzo często dzieje się tak, że film czy książka nie musi być zaklasyfikowana jako horror czy dreszczowiec, żeby wzbudzić w nas niepokój i spowodował, że noc jest jakaś straszniejsza, a gałęzie za oknem przybierają demoniczne kształty. I dzisiaj chciałabym poznać te elementy popkultury, które w ten czy inny sposób zbudowały wokół siebie napięcie, które być może nie pozwoliło Ci spokojnie zasnąć.

Redaktor Ego: Zdecydowanie najczęściej sięgamy po książkę czy film, aby się zrelaksować, odprężyć lub odsunąć od siebie na trochę wszystkie codzienne problemy. Rzadko kiedy pierwszym wyborem są tytuły, które klimatem wyrywają nas ze strefy komfortu. Przyjemności szukać zaś można w różnych źródłach.

Ja na przykład lubię od czasu do czasu obejrzeć wieczorem horror...albo trzy. Wydawać by się mogło, że powinny wywoływać u mnie przede wszystkim strach, obawę czy napięcie. Raz szaleniec przemknie w tle z siekierą w ręku, czasem ktoś stanie na głowie wykonując mostek, a innym razem sympatyczna dziewczynka, z nadwyraz elastycznym stawem żuchwowym, przebiegnie po suficie, śmiejąc się złowieszczo. Może ze mną jest coś nie tak, ale niemal w każdym przypadku dzięki nowym horror mogę się naprawdę szczerze pośmiać. Naprawdę zdrowo, tak od serca, podziwiając kolejne absurdy i komiczne sytuacje (a może to moje zdrowie psychiczne szwankuje, skoro bawi mnie biegający z piłą mechaniczną maniak).

Czasem natrafić możemy na filmy, które wywołują nieprzyjemny podskórny niepokój. Paraliżują, odpychają, napawają wstrętem. Nie robią tego nawet za sprawą krwawe sceny, ale klimatu, pewnym zdarzeń, okoliczności wywołujących niestrawność, dyskomfort i ciarki. My zaś mamy ochotę gdzieś się schować i cieszyć się poczuciem bezpieczeństwa we własnym domu. Nieznanym sposobem przebijają się one przez naszą świadomość, że to tylko fikcja i skutecznie uderzają w ukryte w lęki. Skoro dziś będziemy pisali o właśnie takich filmach, postanowiłem odbyć przygnębiającą, nieprzyjemną i wołającą o konsultację psychiatryczną podróż do czasów młodości. Kiedy to kilka wyjątkowo nieprzyjemnych motywów bardzo dotkliwie poturbowało moje młodzieńcze poczucie bezpieczeństwa.

Kinga: Filmy grozy można śmiało podzielić ze względu na występujące w nich złowrogie siły. Widzieliśmy już duchy bez fizycznej postaci, trupioblade upiory z szafy, nawiedzone dzieci, opętane dziewice, dotknięte klątwą elementy garderoby (jest taki film, o przeklętych butach, widziałam go, jest koszmarny), a także zwykłych szarych psychopatów. Choć filmy o bytach niematerialnych czy tych, które dawno powinny być martwe, a z jakiegoś powodu spacerują nocami po domu, nie przerażają mnie aż tak, jak te o zwykłych ludziach, którzy nagle postanowili biegać po ulicy z piłą mechaniczną lub uwzięli się na grupę ludzi tak bez powodu. Boję się ich bardziej, bo są najbardziej prawdopodobni. Jednak jest pewien film, który uświadomił mi, że jest jedna rzecz, która skutecznie uniemożliwiła mi zaśnięcie w nocy. Jest to pewien motyw, którego teraz nie zdradzę, bo byłby to solidny spoiler.

„Harry Angel” to przede wszystkim jeden z tych zawiłych filmów, w którym do samego końca możesz się jedynie domyślać, o co chodzi. Oprócz tego jest to film grozy. Napięcie buduje się tu od samego początku i pod koniec jest już tak wysokie, że niemal gotowe runąć na ziemię wraz z moim poczuciem bezpieczeństwa. 

Bardzo trudno zarysować mi fabułę bez spoilerowania, bo to jeden z tych filmów, które klarują się wraz z zakończeniem. Tytułowy Harry pracuje jako prywatny detektyw, który przyjmuje zlecenie odnalezienia muzyka, Johnny’ego Favorite. Tu historia się zaczyna i od tej chwili muszę milczeć.
Absolutnie wszystko w tym filmie napawa mnie niepokojem. Muzyka stawia mi włosy na rękach, jej brak powoduje dzwonienie w uszach, a i cała historia pełna jest budujących napięcie niedopowiedzeń i quasi-straszaków, które pomimo że nie są szalenie profesjonalne (film powstał w latach 80, więc i tak jest nieźle), powodują, że na kilka sekund muszę spojrzeć gdzieś poza ekran. Wszystkie elementy mają widza przestraszyć, wywołać w nim obawę o zdrowie psychiczne. Po obejrzeniu tego filmu z niepokojem patrzę nawet na wentylator przemysłowy na budynkach. Dobrze, że już takich raczej nie robią.



Redaktor Ego: Skoro zaczynamy od filmów z rodzaju „właściwie to nie wiem, o co tu właściwie chodzi”, mam coś i na taką okazję. Jednym z najbardziej męczących i stresujących motywów jest bohater uwięziony w fabularnej pułapce. Wędruje po spirali niepowodzeń, z każdym kolejnym okrążeniem zdając sobie coraz dobitniej sprawę ze swojej beznadziejnej sytuacji. Oczywiście takiej bez wyjścia. Widz męczy się jeszcze bardziej, bo nieraz ma wątpliwą przyjemność połapania się we wszystkim odpowiednio wcześniej. Zdarza się i tak, że zgromadzeni przed ekranami wiemy niewiele więcej niż główny bohater. Oszaleć wręcz można, gdy na wzór „Dnia Świstaka”, w decydującym momencie bohater sięga w kierunku klamki, otwiera drzwi, a po drugiej stronie zamiast szczęśliwego finału nieznana siła wciska wielki czerwony klawisz „Repeat”. Dobry kwadrans pociliśmy się z naszym bohaterem, trzymając z niego kciuki i wbijając paznokcie w oparcia fotela, a tu nagle okazuje się, że tajemnicza siła sprawcza przenosi bohatera na początek koszmarnego toru przeszkód, subtelnie dając do zrozumienia, że pierwsze dziesięć powtórzeń będzie nieprzyjemna, ale potem już jakoś to będzie.

W takiej sytuacji znalazła się Jess z filmu „Triangle”. W czasie wakacyjnej wyprawy wraz z przyjaciółmi ich jacht majestatycznie przewraca się dnem do góry, kończąc radosną wyprawę. Wybawieniem okazuje się pojawiający się zupełnie z nikąd o wiele większy nieprzyjemnie prezentujący się statek. Tam też Jess staje się czymś na podobieństwo postaci z komputerowej gry, która do znużenia musi raz za razem przechodzić ten sam etap. Oczywiście zabijając po drodze kogo się da i uciekając przed zamaskowanymi przyjemniaczkami. Trupy ścielą się gęsto, mimo że niewiele osób kręci się w zasadzie po pokładzie. Znajomość scenariusza i przebiegu akcji nie ułatwia sprawy Jess, która z każdego powtórzenia wychodzi równie mocno poturbowana. Niemoc bohaterki i powtarzający się w koło koszmar potrafią wymęczyć, a spośród kolejnych niepowodzeń i bolesnych uderzeń zaczyna rodzić się pytanie – co tu się właściwe wyprawia?



Kinga: Ten schemat przypomina mi coś na kształt „Istnienia” albo „1408” i faktycznie może napawać widza niepokojem. Zamknięcie w pewnym impasie powtarzających się w kółko zdarzeń z pewnością nie należy do przyjemnych. Zostawmy jednak na chwilę filmy, które z założenia mają nas przestraszyć i pozwól, że wspomnę o tym, który powinien był mnie rozbawić.

Czarna komedia to specyficzny gatunek, który z jednej strony ma wyśmiać sprawy uznawane powszechnie za poważne albo prześmiewczo opowiadać o horrorach – ten schemat dobrze znamy. Z reguły takie filmy bawią (albo powinny, ale są bardzo płytkie), ale myśl o jednej z nich do dziś powoduje nieprzyjemny ścisk w żołądku. Chyba właśnie dlatego, że wszystkie te rzeczy mogą się wydarzyć w rzeczywistości.”Dzikie historie” to faktycznie komplet kilku dzikich historii, w których główną rolę grają zerwane z łańcucha nerwy. Każdy z wątków dotyczy sytuacji dobrze nam znanych albo takich, które kiedyś mogą nas dotyczyć. A to komuś odholowali auto za złe parkowanie pomimo braku zakazu, a to ktoś denerwuje nas na drodze, nie chcąc przyspieszyć i nie dając się wyprzedzić, a to znowu panna młoda chowa pod suknią sporą dawkę zazdrości o koleżankę męża z pracy. I właśnie to jest w tym najgorsze. Najbardziej niepokojące. Że mogłabym być tą koleżanką z pracy, której ktoś chce ogolić głowę nożem do krojenia tortu. Że zdenerwowany kierowca przebije mi opony i zacznie okładać mój samochód przypadkowymi przedmiotami. Że ktoś otruje mnie w restauracji albo że ktoś puści z dymem moje miejsce pracy. Ludzie w nerwach czy zemście robią różne rzeczy. Jak to mówią – wariaci są wszędzie. I to ich trzeba się bać najbardziej. Bo nigdy nie wiesz, kto stoi przed Tobą na światłach. Brzmi absurdalnie, ale naprawdę boję się, że komuś w moim otoczeniu za bardzo puszczą nerwy. A na amok nie ma lekarstwa.



Redaktor Ego: Korzystając z faktu, że już pierwszą pozycją sam zacząłem się katować obecnością na otwartych wodach (przywołujący tym samym mój skądinąd irracjonalny lęk przed wielorybami) pozostanę w klimacie jeszcze chwilę. Wyznacznikiem dobrego thrillera jest wykreowanie sytuacji, w której oglądający za żadne pieniądze czy luksusowe towary nie chcieliby się sami znaleźć. Całkiem szczerze muszę przyznać, że nie jestem specjalnym entuzjastą gatunku, a wszystkie seanse z dreszczowcami to owoc czystego przypadku. Co ciekawe to nie klasyka gatunku zrobiła na mnie największe wrażenie, a film należący do średniaków. Jednak na młodym odbiorcy, jakim wtedy byłem zrobił nieprzyjemne wrażenie.

Gdy wszystko rozpoczyna się od imprezy na jachcie, nie trzeba być ani jasnowidzem, ani wielkim znawcą kina, by wiedzieć, że hedonistyczne i niemal zwierzęce harce w końcu sprowadzą na bohaterów gniew Posejdona. Jeżeli akurat dopisuje mu dobry humor, nie musi nawet wykorzystywać sztuczek z wielkimi falami. Wystarczy odrobina cierpliwości i grupa przyjaciół wykończy się sama swoim brakiem odpowiedniej ilości szarych komórek. Największym zagrożeniem dla pasażerów jachtu Goldspell z filmu „Open Water 2”, wbrew pozorom nie były siły natury, lecz... selekcja naturalna. Młodzieńczy temperament, brak wyobraźni lub zbyt długie przebywanie w pełnym słońcu spowodowały, że bohaterowie postanowili zażyć oceanicznej kąpieli... nie sprawdzając wcześniej, czy będą mogli wrócić bez problemu na pokład. Nie ważne jak bardzo rozciągalibyśmy nasz kark, sytuacja pod każdym kątem jest najzwyczajniej w świecie absurdalna, śmieszna i żałosna. Jednak pomimo wszelkich obiekcji co do wartości IQ bohaterów, pomysłodawcy należy się ogromny plus, właśnie za pomysł. Bohaterowie lądują w wodzie, chwilę się wygłupiają, a całą resztę filmowej taśmy zajmują próbami dostania się na jacht. Ile razy bym o tym nie myślał, za każdym razem brzmi to głupio. Odcinając się trochę od takiego myślenia, pojawia się nieprzyjemny stres i niepokój. Bohaterowie, mimo że są tak blisko bezpiecznego miejsca, nie mogą się do niego dostać. Sytuacja staje się coraz bardziej frustrująca, bo kolejne starania spełzają na niczym, gdyż do sukcesu brakuje zaledwie kilku centymetrów. Brak szans na jakąkolwiek pomoc, otaczający ich bezmiar słonej wody, piekące słońce i świadomość, że wkrótce zapadnie zmrok. A bezpieczny skrawek jest na wyciągnięcie ręki...niemal.



Kinga: Najgorsza chyba w tej sytuacji jest niemoc. Kiedy ratunek teoretycznie jest tak blisko. No cóż, każdy się czegoś boi, każdy ma jakiś lęk, bardziej lub mniej irracjonalny. Ale czasem zdarza się, że nagle zaczynamy bać się razem z bohaterem, mimo że nigdy wcześniej nie mieliśmy takich odczuć wobec danej rzeczy czy zjawiska. Ile razy podczas oglądania albo czytania czegoś zdarzyło Ci się ekstremalnie wczuwać w sytuację bohaterów? Nie chodzi mi koniecznie o temat dzisiejszej dyskusji, ale tak w ogóle. Podejrzewam, że byłbyś w stanie wymienić przynajmniej kilka tytułów. Kiedy fabuła nas wciągnie, stawiamy się nagle na miejscu postaci, żeby jeszcze bardziej to przeżyć. I czasem żałujemy.

Kiedy trafiłam na film „Don’t breathe”, nie spodziewałam się, że ten tytuł może być tak dosłowny. Grupa nastolatków postanawia okraść dom, w którym mieszka niewidomy mężczyzna. Z pozoru łatwe zadanie szybko okazuje się być prawdziwą walkę o życie. Dzieciaki zapominają (albo nie wiedzą), że osoby niewidome mają niesamowicie dobry słuch. Takim sposobem niebezpieczny może być każdy świst powietrza, więc bezpiecznie jest nie oddychać. I ja właśnie przez większą część filmu wstrzymywałam oddech razem z bohaterami, co było niekoniecznie zdrowe. Każdy krok był kolejną dawką nieprzyjemnego ścisku w żołądku, a i końcówka filmu okazała się szalenie szokująca, przynajmniej dla mnie. Po obejrzeniu jeszcze długo zamykałam drzwi do mieszkania na wszystkie spusty i nasłuchiwałam, czy ktoś gdzieś się nie czai. Ot, taka moja paranoja.



Redaktor Ego: W tym momencie najprawdopodobniej uznasz mnie za mocno pokręconego, ale jestem przekonany, że gdzieś na świecie są dziesiątki osób całkowicie podzielających moje zdanie. Ponieważ tak jak ja otarli się o traumatyczne dzieciństwo. Dolina Muminków ze wszech miar sprawia wrażenie miejsca cudownego. Piękne zielone łąki, potężne bory i góry o ośnieżonych szczytach strzegące granic tego idyllicznego królestwa. Ptaszki ćwierkają, motylki zataczają chaotyczne kółka nad kolorowymi kwiatami. A co z głównymi lokatorami tego malowniczego habitatu? Tak ukochały sobie one ciepłe słońce, śnieżnobiałe obłoczki i szum strumieni, że swoją okolicą cieszą się tylko w tych najpiękniejszych miesiącach, a gdy nadchodzi zima, zapadają w sen. Żyć nie umierać. Dzieciaki zaś zgromadzone przed telewizorami mogą z uśmiechem na ustach obserwować rozwijający się młodzieńczy romans między Muminkiem a Migotką. Swoją drogą nadal czekam na wersję kinową, w której młodzieniec dotrzyma obietnicy i wreszcie pocałuje muszelkę ukochanej. Mała Mi jako chodząca wredota i wzór wszelkich zołz przygotowała maluchy do tego, że w życiu nie wszyscy będą dla Ciebie mili. Wszystko to układa się w niezwykle uroczy obrazek...do momentu, gdy zapada zmrok, temperatura spada, a nad ziemią unosi się gęsta i ciężka mgła. A z niej wyłania się ona...niepokojąca, przerażająca, powolna i wywołująca u dzieci histeryczny płacz Buka. Moja kuzynka była nią autentycznie przerażona. Myśl ta stale mnie bawi. Jedynie do chwili, gdy sam przypomnę sobie innych mieszkańców Doliny, a dokładnie – Hatifnatów. Buka była postacią tragiczną, pozbawioną bliskości, ciepła i miłości. Trochę ją rozumiałem, współczułem jej i może przez to trochę mniej się jej bałem. Czy ktoś jednak mógłby mi wyjaśnić, czym były plemnikopodobne stworki pozbawione kończyn, snujące się stadami przypominającymi sektę i wydające nieprzyjemne dźwięki? Nie mam pojęcia, co takiego biorą Finowie i co dokładnie siedzi im w głowach, ale muszą być to doprawdy niepokojące rzeczy. Czymś takim straszyć dzieci? Nieładnie.



Kinga: Z pewnością nie jesteś osamotniony, mnie też Muminki doprowadzały na skraj łóżka, głęboko pod kołdrę, byle tylko na nie nie patrzeć. I chociaż gdzieś po drodze lubiłam Włóczykija (czy to nie był przypadkiem pierwowzór łobuza, który rzekomo kocha mocniej?), najbardziej z całej bajki przerażały mnie… właśnie Muminki. Które wyglądają jak grupa trupiosinobiałych hipopotamów, poważnie chorych na raka czy coś jeszcze straszniejszego. Blade, z podkrążonymi oczami… Nic dobrego nie wyniknęło z tej bajki. Ale jako przykład – strzał w dziesiątkę.

W tym całym zestawieniu prawie zapomniałam o filmie, który wiele lat temu spędził mi sen z powiek na długie tygodnie. I to bynajmniej nie ze strachu, ale z powodu zbyt natrętnego wracania do niego myślami. Niezwykle przemyślany, szokujący, realistyczny i prawdziwy, choć niektórzy uznają go za przerysowany, dramat, który ja dziś mogłabym zakwalifikować jako psychologiczny. Wyrył dziurę w moim sercu prawie tak głęboką jaką tworzy igła wbijająca się w żyłę.

„Requiem dla snu”, choć już od dawna na emeryturze, nadal jest aktualny i wciąż wywołuje we mnie takie same odczucia – niepokój, obawę przed moralnym upadkiem, poczucie zagrożenia. W tej sytuacji też mocno wczułam się w sytuację bohaterów, zastanawiając się, co ja bym zrobiła na ich miejscu. Spokoju nie dają mi też te złowrogie jump cuty pojawiające się po każdej kolejnej zbawiennej dawce narkotyku. Jako synonim tego, co dzieje się wtedy z człowiekiem wypadają one niezwykle realistycznie, co potęguje we mnie nieprzyjemne doznania. To, co dzieje się z bohaterami, jak kończy się historia każdego z nich i jak fatalnie przebiega życie chyba nie do końca świadomej zagrożenia matki… Na samą myśl jest mi nieprzyjemnie, wylałam bardzo dużo łez w ramach kondolencji dla każdej z postaci. Niemniej jestem wdzięczna kinematografii za tę pozycję. Jest warta każdej sekundy tego poczucia niepokoju.

A główny motyw filmu, który na pewno wszyscy znają, nawet jeśli go nie widzieli, jest dla mnie chyba jeszcze większym udręczeniem niż intro „Z archiwum X”.



Redaktor Ego: Trudno mi uwierzyć w wyższość jakiegokolwiek motywu nad openingiem „Z Archiwum X”. Do tej pory czuję dreszcze, słysząc pierwsze nuty tego przerażającego majstersztyku. Może i po latach serial nie robi już tak dobrego wrażenia, ale czołówka działa tak samo mimo upływu lat.

Przerażające w założeniu powinno być również Halloween. Przynajmniej tak mogłoby się wydawać. Trudno jednak nie ulec wrażeniu, że jest jedno z bardziej uroczych zwyczajów, jakie zagościły we współczesnym kalendarzu. Przede wszystkim jest to okazja do odczarowania śmierci i oddalenia obaw z nią związanych. Komercjalizacja, która dopadała święto, sprawiła, że urocze dzieciaki zakładają kostiumy swoich ulubionych bohaterów z filmów i gier, a następnie rozpoczynają polowanie na wszelkie słodkości. Wydrążone dynie uśmiechają się w kolorze tańczących płomieni, a wszelkie plastikowe ozdoby i gadżety bawią swoimi wariacjami na temat klasycznych horrorów. W Polsce przy tej okazji rozpoczyna się dyskusja na temat satanizmu i odwracania się od Boga. Zaraz za nią coraz częściej rozpoczyna się promocja naszych rodzimych Dziadów, nieco mniej radosnych i uroczych, ale przyjemnie swojskich. Mimo że wyjście po cukierki na miasto nie wchodzi już w grę, tego wieczoru maratony horrorów są obowiązkiem, a składanka Misfits na słuchawkach powinnością.
Właśnie w wyjątkowy halloweenowy wieczór, Timmy i Tia odnajdują w worku pełnym słodyczy kasetę VHS. Po niezbyt długich namowach opiekunka rodzeństwa zgadza się obejrzeć fragment zawartego na niej filmu. Zawiera on kompilację starych horrorów. Dzieciaki mogą zobaczyć satanistyczny rytuał seksualny, obrzydliwą dekapitację i mordercę na tylnym siedzeniu. Elementem wspólnym dla wszystkich nagrań jest bardzo nieprzyjemny clown (przy którym Pennywise jest wręcz uroczy). Taśma ewidentnie nie nadaje się dla dzieciaków, chociaż Timmy z niepokojącą wręcz fascynacją rysującą się na twarzy docenia artystyczny kunszt kolejnych ujęć. Film zostaje wyłączony, a dzieciaki muszą iść spać. Wszystko kończy się dobrze? Oczywiście, że nie. Clown bowiem okazuje się dodatkiem specjalnym do kasety i wkrótce wszystkim umili wieczór. Fragmenty dziejące się „naprawdę” wołają w filmie o pomstę do nieba lub przynajmniej wizytę Freddy'ego Kruegera. Wieje tam bowiem totalną amatorszczyzną i fatalną jakością, stąd też pewnie niskie oceny. Zdecydowanie lepiej w „All Hallows' Eve” wypadają stylizowane na lata 80 nagrania. Pełne nieprzyjemnej i niepokojącej aury świetnie oddały klimat klasyki gatunku.



Kinga: To brzmi jak swego rodzaju połączenie kilku horrorowych schematów, które osobno są zazwyczaj bardzo dobre, ale razem wcale nie muszą. Wiadomo – jak coś jest do wszystkiego to…
Na zakończenie odpuszczę już straszaki, które często powinny siać niepokój i niepewność i wrócę jeszcze na chwilę do komedii, czyli filmów z góry zakładających śmieszki i inne heheszki. Wspominałam, że ten gatunek nie zawsze musi rozbawić i tak też było w moim kolejnym przykładzie. Choć tutaj dziwną klasyfikację gatunkową można w pewien sposób usprawiedliwić.
Znając od naszych babć i dziadków czy nawet z podręczników szkolnych historię drugiej wojny światowej, wszystkie siniaki nabite naszemu krajowi, całą otoczkę polityczną wojennych wydarzeń, wszystkie pakty i sojusze, aż w końcu przebieg i jej zakończenie, sytuację Żydów (którzy wtedy w Polsce de facto nie byli mniejszością) zamkniętych w getcie i wszystkich spalonych w piecach dusz, czy chciałbyś, żeby teraz pojawił się ktoś o podobnych poglądach, co Hitler? O jego charyzmie i umiejętnościach retorycznych, których niestety nie można mu odmówić? Myślę, że nie.

A widzisz, Niemcy zrobili  z tego motywu film. „Er is wieder da” to historia Hitlera, który z jakiegoś powodu przenosi się do roku 2011 z całym dobrodziejstwem inwentarza – w swoim charakterystycznym płaszczu i ze wszystkimi swoimi poglądami. Początkowo jest odrobinę zdezorientowany, aby później stać się atrakcją turystyczną. Wszyscy bowiem biorą go za świetnego komika i parodystę. Hitler występuje w telewizji i nikt nie ma świadomości, że jego wypowiedzi nie są ani trochę przygotowanymi kwestiami aktorskimi. Z czasem dzieje się dokładnie to, co działo się w latach 30 – ludzie zaczynają mu wierzyć. Słuchać go i podążać ślepo jak zagubione owce za cudzym owczarkiem. Gość ma tę samą charyzmę, która kiedyś kazała wszystkim wierzyć, że mogą zawładnąć światem. I to jest tak cholernie niepokojące, tak samo jak zakończenie, którego Ci nie zdradzę. Oczywiście wjeżdża tu także motyw Żydów i cichej eliminacji hitlerowskich przeciwników. I trochę rozumiem, dlaczego ten film nazwany jest komedią. Jest niemieckiego pochodzenia, a Niemcy wojnę pamiętają trochę inaczej niż my. Dla nich powrót pana Adolfa jest dobrym żartem, dla nas – najgorszym koszmarem.



Redaktor Ego: Przytoczone przeze mnie filmy nie należą do szczególnie godnych polecenia. Wszystkie zapadły mi w pamięć głównie ze względu na okoliczności spotkania. Pierwszy raz podobno pamięta się do końca życia. Tak więc bardzo prawdopodobne, że wszystkich tych obrazków z głowy się nie pozbędę, a co za tym idzie, pozostaną ze mną wszystkie  nieprzyjemne wrażenia jakie wywołały. Byłem z siebie niezwykle dumny, gdy w końcu udało mi się przekonać moich rodziców o mojej dojrzałości i odwadze i przyprawić solennymi obietnicami, że nie będę budził ich później w nocy. Tym oto sposobem zacząłem oglądać pierwsze filmy dla dorosłych.

„Train: Rzeźnia na szynach” niewiele różni się od poprzednich tytułów. Jest obrzydliwy, odpychający i nieprzyjemny, lecz żadnym arcydziełem przy tym nie jest. Nie jest z całą pewnością również ani trochę odkrywczy. Grupa młodych amerykańskich sportowców (zaczyna się jak zawsze), po intensywnym świętowaniu zwycięstwa spóźnia się na swój pociąg, zmuszeni są dostać się do Odessy następnym (to nawet nie brzmi poważnie). Radosna kolejka, do której wsiadają, okazuje się daleka od disneylandowskiego ideału. Pracownicy składu, jak przystało na kinowe standardy, straszą swoją wschodnią aparycją i szybko udowadniają, że charakter mają równie zimny. Młodzi i wysportowani bohaterowie są idealnym źródłem narządów na handel, ukraińska „służba zdrowia” trzyma regionalne standardy i zapewnia swoim pacjentom warunki równie przyjemne, jak KGB amerykańskim agentom. Pociąg toczy się po dzikich polach, światła są przytłumione, a wnętrze wagonów pełne łańcuchów i klatek przypomina pierwszą stację na trasie do piekła.
Co takiego wyjątkowego było w tym filmie? Pozbawieni masek czy niezwykłych mocy, lecz wyposażeni w kastety, haki i kije baseballowe zwyrodnialcy wyglądali zupełnie prawdziwie. W ducha, demona czy mordercę z piekła trudno uwierzyć, wytatuowany bandyta to już całkiem inna sprawa. Byli oni realni, a zadawane przez nich okrucieństwa przez to bardziej prawdopodobne. Niejednokrotnie ich działania zahaczały o niezwykle niewłaściwe i odpychające (nawet jak na standardy slashera) pomysły. Rzeźnia na szynach przemierzająca wyglądający na nieprzyjemny i niegościnny kraj zapadła mi swoim okrucieństwem dość mocno w pamięć. Może dzięki temu, że rodzice nie mieli żadnych obiekcji, teraz mogę tak głośno śmiać się na horrorach, zawsze odnajdując w nich przynajmniej odrobinę przyjemności, nic bowiem mnie już nie zaskoczy, ani nie wywoła zniesmaczenia. Jeżeli tak – mamo, tato, dziękuję wam!



Kinga: Na tych przykładach jedyne co możemy zauważyć, to fakt, iż niepokojące może być dla widza wszystko, jeśli tylko zostanie odpowiednio obudowane albo uderzy idealnie w sam środek naszych lęków. Nawet, jeśli to komedia czy z pozoru niewinna bajka dla dzieci. Wszystko jednak wskazuje na to, że to wysokie napięcie, które możemy niemal zobaczyć w filmach, czasem potrafi się nam spodobać. Masochistycznie oglądamy dalej i więcej, żeby później móc na niego chwilę ponarzekać, ale ostatecznie uznać, że nie był taki zły. Albo był, ale kiedy przyszły nocne rozmyślania, nagle okazuje się, że może jednak jest w nim jakieś ziarnko prawdopodobieństwa. Może coś takiego przydarzy się i nam. Może niekoniecznie będzie nas ścigał upiorny clown czy skamielina Hitlera, ale znalezienie się poza burtą statku czy spotkanie nerwowego kierowcy na swojej drodze… To już brzmi całkiem realnie. I o te rzeczy powinniśmy się obawiać. Kiedy za młodu kwiczałam, że obejrzałam horror o duchach czy innych zombie i teraz się boję, zawsze powtarzano mi, że powinnam raczej bać się żywych, niż martwych.

Czytaj dalej