W obronie zła



Dziś nie będzie o gwałcących uchodźcach ani o młodocianych złodziejach. Będzie o serialach.

***

Znasz to uczucie, kiedy wciągniesz się w fabułę i z całego serca kibicujesz głównemu bohaterowi? Kiedy zawsze jesteś po jego stronie i przeżywasz jego wszystkie sukcesy i porażki. Utożsamiasz się z nim. Może nawet czasem chciałbyś być jak on. Jak ona. Przeżyć, to co Twój bohater. Być taki jak on. Czy czasem marzysz, żeby znaleźć się w sytuacji bohatera serialu, który właśnie oglądasz? Może akurat niekoniecznie w sytuacji Hanny Baker, ale wiesz o co mi chodzi. Wczuwasz się w jego sytuację i zastanawiasz, jak byś się zachował, gdybyś znalazł się na jego miejscu.

A jeśli bohater jest nieco wybrakowany? Jeśli nie ma na przykład kręgosłupa moralnego?
Z serialami – zwłaszcza tymi, które mają czterdzieści dwa sezony – jest tak, że człowiek ekstremalnie się w nie wczuwa. Przestaje mieć znaczenie mokre pranie gnijące w pralce, życie prywatne i panosząca się po całym organizmie grelina. Oglądasz odcinek za odcinkiem aby dowiedzieć się, jakie decyzje podejmie Twój bohater.

Ale czasem podejmuje złe. Albo na przykład wędruje do upragnionego celu, depcząc innym kości. Schodzi na samo dno piekieł, aby dojść na szczyt. Moralność przestaje mieć znaczenie. A Ty? Idziesz za nim. Dlaczego? Pozwól, że pobawię się w psychoanalityka.

Kiedy niebezpiecznie zaczynasz kibicować „czarnemu charakterowi”, masz świadomość, że nic złego Cie za to nie spotka. Nie przyjedzie po Ciebie CBŚ, bo popierasz zabójstwo, którego dokonał Twój bohater. A Twój mózg zaczynają otaczać myśli, że może też byś tak zrobił. Że chciałbyś taki być w jego sytuacji. Że gdyby nie czekały Cię żadne konsekwencje, mógłbyś żyć jak on/ona. Że mógłbyś taki być.

Bo nie możesz w życiu codziennym. Bo Twój moralny szkielet Ci nie pozwala. Więc razem ze swoimi bohaterami starasz się objąć władzę nad krajem, eliminując niewygodne ludzkie przeszkody, stosując kolejne manipulacyjne tricki, prowadzisz kartel narkotykowy bez żadnych wiszących nad Tobą konsekwencji i w piwnicy produkujesz razem z kolegą mefedron w pralce, nie czując się ani trochę zepsuty. A jesteś. Razem z każdą z tych postaci. Ale tylko dopóki odtwarzasz odcinek. Później znowu stajesz się korposzczurkiem, nauczycielem albo redaktorem. I jesteś normalnym człowiekiem, aż do czasu, kiedy znów możesz choć na godzinę stać się wyrachowanym, zimnym, pozbawionym sumienia delikwentem.


I nie ma w tym nic złego, serio. Dobrze czasem pozwolić sobie na moralny upadek, a swojemu szpikowi na całkowite zepsucie. I raz na jakiś czas w swojej głowie podpisać za bohatera pakt z diabłem. Nie ma nic złego w chęci bycia złym. Jeśli oczywiście ta chęć nie wypływa poza ramy Twojego zainfekowanego Netflixem pokoju.
Czytaj dalej

Grzybowy s.o.s


Ostatnio zaczęło mnie zastanawiać pochodzenie nazw grzybów. Wiadomo, jesień przyszła, tu się suszy, tam się marynuje. Grzyb za grzybem, w jesieni stanowią integralną część polskiej egzystencji. Siedzą z nami przy świątecznym stole, a w dni wolne od pracy suszone są ratunkiem dla tych, którzy zapomnieli zrobić zakupy dzień wcześniej. Ale czy jest gdzieś ktoś, kto jest odpowiedzialny za ich nazewnictwo? Skąd wzięły się ich imiona i czy w ogóle coś znaczą?

Weźmy na przykład takiego prawdziwka, inaczej zwanego borowikiem. O ile hasło „borowik” może kojarzyć się z borem, czyli lasem i wszystko się zgadza – borowik rośnie w borze, to pozostaje kwestia, kto mianował go „prawdziwkiem”? Co odróżnia go od innych grzybów, że stał się dla nich jedynym prawdziwym wzorem do grzybiego naśladowania? Ma nóżkę, czapeczkę i gąbeczkę, dokładnie jak osiemdziesiąt trzy miliony czterysta dwadzieścia pięć tysięcy sześćset dziewięćdziesiąt osiem innych grzybów na świecie. Dlaczego to on stał się grzybim pionierem? I czy w związku z tym na tle innych grzybów, ten o nazwie podgrzybek okazuje się podgatunkiem grzyba? Czy rośnie pod nimi, w ich cieniu?

A co z maślakiem, który nie ma ani smaku, ani wyglądu, ani żadnej z innych maślanych cech? Albo pieczarką, która rośnie na łąkach i prawdopodobnie żadnej pieczary nigdy nie widziała?

Nie znam się na grzybach, więc bardzo możliwe, że opieniek rośnie gdzieś dookoła pnia, „opinając” (?) go, a kozaka przywieźli nam ukraińscy degeneraci jako wojenny spadek prosto znad Dniepru. I można się uprzeć, że kurka ostatecznie przypomina jakiegoś kurczaka-inwaidę, ale czy możliwe jest, że kanie były bohaterami drugoplanowymi podczas Jezusowych poczynań w Galilei? I że muchomor ma cokolwiek wspólnego z muchami?

Te słowotwórczo-etymologiczne rozkminy przyszły mi do głowy całkiem spontanicznie, podczas wyjadania cichcem marynowanych podgrzybków, kozaków i prawdziwków ze słoika przywiezionego przez mojego K. Na zajęciach z gramatyki opisowej wklepywano nam w świadomość, że każde słowo na świecie (a przynajmniej to funkcjonujące w naszym języku) ma jakieś pochodzenie, rdzeń, rodzinę. Więc może ci ukraińscy degeneraci to nie taki głupi pomysł.

Znacie się na grzybach?


Czytaj dalej

Co dobrego we wrześniu?


Chyba piszę to za każdym razem od kiedy ruszyła seria "co dobrego", ale ten miesiąc minął mi tak szybko, że nawet nie zauważyłam, kiedy się zaczął i skończył. Post miał się pojawić w czwartek, ale przy okazji przeprowadzki wyszło na jaw, jak wiele mam rzeczy i jak trudno to zmieścić w dwupokojowym mieszkaniu. Na szczęście siedzę już w czystym, posprzątanym gniazdku, przy złożonym ikeowym biurku i mogę klepnąć kolejną część godwajbsów. Więc co dobrego we wrześniu?


1. Kupiłam kołdrę! - O tym jak wiele wysiłku psychicznego mnie to kosztowało możecie przeczytać w poprzednim wpisie, niemniej jednak stałam się posiadaczem wspaniałej, ciepłej kołderki, którą co prawda ledwo zmieściłam do samochodu razem z całym tym wesołym grajdołem, ale co, jest!

2. Chłopak znowu w domu - mój K. należy do osób, które zdają się być zakochane w ekonomicznej emigracji i wakacje spędził 1500km ode mnie. Wrzesień był miesiącem przyjazdów i wyjazdów, a także jego powrotu do Polszy i mojej ogromnej radości. :)

3. Wprowadziliśmy się do nowego mieszkania - całe wakacje były jednym wielkim researchem mieszkaniowym. Najpierw szukanie lokum, potem wyposażenia, mebli, aż po miski i drewniane łyżki. Końcem września nareszcie zamieszkaliśmy na lubelskim końcu świata i śmiało mogę powiedzieć, że póki co jest bardzo dobrze :)

4. Rodzinne spotkania - kolejne w tym roku i znów była to rodzina z Niemiec. Były śmieszki, było miło i zbyt szybko zleciało. Mam nadzieje na rychłą powtórkę <3

5. Pogodziłam się z losem - po tym, jak całe wakacje gniłam samotnie w domu, od czasu do czasu wychodząc z przyjaciółmi, tak bardzo przyrosłam do rodzinnej pępowiny, że za nic nie chciałam wyjeżdżać. Pierwsze dni w Lublinie były dla mnie psychicznym koszmarem. Wyłam i wydzwaniałam do domu, jęcząc o tym, jak bardzo chcę wrócić i jak bardzo samotna się tu czuję. I nie chodzi tu o brak wsparcia od chłopaka, ale o potrzebę bliskości domu rodzinnego, mamy, babci i kotów. Miasto mnie przytłaczało mimo, że bardzo lubię życie w wielkich metropoliach. Teraz jest już dużo lepiej, choć jeszcze nie aż tak, żebym mogła powiedzieć, że tę pępowinę odciełam. Ale wszystko powoli.

6. W końcu zrobiłam rejs po lekarzach - i większość na temat swojego zdrowia już wiem. Dostałam wszystko co mogłam, wszystkie możliwe leki i skierowania i jeszcze cały triathlon przede mną, ale przynajmniej już wiem, na czym stoję. Mniej więcej.

7. Znalazłam czas dla siebie - We wrześniu odciełam się od sieci i postanowiłam bardziej żyć niż gnić przed komputerem. Spędziłam miło czas z rodziną, przyjaciółmi i zrobiłam miliony rowerowych kilometrów. :)


A Ciebie co dobrego spotkało we wrześniu? 

Czytaj dalej

Poemat o kołdrze


Ostatnio długo mnie nie było, wiem. Ale musiałam poukładać sobie życie i prawdę mówiąc, trochę odpocząć od sieci. Ale dzisiaj jestem i mam do zaoferowania świeżutki ból dupki!

***

Znasz ten uczuć, kiedy coś tak mocno Cię fascynuje do czasu, kiedy tego doświadczysz? Coś jak skok na bungee, jeśli wiesz, co mam na myśli.

Kiedy byłam mała, mobbingowałam babcię, żeby zapisała mnie na stołówkę i świetlicę. Chociaż nie wiem, po co, bo w domu zawsze ktoś był i nie potrzebowałam ani jednej z tych instytucji. Ale moje koleżanki i koledzy chodzili. Ot, taka moja mała wrodzona zazdrocha o wszystko. W każdym razie, kiedy zaprowadzono mnie tam i zobaczyłam te straszne dziecięce tłumy, kłębiące się w salach, moja fobia społeczna na zawsze wcisnęła przełącznik "uciekaj". I może dlatego nie lubię dzieci.

O coś takiego mniej więcej mi chodzi.

Czasem zdarzyło mi się z niekłamaną fascynacją przyglądać tłumom przeciskających się między sobą w czasie przedświątecznych wyprzedaży w Stanach. Marzyłam o tym, żeby znaleźć się w natłoku tych wszystkich zdeterminowanych ciał podczas Black Friday, bo wierzyłam, że ludzie są w stanie zachować resztki kultury osobistej.

A potem musiałam kupić kołdrę.

***

Godzina 7:45. Przychodzę pod Lidla z nadzieją, że te zbuntowane tłumy przyszły tu bić się o mikser czy inne dresy dziecięce. Niestety, zewsząd od moich uszu echem odbija się jedno słowo, odmienione przez wszystkie możliwe przypadki.
Kołdra. Kołdry. Kołdrę...
Wszystkie czterdzieści siedem głów zerwało się z samego rana, zjechało ze wszystkich okolicznych wsi, wiosek i wioseczek, i stoi pod drzwiami hipermarketu, żeby walczyć ze sobą o kołdrę ich życia. A ja stoję razem z nimi. Bez makijażu, bez śniadania i bez entuzjazmu. Bo przecież nie mam kołdry.
Drzwi rozsuwają się, a ludzie w jednej chwili wlewają się do środka. Płyną z prądem jak zdechłe ryby. Płynę razem z nimi i z przerażeniem obserwuję, jak Grażyny w każdym możliwym odpowiednim dla Grażyn wieku biegną w stronę palet z kołdrami. Biegną. Jakby od tego zależała cała ich przyszłość. Jakby bez tej kołdry już tylko Katarzyna Dowbor mogła pomóc im urządzić chałupę życia. Nie jestem przerażona tym, że może nie być dla mnie kołdry, kiedy już moja uprzejma i dobrze wychowana dupa puści wszystkie walkirie domowego ogniska. To znaczy tym też, bo przecież nie mam kołdry. Ale jestem najbardziej przerażona tym, jak bardzo nie udało nam się wyzbyć zwierzęcej natury troglodyty pomimo kilku tysięcy lat praktyk.

Myślałam, że takie rzeczy tylko w Radomiu. 

Mam łzy w oczach, kiedy obserwuję, jak trochę młodsza Grażyna wali z łokcia Grażynę dużo starszą, którą może wsadzić w gips (albo trumnę) nawet najlżejszy dotyk. Która być może chce kupić wnuczkowi kołdrę do nowego mieszkania. Na nowy start. Bo może wnuczek też nie ma kołdry. A typowa Grażyna zawsze ma co najmniej o 4 kołdry więcej, niż potencjalnych domowników. Ale leci w Lidlowe Pogo, bo przecież tak tanio, pani Jadwisiu.
Obserwuję faceta około trzydziestki, który mimo swojej przewagi stoi na uboczu. Stara się choć jedną z czterech (bądź pięciu) długich kończyn dosięgnąć choć jednej kołdry w wymarzonym rozmiarze. Jest wysoki, postawny, odpowiednio umięśniony. Nie Julian Claßen, ale też nie Tomasz Oświeciński. Entschuldige, Juli! Mógłby po prostu wbić się taranem w ten babski bunkier, rozepchać łokciami i każda kołdra jego. Ale tego nie robi. Bo wie, że nie wypada mu użyć siły wobec kobiety. 
Tylko Grażynie wolno.
Podchodząc do kasy, mężczyzna dzwoni do kogoś i nerwowo żąda, aby "powiedział jej, żeby następnym razem so'e k!@#$%^a sama szła". Dla niego to tak samo stresujące jak dla mnie. Mam 22 lata, jestem drobnym gówniarzem w oczach Graż. Mi też nic nie wypada.

Wychodząc z tego strasznego imperium zła, przychodzi mi go głowy tylko jedna rzecz. Następnym razem będę wolała zapłacić nawet dwukrotnie więcej, ale zrobić zakupy w płaszczu dobrego wychowania. Przez pryzmat XXI wieku.
Żadna kołdra nie jest tego warta. Ani żaden karp. Tylko Graże są warte siebie.

Ale przynajmniej mam kołdrę. Teraz jeszcze muszę kupić pościel. Byle nie w Lidlu.



Czytaj dalej

Co dobrego w sierpniu?



Sierpień był mega zabiegany i mega szybko mi uciekł. W tej całej bieganinie udało mi się jednak znaleźć kilka spraw, które można wrzucić do szuflady z dobrymi rzeczami ;)

1. Wynajęłam mieszkanie! Co prawda podpisanie umowy, kupienie kołdry i przeprowadzka czekają mnie dopiero we wrześniu, jednak nasze własne M znalazłam już na początku sierpnia. I jestem nim naprawdę zachwycona! Pomimo że jest niewielkie i nieustawne - jest najlepsze na świecie!

2. Pogoda szyta na miarę - nie jestem fanem hiszpańskich upałów, spoconych ud i kłopotów z oddychaniem, dlatego z radością przywitałam sierpniopad, który przyniósł jesienne zachmurzenia, czasem deszcz, a czasem przyjemne, ciepłe słońce, które nie przypaliło moich pieprzyków, kiedy zapomniałam o filtrze. Sierpień pozwolił mi pogodzić się z płaszczami i zabudowanymi butami i nawet teraz, kiedy za oknem jest szaro, a w domu sennie - jestem bardzo zadowolona. To już wiecie z niedawnego posta o sierpniowym słońcu.

3. "Odkryłam" Biankę i Juliana, czyli parę niemieckich vlogerów (BibisBeautyPalace i Julienco), którzy na co dzień zajmują się robieniem głupot. Wśród hektolitrów kosmetycznych bubli i ulubieńców, jesiennych lookbooków w zimno-mi-w-cholere-w-tym-sweterku-rób-to-zdjęcie-i-idę-ubrać-dres stylizacjach, pomysłów na domowy peeling z chleba ziarnistego i oleju z tłuszczu słonia oraz tony debestofów gejmingowych i relacji z hej-zapłacili-mi-za-lot-do-Hondurasu-nagrywam-jak-ludzie-chodzą-po-ulicy podróży, Bianka i Julian zajmują się po prostu śmieszkowaniem i jest to coś innego niż to, co wyskakuje mi z lodówki na każdym jutubowym kroku. A to robią największą watę cukrową na świecie, a to kupują "na ślepo" na Amazonie, a to znów Julian włazi zupełnie bez celu do balona wypełnionego wodą, pomiędzy tym prankują się nawzajem i sprawiają, że potrafię płakać ze śmiechu cały dzień. Dodatkowo są najsłodszą parą na całym świecie! Dodatkowo, jak się niedawno okazało, Bianka jest odpowiedzialna za powstanie moich ulubionych pianek pod prysznic Bilou <3

4. Wróciłam do niemieckiego - po tym, jak zdałam egzamin kończący przedmiot na drugim roku studiów, rzuciłam książkę do gramatyki niemieckiej w kąt, z myślą, że będę do niej wracać. I oczywiście nie wracałam. Czasem zdarzył mi się przebłysk i wypełniłam jedno ćwiczenie bez specjalnego przygotowania i po chwili okazywało się, że błąd goni pomyłkę. W końcu teraz się za to zabrałam i idę pełną parą! Certyfikacie Goethego, nadchodzę!

5. Zrobiłam swoją pierwszą pizzę w życiu! Po wielu mękach z konsystencją ciasta i zbyt rozpuszczoną mozarellą udało mi się wysmarować moją pierwszą pizzę! Przepis na ciasto dała mi współlokatorka i odważyłam się spróbować. Wyszło mega i jestem z siebie dumna!

6. Uczestniczyłam pierwszy raz w oświadczynach - sierpień stał się więc miesiącem pierwszych razów/razy - niepotrzebne skreślić. Nigdy wcześniej nie miałam okazji oglądać klękania i całej tej finezji z pierwszego rzędu. W połowie miesiąca miałam taką okazję i powiem szczerze, że dawno nie widziałam tyle radości w jednym miejscu. Aśce i Rafałowi wielkie gratki!

7. Nie zbankrutowałam w Ikei, choć nadal nie mam kołdry. Ani szafy. Ale mam za to szczypce do przewracania kotletów, drewnianą tackę na owoce, siedemdziesiąt cztery szklanki, zieloną zmiotkę, doniczkowy kubek na pędzle i komplet łyżek deserowych. Kołdra nadal przede mną, ale klepię sama siebie po ramieniu, że nie wydałam wszystkiego co miałam.


I to by było chyba na tyle, lista drobiazgów, które umiliły, bądź nadal umilają mi czas. A Was co dobrego spotkało w sierpniu?

Czytaj dalej

Lubię być


Masz tak czasem, że bardzo nie chcesz  być w miejscu, w którym akurat jesteś, bo coś? Bo pogoda nie taka. Bo za ciepło. Bo za zimno. Bo za mokro. Bo za sucho. Bo źle. Bo miasto za małe. Bo Ci się tu nudzi. Chciałbyś być teraz gdzieś indziej, bo Tu źle się czujesz. Masz tak?

Ja nie.

Lubię narzekać. I bardzo lubiłam jeszcze do niedawna trzeszczeć o tym, jak to TU nie ma Łodzi. Ale mam chyba teraz nadmiar witaminy D i czuję się dobrze.

Każde miejsce ma swój urok. Swój klimat i swoje własne zalety. Ostatnio zaczęłam je dostrzegać. I doceniać. Podoba mi się w moim małym miasteczku, na moim podwórku, w moim ogrodzie, z książką. Podoba mi się u mojego chłopaka na wsi, gdzie gram w planszówki z jego rodziną. Podoba mi się pęd wielkiego miasta, natłok dźwięków i wielkomiejski standard, gdzie słońce ustępuje drapaczom chmur.

Lubię być. Wsłuchiwać się w audiosferę każdego miejsca, w którym jestem. Nieważne, czy to cykady i szum wody, rozgardiasz na straganie czy odgłosy frustracji korka ulicznego. Lubię być właśnie TU. Ważne jest, żeby w każdym z tych miejsc BYĆ. I doceniać bycie właśnie TU.

Umiesz tak?

Czytaj dalej

Superbohaterowie w kitlach

Znalezione w sieci


Od zawsze na zawsze podziwiam służbę medyczną. Nawet nie samych lekarzy, choć ich zdecydowanie również – za niesamowitą pamięć. To, co ja zapamiętałam z biologii to nazwa hormonów głodu i sytości, budowa ucha, to, że okres godowy ryb to tarło i to, że kość piszczelowa nie jest w ramieniu.

A oni zapamiętują szereg objawów i klasyfikują je do szeregu dolegliwości i wiedzą dokładnie, gdzie rozcinać i co przycinać. Potrafią też bezbłędnie stwierdzić, że ból głowy to nie migrena, a problem z na przykład nerkami. Niech Cie jasny. W szpitalach i domach zamiast krzyży na ścianach powinny wisieć zdjęcia internistów. I endokrynologów. Mogłabym zostać endokrynologiem, gdybym nie musiała najpierw zostać lekarzem.

Ale lekarze swoją drogą. Podziwiam wszystkich bohaterów drugoplanowych – pielęgniarki i pielęgniarzy. Wszystkich opiekunów. Nie za serce, które dają schorowanym. Nie za cierpliwość, kiedy czwarty raz pytam o godzinę i numer sali. Nie za to, że codziennie dobrowolnie mają kontakt z naszymi produktami przemiany materii i sumiennie zabierają od nas wszystkie plastikowe pojemniczki. Nie za to, że radzą sobie z tymi, którzy słabną w gabinetach punktu pobrań.

Za to, że nie zamykają oczu, kiedy pobierają krew.

Już sam fakt, że potrafią dotknąć żyły i nie stracić przytomności. Cudzej żyły. Ja nawet swoich nie dotykam. Wystarczy, że kot smyrnie mnie ogonem po tej tylnej stronie kolana – tam, gdzie tak złośliwie wystaje nawetniewiemco – a ja już dostaję gorączki, że coś się naderwało i rychło się wykrwawię. Panie w gabinetach codziennie klepią po żyłach dziesiątki osób. Mało tego! Jak już znajdą delikwentkę żyłę (w moim przypadku to nie lada wyzwanie – moje zbudowały bunkry, w których się chowają jak tylko przychodzi do badania), ze stoickim wręcz spokojem przyglądają się, jak do fiolki, kropla po kropli spływają wszystkie ludzkie dolegliwości. Jeszcze jak posiadacz żyły jest normalny, to wszystko jest okej – 30 sekund i do domu. Ale jak przychodzi taki, co ma hemoglobinę pińcsetczterdzieściosiem (np. ja) i fiolka napełnia się z prędkością trochę zbyt mocno zaciśniętej kroplówki, przyglądają się temu znacznie dłużej. Jakie kursy przeszły, żeby nie zwymiotować? Nie osunąć się na ziemię, rozrywając siedzącemu na fotelu biedakowi rękę w zgięciu łokcia.

Kiedy idę na pobieranie krwi, kiedy już siadam na fotelu i miła pani każe mi zacisnąć pięść, sprzężenie zwrotne każe mi zacisnąć także powieki najmocniej jak potrafię. Przestaję oddychać, przestaję widzieć, przestaję nawet myśleć. A w tym czasie świat dzieje się dalej i Pani Superbohater w białym kitlu przygląda się, jak wykrwawiam się do małej fiolki.

Czytaj dalej

Sierpniove love



Późnosierpniowe słońce nie grzeje tak mocno. Jest zdecydowanie najlepsze z całych wakacji. Lepsze jest już tylko listopadowe. Bo go nie ma.

Sierpień to taki wspaniały czas, kiedy pomimo relatywnie wysokich temperatur nie zdarzają się sytuacje, w których wychodzisz wywiesić pranie, a po dziesięciu minutach wracasz z poparzeniem czwartego stopnia. Kiedy powietrze swoim ciężarem nie przyciska Cię do ziemi. Kiedy oddychasz, a nie sapiesz. Kiedy pot czasem spływa Ci po czole, ale rzadko robi pielgrzymkę od karku do odbytu. I makijaż przestaje być świętem ruchomym.

W sierpniu jest ciepło. Temperatura jest na tyle wyrównana, że pozwala nie parzyć się w słońcu przy jednoczesnym marznięciu w cieniu. „Ciepło” to takie przyjemnie neutralne słowo, osadzone gdzieś pomiędzy „zimno” a „upalnie”. „Ciepło” i „chłodno” to fajne słowa. Lepsze nawet, niż „czekolada”.

Sierpień to też czas, kiedy niektórzy (w tym ja) odczuwają powiew czasu. Z drzewa w ogrodzie spadają gruszki. Pranie nie schnie już tak szybko. Liście powoli zaczynają się przebarwiać. Carrefour i Lidl zaczynają licytować najniższe ceny zeszytów i bloków, a szkoły są desperacko malowane i sprzątane. I na rowerze częściej się marznie.

Coraz szybciej zachodzi słońce. Wychodząc ze znajomymi, musisz liczyć się z tym, że będziesz potrzebował kurtki. Albo bluzy. Albo przynajmniej cienkiego sweterka. Powoli zanikają krótkie spodenki, odsłaniające sporą część pośladków. Damskich oczywiście. To ten czas, kiedy możesz zoptymalizować temperaturę ciała, zakładając długie spodnie i koszulkę na szelki.

Sierpień osobiście kojarzy mi się z jesienią. Jest bardziej bratem września niż lipca. Bliżej zimy niż lata. To absurdalne. Ale kiedy myślę o sierpniu, myślę o szkole. O przygotowaniach do kolejnego roku nauki. O wrześniowych popołudniach, kiedy pod winogronowym płaszczem męczyłam się z najprostszymi równaniami, aby chociaż raz odrobić zadanie w całości. I wiesz co? Zawsze potrafiłam zrobić zadania z gwiazdką, te dla „szóstkowych”. Rzadko te bejzikowe. I choć dzisiaj nie mam problemu z funkcją kwadratową, nadal nie rozumiem logarytmów. I dziedzin.

Sierpień to spokój wewnętrzny. Kończą się wakacje. I mimo że budzik już zaciera ręce jak chciwy Żyd, że będzie mógł znowu dzwonić o 6, wraca rutyna. Sierpień to dla mnie ostatnie dni przed powrotem regularnego cyklu dobowego. W wakacje wszystko jest rozmemłane. Człowiek jest rozmemłany. Świat jest rozmemłany. Wszystko się topi, paruje, klei się do skóry. Sierpień to ukojenie. Jest jak eutanazja po wieloletniej walce z rakiem.

Przynajmniej dla kogoś, kto w wakacje nie pracuje.


Ciekawe, co nauczyciele myślą o sierpniu. Lubicie sierpień? To port równowagi widoczny na horyzoncie rozmemłanych wakacji? A może gówniaki skutecznie niweczą wizję nadchodzącego jesiennego chłodku?
Czytaj dalej

Łatki


Jestem nerwowa. Wręcz znerwicowana. Walczę z tym od lat. Codziennie choruję na setki nieuleczalnych chorób. Kilka razy dziennie zjadam coś zatrutego, popsutego lub przeleżanego na słońcu. Po każdej wizycie u kosmetyczki i dentysty szukam szczepionek na sepsę, moje pieprzyki codziennie rosną o 130%, wpisuję w Google każde ukłucie gdziekolwiek i szukam karnetów na comiesięczne kompleksowe badanie profilaktyczne. Dla siebie i najbliższych.

Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że szukam przyczyny u złych lekarzy. Że interniści nie leczą głowy.

Ale czasem, raz na jakiś czas, sporadycznie zdarza się, że coś faktycznie mi jest. Nieważne, czy to przeziębienie, zatrucie pokarmowe czy udar słoneczny. Bez względu na to, jakie mam fizyczne objawy, społeczeństwo zawsze przykleja mi łatkę nerwicy. Paranoik on board.

Pewnie przez większość czasu mają rację. Ale czy to, że zazwyczaj tylko wydaje mi się, że coś się dzieje oznacza, że nigdy się nie zdarzy? Może akurat w 1 na 100 przypadków to ja mam rację.
Zdecydowanie wolę jeździć w razie potrzeby na nocną i świąteczną opiekę zdrowotną, niż do mojej lekarz rodzinnej, która nakleja mi na czole etykietę z napisem „nerwowość”, jeszcze zanim zamknę drzwi do jej gabinetu. Nawet nie kryje się z tym, że mnie nie słucha i za każdym razem odsyła ze skierowaniem do Abramowic.

Nie mówię, że wszyscy ludzie nie mają racji. Oczywiście, że mam paranoję i 90% objawów wszystkiego dzieje się tylko w mojej głowie. Ale 10% mogą stanowić faktyczne problemy zdrowotne, groźne lub nie. I nieważne, czy wynikają z wzmożonej produkcji kortyzolu czy nie, każdy człowiek zasługuje na pomoc. Nawet, kiedy przez większość czasu sam siebie lekceważy, bo wie, że tak naprawdę nie umrze. W tym jednym przypadku na 100 może akurat zdarzyć się tak, że umrze. A wtedy lekceważenie okaże się poważnym uchybieniem.

Nie musi to być akurat kwestia zdrowia. Przyklejanie łatek zdarza się w każdej dziedzinie życia. Łatka pustej blondynki, pomimo że prowadzisz swoją firmę, skończyłaś trzy kierunki i płynnie mówisz po wietnamsku. Łatka boidupy, jeśli boisz się kilku „wielkich” rzeczy, jak wysokość, ciemność, pająki czy krew. Może akurat Twoim marzeniem jest zanurkować na milion metrów, ale każdy to wyśmiewa, bo przecież jesteś taką boidupą i nigdy tego nie zrobisz. Nie jesz mięsa, lubisz aktywność fizyczną i lubisz smak karmelowej latte ze Stara? Szalony weganin-hipster już na Twoim czole. Pracujesz w telewizji, radiu albo prasie? Wstrętna dziennikarska hiena, szukająca sensacji w ludzkich tragediach!

I może nawet czasem palniesz, że Himalaje to piękny kraj. Może zaczniesz hiperwentylować na wieży widokowej ze strachu przed upadkiem. I być może nawet ubierzesz czerwone skarpetki od Pierre Cardin do żółtych Vansów, a na głowę założysz kaszkiecik. I każdy zapamięta właśnie to. Nie to, że podpisałaś superkorzystny kontrakt z Japonią. Nie to, że pomogłeś potrąconemu człowiekowi z przeciętą tętnicą udową. I absolutnie nie to, że od kilku lat nie zachorowałeś dzięki dobrej diecie i dobrze dobranym planom treningowym.

Każdy widzi tylko łatkę.

Czytaj dalej

Pogotowie mieszkaniowe


Nie umiem oszczędzać. Pewnie już to wiecie, wspominałam o tym przy okazji niedawnego wpisu, w którym swój zakupoholizm i brak jakichkolwiek oszczędności broniłam argumentem o trumnie, do której możemy włożyć nawet trzysta tysięcy dowolnej waluty, a i tak w konfrontacji ze św. Piotrem nic to nie da, zatem lepiej je wydać.

Ale teraz jestem w takim momencie, że potrzebuję jak najwięcej bieżących oszczędności, bo wynajęłam śliczne mieszkanie na obrzeżach Lublina. Choć jest piękne, to dla nas nie dość umeblowane. Sporo w nim brakuje i potrzebujemy setki rzeczy.

Pssst…i wszystko na mojej głowie.

Potrzebujemy miliona rzeczy. Nie mamy jeszcze pojemnej szafy z lustrem (bluzy mojego K. zajmują więcej miejsca niż wszystkie moje 24 płaszcze), biurek do pracy, krzeseł (najlepiej barowych) do kuchni, lampek nocnych, lampek biurkowych, odkurzacza, opiekacza, garnków, talerzy, miseczek, sreczek, siedemdziesięciu dwóch pojemników na wszystko, szafki do przedpokoju, trzymajki na papier toaletowy, niezbędnych do życia miedzianych koszyczków, świeczek, lampionów i wielu, wielu innych pierdół. Nie mamy też kołdry, która spełniałaby wymiary naszego łóżka. 

Wynajmowanie mieszkania z tak dużym łóżkiem to zbrodnia przeciw oszczędzaniu.

Tyle rzeczy do kupienia! Powinnam solidnie „zacisnąć pasa” i przez kolejne 2 miesiące sukcesywnie zdradzać swoje prywatne potrzeby z wyposażeniem domów. A co kupiłam w ostatnim czasie?

Dwie pary sandałków na szpilce.

Próbowałam się przekonać, że wcale ich nie potrzebuję. Naprawdę próbowałam. Że zaraz skończą się ciepłe dni i trzeba będzie nosić zabudowane buty. Ale na sekundę pojawiła się w mojej żółtej głowie myśl, że człowiek ma prawo do butów! Na moje nieszczęście to była akurat ta sekunda, w której rozważałam kliknięcie przycisku „opłać zamówienie”.

Przykryję się butami. I tak nie mam szafy, do której mogę je włożyć.

Czy istnieją weekendowe kursy, które uczą, jak kupować to, co faktycznie jest potrzebne? Te dwie pary butów spokojnie mogłyby pokryć koszt odkurzacza, co pozwoliłoby mi nie latać na miotle. Teraz przynajmniej będę latać w ładnych butach.

Nie mamy pościeli. Nie mamy nawet kołdry. Ale ja mam buty. Cóż ważniejszego, niż buty! Buty spełniają w domu tyle funkcji! Można się nimi na przykład przykryć albo zamieszać szpilką zupę. I wino otworzą.

Jestem odporna na wiedzę. W zeszłe wakacje przeczytałam Slow fashion i pomyślałam „dobra!” Zebrałam ciuchy, których nie noszę albo takie, które są w złym rozmiarze, albo takie, które są już znoszone i co zrobiłam? Włożyłam je do pustej szafki, która czekała na zagospodarowanie. Bo może kiedyś.

Nie mam kołdry.

 Ze wszystkich meblowych sklepów pozbierałam wszystkie możliwe katalogi. Leżą na stolę tuż koło mnie i czekają, aż je przeglądnę i zaplanuję budżet. Ale znacznie łatwiej odebrać maila z apki na telefonie, w którym newsletter informuje mnie, że ta wspaniała sieciówka pozbywa się sukienek i wszystko jest minus siedemset.

Nie kupiłam jeszcze żadnej sukienki. Usiłuję sobie wmówić, że nie mam kołdry.

Sukienką przykryję się lepiej, niż butami.

Potrzebuję kołdry. I weekendowego kursu kupowania szafy zamiast butów. Halo? Policja? Zaginęły mi pieniądze. I nie mam kołdry.



Czytaj dalej

Co dobrego w lipcu?



Idąc w myśl zasady good vibes only  postanowiłam wprowadzić na bloga coś w rodzaju nowego cyklu. Z każdego miesiąca postaram się wyciągnąć jak najwięcej pozytywów. I właśnie dziś zaczynam!

1. Rodzinne spendy - przełom czerwca i lipca to czas, w którym w naszym domu dużo się działo. "Na co dzień" mam małą rodzinę, dlatego lubię wszystkie okazje, w których możemy się zebrać razem i jest nas trochę więcej.

2. Odkryłam tofu - że też kiedyś tak bardzo się przed nim broniłam. Myślałam, że nie ma smaku i że o ile przekonałam się do soi i awokado, tak do tofu nie ma mowy. Jak dobrze, że się myliłam. Tofu to moje odkrycie miesiąca i na pewno zostanie ze mną na dłużej. Jeśli znacie przepisy z jego wykorzystaniem, piszcie! #TofuMniam

3. Pokonałam zęba - z moją dolną "szóstką" walczę od podstawówki. Ciągle coś było z nią nowego. Ciągle nowi dentyści wmawiali mi, że nigdy nie miałam w nim kanałowego, i że oni mnie wyleczą kanałowo. I tak w koło Macieju. W końcu mój organizm osiągnął apogeum tolerancji dla bolącego towarzysza i japa spuchła mi jakbym napchała sobie do niej ziemniaków. Wiłam się na łóżku dwa dni, zanim dałam się zawlec do chirurga, który pozbył się problemu w mniej niż dziesięć minut. Obym nie musiała więcej mieć z tym obszarem paszczy żadnych problemów!

4. Nadrobiłam czasopisma - w ciągu ostatniego roku studiów byłam tak pochłonięta pisaniem licencjatu i wymyślaniem kolejnych wymówek, żeby tego nie robić, że kupka gazet "kupiłam, kiedyś przeczytam" rosła i rosła i rosła. W lipcu udało mi się przeczytać wszystko, korzystając z ciepłych, acz nie upalnych dni. :)

5. Dostałam się na studia - i to do dwóch miast, na 3 kierunki! Choć nadal mocno marzę o ukochanej Łodzi, ostatecznie zdecydowaliśmy się na Lublin i to będzie nasz dom przez kolejne dwa lata. A potem się zobaczy. Póki co cieszę się, że największy stres już minął. :)

6. Odwiedziłam Łódź - drobiazg, ale dla mnie to kupa radości. Choć deszcz zacinał do wieczora, mogłam dreptać po "moich" ulicach, przejechać się  moją "trójką", wypić dobrą kawę, odkryć nowe miejsca na Piotrkowskiej i poczuć niesamowity klimat tego miasta. Oby takich wyjazdów więcej :)

Chyba tyle z dobrych rzeczy, które wydarzyły się w lipcu. Po więcej zapraszam za miesiąc, bo sierpień się zaczął, a tu się już sporo dzieje! Good Vibes Only!

Czytaj dalej

Syndrom Sztokholmski


Może na początku mały disclaimer: pewnie jak większość osób tworzących blogi, wiele postów piszę wcześniej i trzymam w folderze, gdzie czekają na swoją kolej. Tak było też z tym postem. Pisany w autobusie z Rzeszowa do mojej rodzinnej miejscowości, jest mocno obudowany emocjami, które wtedy były świeże i miały znacznie większą moc. Dzisiaj, końcem lipca, te emocje już nieco zelżały, opadły. Niemniej jednak te uczucia towarzyszyły mi bardzo długo, bo pewnie z pół roku, dlatego też postanowiłam opublikować ten wpis. Pomimo że dziś nie ma takiej siły jak wtedy, zapraszam.


Ci z Was, którzy czytają bądź kiedyś trafili na mojego pierwszego bloga (który niestety trochę obumiera po tym, jak minęła mi faza na kupowanie wszystkiego po to, żeby to mieć), mogli trafić na wpis sprzed 3 lat, który stanowi niejako fotorelację z mojego studenckiego miasta – Rzeszowa. To ta mała plamka na dole, po prawej stronie mapy. W poście tym wspominałam, że jest to miasto, w którym „na 3 lata utknęłam”. Ostatnie słowo pogrubiłam, żeby przypadkiem nikt nie przeoczył informacji, że jest mi źle, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie dla obcych mi ludzi. Dzisiaj minęły trzy lata i poczucie nienawiści nieco się zatarło. Dlaczego?

PRZYJAZNY AZYL

Dla mieszkańców kresów wschodnich i Bieszczad, Rzeszów to miasto, do którego studenci przyjeżdżają, bo jest im tak wygodnie. To najbliżej położone miasto uniwersyteckie (może poza Jarosławiem, ale pozwólcie, że przemilczę temat tamtejszej uczelni), dlatego studiowanie tam jest komfortowe – blisko do domu, do maminych słoików, utrzymanie wynosi niewiele i miasto jest na tyle małe, że trudno się w nim zgubić. Jest też druga część studentów – ci, dla których Rzeszów to moment przejściowy.

I tak było ze mną. Wyszarpnięta z ukochanej Łodzi, nie chciałam jechać gdzieś, gdzie jest daleko do domu. Ot, przywiązanie do rodziny i zero umiejętności życia w społeczeństwie. Rzucona na głęboką wodę województwa łódzkiego, chciałam mieć możliwość ucieczki. Postawiłam na Rzeszów i przez pierwszy rok szczerze tym miastem gardziłam. Było ciasne, duszne, a uczelnia rozmemłana do granic możliwości. Czułam, jakby boczne ściany mojej egzystencji powoli się przysuwały, zbliżały do siebie. A ja byłam w środku.

U MNIE W ŁODZI

‘Bo w Łodzi to nie do pomyślenia”, „A u mnie w Łodzi…, „Bo w Łodzi to…”
Wyniosłam to miasto do rangi stolicy europejskiej. Warczałam na każdego, kto uznał, że Łódź jest szara i brudna. „Bo szary i brudny to jest Kraków i jego odrapane mury”. Takiego myślenia nie wyzbyłam się do dzisiaj. I do dzisiaj podziwiam ludzi, którzy z własnej woli jadą do Krakowa, bo to tak jakby wpisali się na listę chętnych do pracy w Auschwitz. Tak jak oni podziwiają mnie i moją łódzką miłość do starych kamienic.

Na drugim roku studiów zmieniłam status na fejsbuku i mogłam śmiało powiedzieć, że Rzeszów dał mi coś dobrego od siebie. Chłopaka, który też zupełnie przypadkiem znalazł się w tym mieście, na tej uczelni, na tym kierunku. Niemniej, nadal było ciężko i tylko ze względu na niego nie zdecydowałam się rzucić kolejnych studiów, których tak nienawidziłam.

MIASTO NOCĄ

W końcu zaczęłam wychodzić do ludzi z moich bezpiecznych czterech ścian. Zobaczyłam Rzeszów nocą i przemknęło mi przez myśl, że może nie jest tak źle. Noc ma w sobie takie czary-mary, które zamieniają zwykłe miasto we wspaniałą, oświetloną przestrzeń. Każde miasto. Poza Krakowem. Powoli zaczęłam myśleć, że nawet lubię to moje małe miasteczko.

Lada dzień wyprowadzam się z mojego słonecznego mieszkania na Drabiniance i zaczynam czuć niezrozumiałą nostalgię, może nawet rozpacz. Przez 3 lata tak bardzo przywiązałam się do miasta, którego byłam niewolnikiem, że trudno mi wyrwać się z tej niewoli. Kiedy jadę autobusem, już nie psioczę, że to nie tramwaj. Miasto nadal jest małe, ale urosło w moich oczach. Dopiero rozstanie pozwala mi dostrzec jego nowoczesność, której Łódź nadal nie osiągnęła. Dopiero teraz dostrzegam uroki Wisłoka i zdaję sobie sprawę, że jak trafię kiedykolwiek do Łodzi, będzie mi bardzo brakować rzeki i przybrzeżnych tras rowerowych. Rozwód z Rzeszowem uświadamia mi, że tak naprawdę od dawna je lubię. Ale przez to, że je polubiłam, tak trudno mi z niego wyjechać. Już nie chcę uciec z miasta, w którym utknęłam.

Macie podobne doświadczenia?

Czytaj dalej

Trumna nie ma kieszeni


Czasem zdarza mi się wyczyścić sobie konto do zera lub niemal zera między jedną wypłatą a drugą. Są tacy, którzy powiedzą „nie umiesz oszczędzać. Zawsze trzeba mieć zaskórniaka”. I czasem mam. Ale czasem nie mam. I nie ma w tym nic złego.

Ile razy spotykam ludzi w kwiecie wieku albo dziadziuszki, które na koncie (albo w skarpecie) mają kilkanaście tysięcy złotych, a na obiad jedzą ziemniaki polane śmietaną. Przez cały tydzień.
Zapytani, po co, odpowiadają „na czarną godzinę”. Ale co to jest czarna godzina i jak wymagająca musi być, żeby pochłaniać kilkanaście tysięcy?

Oczywiście, dobrze jest odłożyć trochę grosza na niespodziewane wybicie klopa, operację katarakty w Stanach czy wizytę ciotki Karyny. Ale skoro już mamy sporo, dlaczego części nie możemy wydać na wakacje na Fuercie, nowe meble do salonu albo sukienkę od Valentino? Co później? Zabierzecie te tysiące do grobu?

Trumna nie ma kieszeni. Święty Piotr jest nieprzekupny i na nic te wszystkie pambyliony  franków kambodżańskich. A oszczędzanie na trudne czasy? Oczywiście, mój bank co miesiąc zabiera mi określoną kwotę i przerzuca na dobrze oprocentowaną lokatę, dzięki czemu za jakiś czas będę miała wystarczającą kwotę, żeby zrobić prawo jazdy, studia podyplomowe i kupić w Ikei system PAX.
Oszczędzajmy z głową. Jasne, że niezdrowo jest co miesiąc zerować swój rachunek (tak jak robię to ja, bo przecież była promocja na wszystko), ale szparowanie każdej złotówki kosztem własnej wygody też nie należy do najmądrzejszych zachowań motorycznych świata.

Kupcie sobie za to basen i czilujcie przez wakacje, może akurat umrzecie końcem listopada. I na co te wszystkie ruble? Zasiłek pogrzebowy spokojnie wystarczy na Wasz festyn pogrzebawczy, nie potrzebujecie fajerwerków, płyty ze stali nierdzewnej i wielkiego pomnika Westy. Ale to temat na pierwszolistopadowy ból dupki.

Czytaj dalej