Sierpniove love



Późnosierpniowe słońce nie grzeje tak mocno. Jest zdecydowanie najlepsze z całych wakacji. Lepsze jest już tylko listopadowe. Bo go nie ma.

Sierpień to taki wspaniały czas, kiedy pomimo relatywnie wysokich temperatur nie zdarzają się sytuacje, w których wychodzisz wywiesić pranie, a po dziesięciu minutach wracasz z poparzeniem czwartego stopnia. Kiedy powietrze swoim ciężarem nie przyciska Cię do ziemi. Kiedy oddychasz, a nie sapiesz. Kiedy pot czasem spływa Ci po czole, ale rzadko robi pielgrzymkę od karku do odbytu. I makijaż przestaje być świętem ruchomym.

W sierpniu jest ciepło. Temperatura jest na tyle wyrównana, że pozwala nie parzyć się w słońcu przy jednoczesnym marznięciu w cieniu. „Ciepło” to takie przyjemnie neutralne słowo, osadzone gdzieś pomiędzy „zimno” a „upalnie”. „Ciepło” i „chłodno” to fajne słowa. Lepsze nawet, niż „czekolada”.

Sierpień to też czas, kiedy niektórzy (w tym ja) odczuwają powiew czasu. Z drzewa w ogrodzie spadają gruszki. Pranie nie schnie już tak szybko. Liście powoli zaczynają się przebarwiać. Carrefour i Lidl zaczynają licytować najniższe ceny zeszytów i bloków, a szkoły są desperacko malowane i sprzątane. I na rowerze częściej się marznie.

Coraz szybciej zachodzi słońce. Wychodząc ze znajomymi, musisz liczyć się z tym, że będziesz potrzebował kurtki. Albo bluzy. Albo przynajmniej cienkiego sweterka. Powoli zanikają krótkie spodenki, odsłaniające sporą część pośladków. Damskich oczywiście. To ten czas, kiedy możesz zoptymalizować temperaturę ciała, zakładając długie spodnie i koszulkę na szelki.

Sierpień osobiście kojarzy mi się z jesienią. Jest bardziej bratem września niż lipca. Bliżej zimy niż lata. To absurdalne. Ale kiedy myślę o sierpniu, myślę o szkole. O przygotowaniach do kolejnego roku nauki. O wrześniowych popołudniach, kiedy pod winogronowym płaszczem męczyłam się z najprostszymi równaniami, aby chociaż raz odrobić zadanie w całości. I wiesz co? Zawsze potrafiłam zrobić zadania z gwiazdką, te dla „szóstkowych”. Rzadko te bejzikowe. I choć dzisiaj nie mam problemu z funkcją kwadratową, nadal nie rozumiem logarytmów. I dziedzin.

Sierpień to spokój wewnętrzny. Kończą się wakacje. I mimo że budzik już zaciera ręce jak chciwy Żyd, że będzie mógł znowu dzwonić o 6, wraca rutyna. Sierpień to dla mnie ostatnie dni przed powrotem regularnego cyklu dobowego. W wakacje wszystko jest rozmemłane. Człowiek jest rozmemłany. Świat jest rozmemłany. Wszystko się topi, paruje, klei się do skóry. Sierpień to ukojenie. Jest jak eutanazja po wieloletniej walce z rakiem.

Przynajmniej dla kogoś, kto w wakacje nie pracuje.


Ciekawe, co nauczyciele myślą o sierpniu. Lubicie sierpień? To port równowagi widoczny na horyzoncie rozmemłanych wakacji? A może gówniaki skutecznie niweczą wizję nadchodzącego jesiennego chłodku?
Czytaj dalej

Łatki


Jestem nerwowa. Wręcz znerwicowana. Walczę z tym od lat. Codziennie choruję na setki nieuleczalnych chorób. Kilka razy dziennie zjadam coś zatrutego, popsutego lub przeleżanego na słońcu. Po każdej wizycie u kosmetyczki i dentysty szukam szczepionek na sepsę, moje pieprzyki codziennie rosną o 130%, wpisuję w Google każde ukłucie gdziekolwiek i szukam karnetów na comiesięczne kompleksowe badanie profilaktyczne. Dla siebie i najbliższych.

Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że szukam przyczyny u złych lekarzy. Że interniści nie leczą głowy.

Ale czasem, raz na jakiś czas, sporadycznie zdarza się, że coś faktycznie mi jest. Nieważne, czy to przeziębienie, zatrucie pokarmowe czy udar słoneczny. Bez względu na to, jakie mam fizyczne objawy, społeczeństwo zawsze przykleja mi łatkę nerwicy. Paranoik on board.

Pewnie przez większość czasu mają rację. Ale czy to, że zazwyczaj tylko wydaje mi się, że coś się dzieje oznacza, że nigdy się nie zdarzy? Może akurat w 1 na 100 przypadków to ja mam rację.
Zdecydowanie wolę jeździć w razie potrzeby na nocną i świąteczną opiekę zdrowotną, niż do mojej lekarz rodzinnej, która nakleja mi na czole etykietę z napisem „nerwowość”, jeszcze zanim zamknę drzwi do jej gabinetu. Nawet nie kryje się z tym, że mnie nie słucha i za każdym razem odsyła ze skierowaniem do Abramowic.

Nie mówię, że wszyscy ludzie nie mają racji. Oczywiście, że mam paranoję i 90% objawów wszystkiego dzieje się tylko w mojej głowie. Ale 10% mogą stanowić faktyczne problemy zdrowotne, groźne lub nie. I nieważne, czy wynikają z wzmożonej produkcji kortyzolu czy nie, każdy człowiek zasługuje na pomoc. Nawet, kiedy przez większość czasu sam siebie lekceważy, bo wie, że tak naprawdę nie umrze. W tym jednym przypadku na 100 może akurat zdarzyć się tak, że umrze. A wtedy lekceważenie okaże się poważnym uchybieniem.

Nie musi to być akurat kwestia zdrowia. Przyklejanie łatek zdarza się w każdej dziedzinie życia. Łatka pustej blondynki, pomimo że prowadzisz swoją firmę, skończyłaś trzy kierunki i płynnie mówisz po wietnamsku. Łatka boidupy, jeśli boisz się kilku „wielkich” rzeczy, jak wysokość, ciemność, pająki czy krew. Może akurat Twoim marzeniem jest zanurkować na milion metrów, ale każdy to wyśmiewa, bo przecież jesteś taką boidupą i nigdy tego nie zrobisz. Nie jesz mięsa, lubisz aktywność fizyczną i lubisz smak karmelowej latte ze Stara? Szalony weganin-hipster już na Twoim czole. Pracujesz w telewizji, radiu albo prasie? Wstrętna dziennikarska hiena, szukająca sensacji w ludzkich tragediach!

I może nawet czasem palniesz, że Himalaje to piękny kraj. Może zaczniesz hiperwentylować na wieży widokowej ze strachu przed upadkiem. I być może nawet ubierzesz czerwone skarpetki od Pierre Cardin do żółtych Vansów, a na głowę założysz kaszkiecik. I każdy zapamięta właśnie to. Nie to, że podpisałaś superkorzystny kontrakt z Japonią. Nie to, że pomogłeś potrąconemu człowiekowi z przeciętą tętnicą udową. I absolutnie nie to, że od kilku lat nie zachorowałeś dzięki dobrej diecie i dobrze dobranym planom treningowym.

Każdy widzi tylko łatkę.

Czytaj dalej

Pogotowie mieszkaniowe


Nie umiem oszczędzać. Pewnie już to wiecie, wspominałam o tym przy okazji niedawnego wpisu, w którym swój zakupoholizm i brak jakichkolwiek oszczędności broniłam argumentem o trumnie, do której możemy włożyć nawet trzysta tysięcy dowolnej waluty, a i tak w konfrontacji ze św. Piotrem nic to nie da, zatem lepiej je wydać.

Ale teraz jestem w takim momencie, że potrzebuję jak najwięcej bieżących oszczędności, bo wynajęłam śliczne mieszkanie na obrzeżach Lublina. Choć jest piękne, to dla nas nie dość umeblowane. Sporo w nim brakuje i potrzebujemy setki rzeczy.

Pssst…i wszystko na mojej głowie.

Potrzebujemy miliona rzeczy. Nie mamy jeszcze pojemnej szafy z lustrem (bluzy mojego K. zajmują więcej miejsca niż wszystkie moje 24 płaszcze), biurek do pracy, krzeseł (najlepiej barowych) do kuchni, lampek nocnych, lampek biurkowych, odkurzacza, opiekacza, garnków, talerzy, miseczek, sreczek, siedemdziesięciu dwóch pojemników na wszystko, szafki do przedpokoju, trzymajki na papier toaletowy, niezbędnych do życia miedzianych koszyczków, świeczek, lampionów i wielu, wielu innych pierdół. Nie mamy też kołdry, która spełniałaby wymiary naszego łóżka. 

Wynajmowanie mieszkania z tak dużym łóżkiem to zbrodnia przeciw oszczędzaniu.

Tyle rzeczy do kupienia! Powinnam solidnie „zacisnąć pasa” i przez kolejne 2 miesiące sukcesywnie zdradzać swoje prywatne potrzeby z wyposażeniem domów. A co kupiłam w ostatnim czasie?

Dwie pary sandałków na szpilce.

Próbowałam się przekonać, że wcale ich nie potrzebuję. Naprawdę próbowałam. Że zaraz skończą się ciepłe dni i trzeba będzie nosić zabudowane buty. Ale na sekundę pojawiła się w mojej żółtej głowie myśl, że człowiek ma prawo do butów! Na moje nieszczęście to była akurat ta sekunda, w której rozważałam kliknięcie przycisku „opłać zamówienie”.

Przykryję się butami. I tak nie mam szafy, do której mogę je włożyć.

Czy istnieją weekendowe kursy, które uczą, jak kupować to, co faktycznie jest potrzebne? Te dwie pary butów spokojnie mogłyby pokryć koszt odkurzacza, co pozwoliłoby mi nie latać na miotle. Teraz przynajmniej będę latać w ładnych butach.

Nie mamy pościeli. Nie mamy nawet kołdry. Ale ja mam buty. Cóż ważniejszego, niż buty! Buty spełniają w domu tyle funkcji! Można się nimi na przykład przykryć albo zamieszać szpilką zupę. I wino otworzą.

Jestem odporna na wiedzę. W zeszłe wakacje przeczytałam Slow fashion i pomyślałam „dobra!” Zebrałam ciuchy, których nie noszę albo takie, które są w złym rozmiarze, albo takie, które są już znoszone i co zrobiłam? Włożyłam je do pustej szafki, która czekała na zagospodarowanie. Bo może kiedyś.

Nie mam kołdry.

 Ze wszystkich meblowych sklepów pozbierałam wszystkie możliwe katalogi. Leżą na stolę tuż koło mnie i czekają, aż je przeglądnę i zaplanuję budżet. Ale znacznie łatwiej odebrać maila z apki na telefonie, w którym newsletter informuje mnie, że ta wspaniała sieciówka pozbywa się sukienek i wszystko jest minus siedemset.

Nie kupiłam jeszcze żadnej sukienki. Usiłuję sobie wmówić, że nie mam kołdry.

Sukienką przykryję się lepiej, niż butami.

Potrzebuję kołdry. I weekendowego kursu kupowania szafy zamiast butów. Halo? Policja? Zaginęły mi pieniądze. I nie mam kołdry.



Czytaj dalej

Co dobrego w lipcu?



Idąc w myśl zasady good vibes only  postanowiłam wprowadzić na bloga coś w rodzaju nowego cyklu. Z każdego miesiąca postaram się wyciągnąć jak najwięcej pozytywów. I właśnie dziś zaczynam!

1. Rodzinne spendy - przełom czerwca i lipca to czas, w którym w naszym domu dużo się działo. "Na co dzień" mam małą rodzinę, dlatego lubię wszystkie okazje, w których możemy się zebrać razem i jest nas trochę więcej.

2. Odkryłam tofu - że też kiedyś tak bardzo się przed nim broniłam. Myślałam, że nie ma smaku i że o ile przekonałam się do soi i awokado, tak do tofu nie ma mowy. Jak dobrze, że się myliłam. Tofu to moje odkrycie miesiąca i na pewno zostanie ze mną na dłużej. Jeśli znacie przepisy z jego wykorzystaniem, piszcie! #TofuMniam

3. Pokonałam zęba - z moją dolną "szóstką" walczę od podstawówki. Ciągle coś było z nią nowego. Ciągle nowi dentyści wmawiali mi, że nigdy nie miałam w nim kanałowego, i że oni mnie wyleczą kanałowo. I tak w koło Macieju. W końcu mój organizm osiągnął apogeum tolerancji dla bolącego towarzysza i japa spuchła mi jakbym napchała sobie do niej ziemniaków. Wiłam się na łóżku dwa dni, zanim dałam się zawlec do chirurga, który pozbył się problemu w mniej niż dziesięć minut. Obym nie musiała więcej mieć z tym obszarem paszczy żadnych problemów!

4. Nadrobiłam czasopisma - w ciągu ostatniego roku studiów byłam tak pochłonięta pisaniem licencjatu i wymyślaniem kolejnych wymówek, żeby tego nie robić, że kupka gazet "kupiłam, kiedyś przeczytam" rosła i rosła i rosła. W lipcu udało mi się przeczytać wszystko, korzystając z ciepłych, acz nie upalnych dni. :)

5. Dostałam się na studia - i to do dwóch miast, na 3 kierunki! Choć nadal mocno marzę o ukochanej Łodzi, ostatecznie zdecydowaliśmy się na Lublin i to będzie nasz dom przez kolejne dwa lata. A potem się zobaczy. Póki co cieszę się, że największy stres już minął. :)

6. Odwiedziłam Łódź - drobiazg, ale dla mnie to kupa radości. Choć deszcz zacinał do wieczora, mogłam dreptać po "moich" ulicach, przejechać się  moją "trójką", wypić dobrą kawę, odkryć nowe miejsca na Piotrkowskiej i poczuć niesamowity klimat tego miasta. Oby takich wyjazdów więcej :)

Chyba tyle z dobrych rzeczy, które wydarzyły się w lipcu. Po więcej zapraszam za miesiąc, bo sierpień się zaczął, a tu się już sporo dzieje! Good Vibes Only!

Czytaj dalej

Syndrom Sztokholmski


Może na początku mały disclaimer: pewnie jak większość osób tworzących blogi, wiele postów piszę wcześniej i trzymam w folderze, gdzie czekają na swoją kolej. Tak było też z tym postem. Pisany w autobusie z Rzeszowa do mojej rodzinnej miejscowości, jest mocno obudowany emocjami, które wtedy były świeże i miały znacznie większą moc. Dzisiaj, końcem lipca, te emocje już nieco zelżały, opadły. Niemniej jednak te uczucia towarzyszyły mi bardzo długo, bo pewnie z pół roku, dlatego też postanowiłam opublikować ten wpis. Pomimo że dziś nie ma takiej siły jak wtedy, zapraszam.


Ci z Was, którzy czytają bądź kiedyś trafili na mojego pierwszego bloga (który niestety trochę obumiera po tym, jak minęła mi faza na kupowanie wszystkiego po to, żeby to mieć), mogli trafić na wpis sprzed 3 lat, który stanowi niejako fotorelację z mojego studenckiego miasta – Rzeszowa. To ta mała plamka na dole, po prawej stronie mapy. W poście tym wspominałam, że jest to miasto, w którym „na 3 lata utknęłam”. Ostatnie słowo pogrubiłam, żeby przypadkiem nikt nie przeoczył informacji, że jest mi źle, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie dla obcych mi ludzi. Dzisiaj minęły trzy lata i poczucie nienawiści nieco się zatarło. Dlaczego?

PRZYJAZNY AZYL

Dla mieszkańców kresów wschodnich i Bieszczad, Rzeszów to miasto, do którego studenci przyjeżdżają, bo jest im tak wygodnie. To najbliżej położone miasto uniwersyteckie (może poza Jarosławiem, ale pozwólcie, że przemilczę temat tamtejszej uczelni), dlatego studiowanie tam jest komfortowe – blisko do domu, do maminych słoików, utrzymanie wynosi niewiele i miasto jest na tyle małe, że trudno się w nim zgubić. Jest też druga część studentów – ci, dla których Rzeszów to moment przejściowy.

I tak było ze mną. Wyszarpnięta z ukochanej Łodzi, nie chciałam jechać gdzieś, gdzie jest daleko do domu. Ot, przywiązanie do rodziny i zero umiejętności życia w społeczeństwie. Rzucona na głęboką wodę województwa łódzkiego, chciałam mieć możliwość ucieczki. Postawiłam na Rzeszów i przez pierwszy rok szczerze tym miastem gardziłam. Było ciasne, duszne, a uczelnia rozmemłana do granic możliwości. Czułam, jakby boczne ściany mojej egzystencji powoli się przysuwały, zbliżały do siebie. A ja byłam w środku.

U MNIE W ŁODZI

‘Bo w Łodzi to nie do pomyślenia”, „A u mnie w Łodzi…, „Bo w Łodzi to…”
Wyniosłam to miasto do rangi stolicy europejskiej. Warczałam na każdego, kto uznał, że Łódź jest szara i brudna. „Bo szary i brudny to jest Kraków i jego odrapane mury”. Takiego myślenia nie wyzbyłam się do dzisiaj. I do dzisiaj podziwiam ludzi, którzy z własnej woli jadą do Krakowa, bo to tak jakby wpisali się na listę chętnych do pracy w Auschwitz. Tak jak oni podziwiają mnie i moją łódzką miłość do starych kamienic.

Na drugim roku studiów zmieniłam status na fejsbuku i mogłam śmiało powiedzieć, że Rzeszów dał mi coś dobrego od siebie. Chłopaka, który też zupełnie przypadkiem znalazł się w tym mieście, na tej uczelni, na tym kierunku. Niemniej, nadal było ciężko i tylko ze względu na niego nie zdecydowałam się rzucić kolejnych studiów, których tak nienawidziłam.

MIASTO NOCĄ

W końcu zaczęłam wychodzić do ludzi z moich bezpiecznych czterech ścian. Zobaczyłam Rzeszów nocą i przemknęło mi przez myśl, że może nie jest tak źle. Noc ma w sobie takie czary-mary, które zamieniają zwykłe miasto we wspaniałą, oświetloną przestrzeń. Każde miasto. Poza Krakowem. Powoli zaczęłam myśleć, że nawet lubię to moje małe miasteczko.

Lada dzień wyprowadzam się z mojego słonecznego mieszkania na Drabiniance i zaczynam czuć niezrozumiałą nostalgię, może nawet rozpacz. Przez 3 lata tak bardzo przywiązałam się do miasta, którego byłam niewolnikiem, że trudno mi wyrwać się z tej niewoli. Kiedy jadę autobusem, już nie psioczę, że to nie tramwaj. Miasto nadal jest małe, ale urosło w moich oczach. Dopiero rozstanie pozwala mi dostrzec jego nowoczesność, której Łódź nadal nie osiągnęła. Dopiero teraz dostrzegam uroki Wisłoka i zdaję sobie sprawę, że jak trafię kiedykolwiek do Łodzi, będzie mi bardzo brakować rzeki i przybrzeżnych tras rowerowych. Rozwód z Rzeszowem uświadamia mi, że tak naprawdę od dawna je lubię. Ale przez to, że je polubiłam, tak trudno mi z niego wyjechać. Już nie chcę uciec z miasta, w którym utknęłam.

Macie podobne doświadczenia?

Czytaj dalej

Trumna nie ma kieszeni


Czasem zdarza mi się wyczyścić sobie konto do zera lub niemal zera między jedną wypłatą a drugą. Są tacy, którzy powiedzą „nie umiesz oszczędzać. Zawsze trzeba mieć zaskórniaka”. I czasem mam. Ale czasem nie mam. I nie ma w tym nic złego.

Ile razy spotykam ludzi w kwiecie wieku albo dziadziuszki, które na koncie (albo w skarpecie) mają kilkanaście tysięcy złotych, a na obiad jedzą ziemniaki polane śmietaną. Przez cały tydzień.
Zapytani, po co, odpowiadają „na czarną godzinę”. Ale co to jest czarna godzina i jak wymagająca musi być, żeby pochłaniać kilkanaście tysięcy?

Oczywiście, dobrze jest odłożyć trochę grosza na niespodziewane wybicie klopa, operację katarakty w Stanach czy wizytę ciotki Karyny. Ale skoro już mamy sporo, dlaczego części nie możemy wydać na wakacje na Fuercie, nowe meble do salonu albo sukienkę od Valentino? Co później? Zabierzecie te tysiące do grobu?

Trumna nie ma kieszeni. Święty Piotr jest nieprzekupny i na nic te wszystkie pambyliony  franków kambodżańskich. A oszczędzanie na trudne czasy? Oczywiście, mój bank co miesiąc zabiera mi określoną kwotę i przerzuca na dobrze oprocentowaną lokatę, dzięki czemu za jakiś czas będę miała wystarczającą kwotę, żeby zrobić prawo jazdy, studia podyplomowe i kupić w Ikei system PAX.
Oszczędzajmy z głową. Jasne, że niezdrowo jest co miesiąc zerować swój rachunek (tak jak robię to ja, bo przecież była promocja na wszystko), ale szparowanie każdej złotówki kosztem własnej wygody też nie należy do najmądrzejszych zachowań motorycznych świata.

Kupcie sobie za to basen i czilujcie przez wakacje, może akurat umrzecie końcem listopada. I na co te wszystkie ruble? Zasiłek pogrzebowy spokojnie wystarczy na Wasz festyn pogrzebawczy, nie potrzebujecie fajerwerków, płyty ze stali nierdzewnej i wielkiego pomnika Westy. Ale to temat na pierwszolistopadowy ból dupki.

Czytaj dalej

Polisa na życie


Może lepiej sobie odpuść ten wpis, jeśli jesteś szczęśliwą mamą.

***

Mając pięć lat słyszałam od moich rodziców, babci i sąsiadów jak pójdziesz do szkoły, to... W wieku piętnastu lat powtarzano mi jak będziesz dorosła... Po osiągnięciu pełnoletności rozmawianie o szkole niebezpiecznie zmieniło się w jak skończysz studia i pójdziesz do pracy... Dzisiaj mam 22 lata, obroniłam licencjat, jestem na wylocie życia, marzę o własnej firmie i wakacjach na Krecie i jedyne, co zewsząd słyszę to jak będziesz miała dzieci...

No właśnie. A jak nie będę?

Jestem na tym etapie życia, w którym połowa moich koleżanek ma już rodziny - męża, dzieci, chomika, kredyt hipoteczny - druga połowa wpisuje w google jak ugotować makaron. Siebie ustawiłabym gdzieś pośrodku i nijak nie mam poczucia, że to czas na dzieci.
Nie potrzebuję tego. Dziecko krzyczy, defekuje i zabiera czas przeznaczony na osiąganie sukcesu i zaspokajanie egoistycznych pragnień. Zresztą, nie umiem z nimi rozmawiać. Nie rozumiem matek, do których biegnie wysmarowany kupą i torfem gówniak, mówi gaddsashashjaljncb, a one odpowiadają, jakby dzieciak co najmniej mówił po polsku.

Nie chcę dzieci. Chcę robić karierę i wszystkie pieniądze jakie mam wydawać na siebie. I najbliższych. Od czasu do czasu.
#EgoizmTakMocno

A jednak jest w tym wszystkim haczyk. Czasem myślę o starszych paniach, które zagadują mnie na przystanku, żaląc się, że nie mają dzieci i nikt ich nie odwiedza, są samotne i godne współczucia.
Czy ja chcę kiedyś zostać sama? Przewrócić się o balkonik w domu, w którym nikt mnie nie znajdzie?

Może te wszystkie moje koleżanki, które wrzucają na fejsbuki zdjęcia swoich - nie do końca jeszcze wysuszonych z płynów macicznych - dzieci mają w czymś rację? Może poza zakładaniem firmy pod nazwą 500+ macierzyństwo to polisa na życie z ogromnymi składkami?

Przeraża mnie myśl, że mogę zostać całkiem sama w wieku 60-70 lat. Że w tym momencie jestem najmłodszym członkiem mojej rodziny i prawdopodobnie umrę ostatnia. Ale jeszcze bardziej przeraża mnie myśl, że mogłabym udusić się pod ciężarem zużytych pampersów i spróchnieć od ciągłych pretensji zbuntowanego Brajanka i nieszczęśliwej Dżesiki.
Grecka tragedia. Jakkolwiek, to źle.

Kiedy moje rówieśniczki mówią mogłabym już mieć dziecko, rozważam ich poczytalność. Czasem mi z tym głupio i czuję się mniej dorosła od nich. Że w pewnym momencie człowiek musi postrzegać dziecko nie jako koszmar, ale jako obowiązek wobec społeczeństwa, Konstytucji, kościoła i pani Basi z trzeciego piętra.

Czy powinnam traktować dziecko jako obowiązek społeczny i szczepionkę przeciw samotności, poświęcić życie na bezinteresowne podcieranie tyłków, opłacanie dentysty i wycieczek do Stalinogrodu tylko dlatego, że jestem egoistą? Że nie chcę być sama? Czy być szczęśliwą biznesłoman, spełnioną i bogatą, ale konającą w samotności? W mieszkaniu na Tymienieckiego, w którym nikt mnie nie znajdzie, a moje jedenaście kotów zje mnie, zanim zacznę się rozkładać?

Być szczęśliwą całe życie, ale umrzeć bez pewności, że ktoś mnie pochowa czy do śmierci udawać Hioba, ale być spokojnym o swoje zwłoki?
Czytaj dalej

Historia z rąk do rąk


Egzaminy zdane, cztery wspaniałe egzemplarze pracy (z błędem w tytule) wydrukowane, oprawione, pachnące zarwanymi nocami, kawą i melisą, podpisane, odstawione na półkę. Sesja zakończona, termin obrony ustalony, można pozwolić sobie na chwilę odpoczynku.

Gdzie, jeśli nie w rodzinnym mieście?

Zabrałam mojego chłopaka na weekend do siebie, w którym akurat odbywały się dni miasta. W moim przypadku, jest to czas, w którym szare, zwykłe ulice zamieniają się w pełne straganów i muzyki folkowej deptaki. W tym roku przy tej okazji trafiliśmy także na giełdę staroci – ludzie sprzedają stare sprzęty AGD, obrazy olejne, zabytkowe pogrzebacze, miecze, stare płyty winylowe i zjedzone przez czas zapalniczki typu zippo. Wśród wszystkich tych gratów, gdzieś przy ostatnim stoliku, starszy pan sprzedawał monety.

Stos monet. Gdyby to przetopić, można by spokojnie zbudować Golden Gate. Rzuciliśmy się na nie jak małe dzieci. Część z nich ułożona była w klaserach, spora część przeciskała się ze sobą w starej walizce z brązowej skóry.

Rupie, liry, tysiąc złotych z logiem „Solidarności” na rewersie, stare pesos, kopiejki monety z Czechosłowacji, RPA, Francji, z podobiznami królów, cesarzy, filozofów, polityków. Setki, tysiące srebrnych, mosiężnych, pozłacanych – wszystkie, jakie widział świat. Wśród nich samotne, zagubione, poszarzałe, podarowane mi na szczęście, zgubione dwa lata temu.

Pięć jenów.

Nawet nie zastanawiałam się, czy to się opłaca. Zapłaciłam starszemu panu i ze łzami w oczach wrzuciłam monetę do portfela. Już nigdy, nigdy jej nie zgubię!

W tym czasie mój chłopak rzucił „przez ile to rąk musiało przejść”. Faktycznie, nie myślałam o tym dotąd. Ile palców musiało obracać każdą z tych monet. Ile razy każdą z nich podawano z rąk do rąk, wydawano w ramach reszty. Spojrzałam na monetę z Czechosłowacji. Czy jakiś mieszkaniec Pragi ma jeszcze takie w domu? Nie sprzedał i nie wyrzucił, aby zachować pamiątkę kraju, który już dawno nie istnieje? Co myślał Radek Majdan, płacąc w sklepie monetą PZPN z jego podobizną na rewersie? Pomyślałam o ludziach, którzy podpisują banknoty, żeby sprawdzić, kiedy do nich wrócą. Czy kiedyś wracają? Ile razy jedna moneta była w rękach tego samego człowieka, gdy dotykały ją tysiące, miliony dłoni?

Dotąd nie patrzyłam na to w ten sposób. Każda z monet ma swoją historię. Swoje doświadczenia. Swoje wspomnienia. Jak podróżnik. Każda z nich widziała więcej, niż ktokolwiek z nas.

Mój chłopak w międzyczasie wziął temat od innej strony. Przyglądał się austriackiej monecie i wyobraził sobie, jak jeden z żołnierzy płaci nią w jednym ze sklepów w Galicji, w czasie zaborów. Co myślał? Czy był szczęśliwy? Czy współczuł Polakom? A może nie miał sumienia i sytuacja Polaków była dla niego tak nieistotna jak dźwięk monety uderzającej o stół?

Jak wiele walki o niepodległość widziała ta moneta? Jaką drogę przebyła zanim znalazła się w walizce z brązowej skóry?

Czytaj dalej

Gluten moim ziomkiem!


Celiakia - od kiedy gluten stał się celebrytą, cierpi na nią pewnie z połowa społeczeństwa. Wszędzie bezglutenowe ciasteczka, bułeczki, pierożki, pizza, batoniki, orzeszki, napoje, czasopisma... Spora część ludzi naprawdę ma problem z nietolerancją glutenu, przez co narażają się na społeczną dezaprobatę - "nie je glutenu, hipster jeden" - ale spora grupa unika go bez względu na stan zdrowia, z jednego powodu. Bo gluten jest passé.
O, jak dobrze, że nie zaliczam się do żadnej z tych grup!

Co ja bym zrobiła bez pszennych bułeczek?

Na co dzień staram się odżywiać relatywnie zdrowo. Nie jem raczej - to dobre słowo - tak zwanego gunwa. Jestem jednak tylko człowiekiem i zdarza mi się cheat meal day. 
Zazwyczaj od trzech do siedmiu razy w tygodniu, kiedy akurat moja silna wola postanowi wyjechać na wakacje.

Kiedy zaczął się szał na gluten, a raczej na nie-gluten, przyszła mi do głowy myśl, że może warto zadbać o siebie. Że może akurat gluten to ten kolega z podstawówki, który zawsze ciągnął za włosy i zabierał ekierkę. Albo ta najlepsza dziewczyna w klasie, która zawsze wszystko wiedziała, ale nigdy nie dzieliła się swoją wiedzą w sytuacjach kryzysowych (czytaj; sprawdzian), przez co nikt jej nie lubił. Potem uznałam, że poczekam na lepszy moment finansowy, aż będę mogła sobie pozwolić na robienie pierogów z mąki amarantusowej i kolorowej soczewicy.

Czasem zdarza się, że ktoś mnie pyta, jak to jest, że niby zdrowo się odżywiam - olej kokosowy, sól himalajska i te sprawy - ale jem białe pieczywo, które przecież jest takim cichym zabójcą, zamiast ciemnego. Odpowiedź jest prosta: nie mogę.

Każda próba zjedzenia czegoś pełnoziarnistego, czy to chleba, czy makaronu, czy czegokolwiek innego, kończyła się najprościej mówiąc w klopie. Mój organizm najwidoczniej nie toleruje tak dużej dawki zdrowia, potrzebuje balansu. Dlatego gluten od zawsze na zawsze pozostaje moim serdecznym przyjacielem.

Jaka jest Wasza relacja z tym panem?

Czytaj dalej

O absurdach i opatrzności w pomorskim pociągu



Pierwszy maja. Niby ciepło, ale wiatr urywa głowy. W ostatni dzień naszej majówki wybieramy się do Sopotu. Dworzec w Gdańsku nie oferuje nic, oprócz Szybkiej Kolei Miejskiej.
Kupujemy bilety. Wyglądają tak, jak te na tramwaj. Na bilecie i wszędzie wkoło krzyczy do nas napis:

BILETY SKASOWAĆ PRZED WEJŚCIEM DO POCIĄGU

No dobra. Przed wejściem to przed wejściem. O ile pięć osób poprawnie zrozumie pojęcie „przed wejściem”.
Wychodzimy z dworca na peron. Wiatr zapycha nam oczy łzami. Z jednej strony wieje, z drugiej grzeje. Kasownika brak.
Podjeżdża żółto-niebieska plama. Wycieramy oczy. Pociąg jak pociąg, w barwach Ukrainy. Przed wejściem kasownika brak. Wchodzimy. W środku brak. Ludzie przyklejają twarze do szyby, żeby zrobić miejsce przechodzącym.
- Przepraszam, gdzie się kasuje bilety?

Dwa razy trafiamy na obcokrajowców, którzy tylko na nas patrzą i żadne z nas nie wie, jak powiedzieć „skasować”. Blokada językowa. Oprócz nas jakieś trzydzieści osób pyta (także nas), gdzie się kasuje bilet. Nikt nic nie wie. Czeski film.
W końcu podchodzimy do krótko ostrzyżonej blondynki z dzieckiem i powtarzamy pytanie jak katarynka.
- To trzeba było na dworcu przy schodach skasować.
Dwa krótkie spojrzenia i ruszamy przed siebie. Przeciskamy się przez kolejne ciała. „Przepraszam, przepraszam, my wychodzimy”. Dobiegamy do drzwi, a te zasuwają się i ruszamy w stronę Sopotu. Zamknięci z trzydziestoma osobami jadącymi na gapę.
Nie lubię robić czegokolwiek wbrew przepisom. Nie przechodzę, kiedy nie ma pasów, ani na czerwonym świetle, a kiedy już to robię, nerwowo rozglądam się w poszukiwaniu nieoznakowanego radiowozu.

A teraz mamy przed sobą dziewięć stacji bez ważnego biletu. I znikąd pomocy. Nie możemy wyjść, bo cena na bilecie zależy od ilości kilometrów.

Siedem stacji. Rozmawiamy z miłą blondynką z dzieckiem o kontrolach w SKM.
- Jeździmy codziennie na treningi i może mieliśmy kontrolę ze dwa razy.
- Mówiłem, że było napisane „przed wejściem” – upiera się znajomy.
- Jak mi ktoś mówi, żebym przed wejściem zdjęła buty, to nie idę do sąsiada. – Prycham i zaciskam spocone pięści na płaszczu chłopaka. Pani śmieje się z mojego zacnego żartu.
Zauważamy, że na każdym kolejnym mijanym peronie są kasowniki. Wspaniale. Rozmawiamy o tym, jakiego obcokrajowca będziemy udawać, jak przyjdzie kontrola. Jestem prawie z Ukrainy, więc decyduję, że zacznę mówić po chachłacku.

Ostatnia prosta. Modlę się, żeby na dworcu w Sopocie nie zaskoczył nas kontroler. Wmawiam sobie, że zanim wystawiłby mandaty trzydziestu paru osobom, dojechalibyśmy do Słupska.
Wysiadamy w Sopocie. Czuję taką ulgę, że w końcu zaczynam równomiernie oddychać.
Nie lubię.


Po południu wracamy do Gdańska. Humory dopisują, słońce przygrzewa. Kasujemy bilety, bo już nie jesteśmy głupi. Wsiadamy do pociągu. Jest prawie pusty, więc zajmujemy miejsca siedzące. Rozmawiamy o pierożkach i blogerkach modowych. Kilka stacji później do przedziału wchodzi kontrola. Pan obok nas dostaje mandat.
Czytaj dalej

Miejsca w Gdańsku, w których warto zjeść


Majówkę każdy spędza albo robiąc rzeczy, które zawsze odkładają "na jakieś dłuższe wolne", albo na robieniu tego, co w typowy wolny poniedziałek. Ja, razem ze znajomymi, wybrałam się na kilka dni do Gdańska. Nie będę się rozwodzić nad widokami, atrakcjami, etc., o tym będziecie mogli poczytać trochę na drugim blogu. Dzisiaj chcę Wam tylko polecić kilka miejsc w Gdańsku, w których według mnie wręcz trzeba coś zjeść, choćby kosztem jakiejś atrakcji. Byle nie kosztem Centrum Solidarności, podejrzewam, że cała Motława składa się z wypłakanych tam łez. 

1. Manekin

Nieważne, czy lubicie naleśniki, czy nie. Do Manekina trzeba i koniec. Ci, którzy są bardziej ogarnięci w "topowych miejscach w Polsce, do których chodzą blogerki i celebryci" na pewno znają to miejsce, choćby ze słyszenia. Znajduje się na ul. Aleja Grunwaldzka 270, parę kroków od Uniwersytetu. Dostaniecie tam naleśniki na słodko, słono, pancakesy z pysznymi sosami, a jeśli macie ochotę, to i jajeczniczkę na śniadanie. O ile dacie radę usiąść. Przed lokalem ustawiają się kolejki, a 15 minut po otwarciu wszystkie miejsca są zajęte. A jak już ktoś przyjdzie, to siedzi. Nawet byle siedzieć. Wypije kawę i złośliwie siedzi. 


2. Barbados

Osobiście tam nie byłam, tamtego dnia wybrałam na obiad kolejną pozycję na mojej liście. Za to moi przyjaciele chcieli zjeść coś normalnego - jakiś ziemniaczek, jakiś kotlecik, jakieś warzywka. Nie żadne chińskie makarony z bambusa. Kiedy po obiedzie spotkaliśmy się w umówionym miejscu, obóz domowakuchnia i obóz chińczyknaostro przekrzykiwały się nawzajem, kto miał lepiej. Więc jeśli lubicie tradycyjną kuchnię - no, może z lekkimi atrakcjami, jak bekon w kotlecie czy suszone pomidorki - musicie odwiedzić Barbados na Karmelickiej. Nie bójcie się luksusowego wystroju prosto z kasyn z serii Ocean's - obsługa jest szalenie miła, a ceny zadowolą każdego. Ten sam lokal mieści się w Sopocie na ul. Monte Cassino. Kotlecik dobry, ale podobno jest gorzej, niż w Gdańsku. I ceny są wyższe. Wiadomo, molo za płotem.



3. Masala

To właśnie jest obiad mój i mojego chłopaka. Znudzeni wiecznymi kotletami i pieczonymi ziemniakami, chcieliśmy chociaż na wyjeździe spróbować prawdziwego chińczyka - nie mojego super kurczaka curry z dwóch składników. Po krótkim gryzieniu się z mapą miasta, ostatecznie trafiliśmy do CH Madison, gdzie zaraz przy wejściu powitał nas kierunkowskaz do Masali. Było tam trochę kuchni chińskiej, trochę japońskiej, trochę indyjskiej - takie multikulti. Wybraliśmy dla siebie smażony makaron, dla mnie z wieprzowiną, dla chłopaka - z kurczakiem. Obie w wersji na ostro. I jako, że masala to masala... wypaliło nam japy. Nie przepadam za ostrym jedzeniem, choć bardzo często takie zamawiam i jestem zachwycona. Tym razem też byłam. Dodatkowo zamówiliśmy spring rolls, które przypominały krokieciki, ale przez palenie w japach prawie nie czuliśmy ich smaku. Ale wiem, że były dobre. Do któregoś z dań (nie wiem, którego, bo zamówiliśmy jednocześnie - podejrzewam, że do rollsów) dostaliśmy 3 sosy - żółty z kurkumy, zielony z niewiemczego i czerwony z rozżarzonego węgla.
Masala to dla mnie must have, jeśli jesteście w Gdańsku i lubicie, jak płoną Wam paszcze.



4. Mandu

O tej pierogarni czytaliśmy bardzo dużo dobrych opinii. Nie było jednak kiedy tam wyskoczyć. Wiadomo, majówka, wszystko pozamykane. A gdzie tam! Mandu było otwarte także w dni wolne od pracy (zysk ważniejszy, niż wakacje). W ostatnich godzinach naszego pobytu w Gdańsku wskoczyliśmy tam (za drugim razem - za pierwszym nas wyprosili, bo nie mieli wolnego stolika), na ul. Elżbietańską. Pierogów ruskim tam raczej nie uraczy, natomiast pierożki z masłem orzechowym i marchewką, podawane z zasmażaną cebulą - a i owszem. Ja zamówiłam pierogi z wieprzowiną, grzybami mun, makaronem ryżowym, marchewką, kapustą pekińską i szczypiorkiem.
Chińczyk forewer. 
Pierożki były superdobre, moim znajomym też smakowały ich wersje, obsługa była bardzo miła, a kelnerka przy zabieraniu od nas pieniędzy uraczyła nas opowieścią, jak to kiedyś jedna pani chciała zapłacić kartą i wpisała pin w miejsce kwoty, zatwierdziła, wpisała pin ponownie i była zaskoczona, że z konta zniknęło jej 1600ileś złotych.

Wygląda na to, że wszyscy byli tak zrobieni po całym dniu chodzenia, że nikt nie pomyślał o zrobieniu zdjęć. To pochodzi ze strony restauracji, ale na żywo wyglądały dokładnie tak samo

Na mojej liście to chyba tyle. Właścicielka mieszkania, w którym się zatrzymaliśmy, polecała nam osiedle Garnizon niedaleko naszego lokum. Wspominała, że jest to osiedle bardzo snobistyczne, pełne fryzjerów, banków, aptek i restauracji i wygląda na to, że zapomniała, że ma do czynienia ze studentami, którzy będą jeść bilety wstępu i rachunki do końca maja.

Dodalibyście coś do tej listy?



Czytaj dalej

Jak zorganizować wyjazd?


Czołgiem! Lubię wyjeżdżać, lubię odwiedzać nowe miejsca, ale nie przepadam za pakowaniem. Zawsze boję się, że czegoś zapomnę. I zazwyczaj tak było, że coś mi umknęło, a potem był płacz albo bieganie po sklepach. "Bo nie wzięłam ładowarki". "Bo zapomniałam podkładu".
Obecnie mam kilka swoich "tricków", które ułatwiają mi pakowanie się tak, aby wszystko zabrać ze sobą.

1. Robię listę przez kilka dni - dzięki temu nie mam presji, że muszę w tym momencie myśleć, co mam zabrać. Kilka dni przed wyjazdem robię listę "basic'ów", które mi przychodzą do głowy od razu, a później systematycznie dodaję to, co mi się przypomni.

2. Układam wszystko w jednym miejscu - jeszcze przed wyjazdem składam sobie gdzieś w pokoju rzeczy, które nazywam absurdalnymi, o których mogę łatwo zapomnieć, a które jednak są przydatne. W momencie kiedy się pakuję, wszystkie rzeczy z listy układam w jedno miejsce - w moim przypadku zazwyczaj jest to łóżko. Zawsze układam je w taki sposób, aby nic niczego nie przykrywało. Dzięki temu mogę łatwo sprawdzić, czy wszystko mam i ewentualnie coś dołożyć, dopiero potem się pakuję.

3. Grupuję rzeczy - nie robię tego zawsze, ale często. Co to znaczy grupuję rzeczy? Ano po prostu oddzielam te, które mają być w torbie podręcznej czy torebce oraz te, które zapakuję do walizki.

4. Moja lista zawsze zawiera mnóstwo rzeczy - które nie muszą, ale mogę się przydać, np. plastry, saszetki na przeziębienie, igła z nitką, etc.

5. Ubrania grupuję zestawami - niekoniecznie na łóżku, może być gdzieś na kartce. Chodzi o to, żeby nie zapomnieć bluzki czy spodni, które pasują tylko do jednego zestawu - np. takiego na specjalne wyjście. Zawsze wszystko dokładnie mierzę i układam kompletami.

6. Kosmetyczkę trzymam zapakowaną w łazience kilka dni przed wyjazdem - dzięki temu przedmioty codziennego użytku mam już zapakowane i łatwo mi stwierdzić, że o czymś zapomniałam, jeśli chcę czegoś użyć, a tego tam nie ma. Polecam ten sposób. Kosmetyki to coś, czego zapominałam zawsze. Za każdym razem, jak gdzieś wyjeżdżałam, wracałam z nowym żelem pod prysznic albo kremem do twarzy. Oczywiście wielokrotnie zdarzało mi się też mieć zapakowaną całą kosmetyczkę, ale o niej zapomnieć i zostawić w łazience. Teraz zawsze robię listy :D

7. ZAWSZE robię listę - nie wyobrażam sobie mojego życia bez list. Zakupów, rzeczy do zrobienia, no i przede wszystkim listę rzeczy na podróż. Jestem uważana za zorganizowaną tylko dzięki takim lajfhakom, bez tego jestem rozmemłana jak tylko można. Gdybym nie robiła list, zapominałabym takich podstawowych rzeczy jak bielizna czy paszport. I o ile pierwsze można sobie kupić, z drugim byłby już problem. Dlatego zawsze robię szczegółowe listy wszystkiego co być może się przyda i co muszę wziąć na pewno. 

Mam dzisiaj dla Was listę, którą przygotowałam na mój ostatni wyjazd, i która - wydaje mi się - jest na tyle uniwersalna, że może się przydać także Wam. :) Co prawda robiłam ją bardziej pod kątem kobiecym, więc jak dałam ją mojemu chłopakowi, żeby czegoś nie zapomniał, to stwierdził "wiedziałem, że zapomnę tej odżywki do włosów!", ale jest dużo miejsca na dopisywanie, a niepotrzebne wystarczy skreślić :)
Plik jest przeznaczony do wydruku A4 ;)







Robicie listy czy jesteście świetnie zorganizowani i zawsze wszystko macie ze sobą? :)



Czytaj dalej

Smęty, sentymenty



Lubię zapach skoszonej trawy. Przywodzi mi na myśl lata dziecięce, kiedy bawiłam się na zewnątrz i obserwowałam sąsiadów lub Tatę. Zawsze jeden koszący sąsiad pociągał za sobą kolejnych i takim sposobem burczało całe osiedle. I zapach było czuć zewsząd! <3
Kiedy wychodziłam, czułam zapach trawy i kwitnącej gruszy. Słyszałam pszczele koncerty przy akompaniamencie ptaków. Dzieciństwo to zapach magnolii, bzu i dzikiej róży. To smak pączków z różanym nadzieniem i winogronowy błyszczyk do ust z czasopisma dla dziewczynek. To dźwięk cyrkularki i unoszące się wkoło trociny. To mrówki spacerujące po opalonym ciele, to zapach ziemi i świeżo posadzonych bratków. To Matka Natura i życie w czystej formie.
Kiedy o tym zapomnieliśmy?

Kiedy myślę o swoich młodzieńczych latach, przede wszystkim mam w głowie beztroskę. Zazdroszczę "dawnej sobie" tego poczucia, że wszystko tak naprawdę to nic. Wszystko było bezproblemowe. Żadna moja dziecięca decyzja nie wiązała się z żadną poważną konsekwencją.
Będąc dzieckiem, myśli się o tym, że świeci słońce, nie, o tym, że trzeba posmarować się kremem z filtrem. Nie o tym, co jeszcze trzeba. Codzienne obowiązki ograniczają się do pomocy rodzicom i sprzątania pokoju. Dziecko nie płaci rachunków, nie zna deadline'ów, nie musi znać zasad dobrego smaku, savoir vivre'u, ani niczego takiego.
Dziecko po prostu jest. Szczęśliwe, bo ma pustą kartę.

Kiedy czuję zapach skoszonej trawy, zastanawiam się, dlaczego tak rzadko mówimy sobie "nic nie muszę"? Dlaczego tak mało czasu poświęcamy swojemu wewnętrznemu dziecku? Tym bardziej, że nadal czujemy, słyszymy, widzimy i możemy dotknąć wszystkiego tego samego, co x lat temu, "za dzieciaka".
Dajmy się czasem ponieść beztrosce. Spacerujmy bez żadnego celu, wędrujmy donikąd. Spójrzmy, jak świeci słońce i jak wiele nas omija przez "muszę natychmiast". Poświęćmy kilka minut na obserwację. Kiedyś wszystko wokół było ciekawe i zachwycające. Nie pozwólmy, żeby przestało.

To moje życzenia dla Was. Na Wielkanoc i na resztę życia :)
Czytaj dalej